Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Rok wojny w...

Rok wojny w Ukrainie – cztery lekcje dla Polski

Konstanty Gebert

Pierwszymi ofiarami w historii, które zginęły pod unijnym sztandarem, byli zabici na Majdanie w 2014 roku. Gdyby Ukraińcy po raz drugi zostali sami, nikt już pod tym sztandarem nie mógłby czuć się bezpieczny.

Rocznica rosyjskiej agresji na Ukrainę wywołała spodziewaną lawinę komentarzy i prognoz. Te ostatnie można ułożyć w ciąg, obejmujący wszystkie wyobrażalne biegi wydarzeń – od miażdżącego zwycięstwa jednej ze stron po niemniej miażdżące zwycięstwo drugiej i pełne spektrum wydarzeń pomiędzy.

Ten rozrzut przypomina o rzeczy podstawowej: wojna jest najmniej przewidywalną formą ludzkich działań, choć zarazem bez trudu można przewidzieć, że nie skończy się tak, jak to przewidywano na jej początku. Nie ryzykując więc stawiania prognozy, chciałbym zwrócić uwagę na kilka rzeczy, które już wiemy z całą pewnością, lecz których znaczenia często nie doceniamy.

1. Dyktatorów należy traktować poważnie

Swój zamiar inwazji Ukrainy prezydent Władimir Putin deklarował wielokrotnie, słowem i czynem. Od 2014 roku Rosja już okupowała zbrojnie terytorium zachodniego sąsiada w Donbasie i na Krymie, a ten ostatni wręcz anektowała. Moskwa odrzucała zarazem możliwość negocjacji, chyba że po przyjęciu przez Kijów jej warunków, co zamieniłoby negocjacje w kapitulację. W tej sytuacji esej Putina z lata 2021 roku, w którym dowodził, że Ukraina jest tworem sztucznym, a Ukraińcy i Rosjanie – jednym narodem, należało potraktować nie jedynie jako przykład marnej publicystyki historycznej, lecz zapowiedź przyszłych działań.

Dla wątpiących rozstrzygający zaś był być powinien zaproponowany w listopadzie 2021 roku projekt traktatu Rosja–NATO, zakładający wycofanie wszelkich sił sojuszniczych z ekssocjalistycznych państw członkowskich oraz wykluczający przyszłe członkostwo byłych republik sowieckich. Oferta Rosji, tak dla Ukrainy, jak i dla Zachodu, była jasna – dyktat albo wojna. Równocześnie trwały ogromne ruchy rosyjskich wojsk.

W obliczu tych faktów, ówczesne opinie wielu komentatorów, ale także rządów, że jest to ze strony Putina jedynie zastraszanie, muszą budzić zdumienie. Nie rozmieszcza się w warunkach zimowych niemal dwustu tysięcy żołnierzy na granicy ościennego państwa tylko po to, by zrobić wrażenie na „The New York Times”. Jedynie decyzja o rozpoczęciu wojny może uzasadniać podjęcie takich kroków.

Szczególnie niezrozumiała jest tu postawa polskiego rządu, który w tym właśnie czasie odbywał intensywne konsultacje z przywódcami europejskiej proputinowskiej skrajnej prawicy. Działo się to już wtedy, gdy znane Polsce były oceny amerykańskiego wywiadu, że wojna jest niemal nieuchronna. W Moskwie mogło to zostać odczytane jako sygnał, że wspólne wartości w polityce wewnętrznej sprawiają, że potępienie polityki zagranicznej Rosji będzie mniej surowe. Jeśli nawet tak, to rachuby te okazały się płonne, a polskie poparcie dla Ukrainy było kluczowe i wzorcowe. Ale w obliczu wojny po prostu nie wolno dopuszczać do takiego błędnego odczytania intencji.

Najważniejsze jednak, że Putin, podobnie jak przed nim Slobodan Milošević czy Saddam Hussein – swe zamiary deklarowali wprost, i brak równie stanowczej odpowiedzi traktowali jako milczące przyzwolenie. Po czym za agresję spotykało ich jednak potępienie, a ich ofiary otrzymywały pomoc, także militarną – i dyktatorzy słusznie mogli się czuć wystrychnięci na dudka. Ich oburzenie jest poniekąd zrozumiałe, bo niewiara w to, że mówią poważnie, wynikała z ograniczonej wyobraźni politycznej ich rozmówców, a nie z braku wyraźnej zapowiedzi ze strony agresorów.

2. Nie należy stawiać narodów w sytuacji bez wyjścia

Rosyjski plan wojny zakładał szybki upadek ukraińskiego państwa i rychłą paradę zwycięstwa w Kijowie. Podobne prognozy formułowały też państwa zachodnie. Słowem, oczekiwano powtórki z 2014 roku, może w nieco lepszym stylu, bez takich kompromitujących sytuacji, jak przejście większości ukraińskiej floty pod rosyjską banderę, ale ostatecznie z tym samym wynikiem: Rosja bierze, co chce, a o reszcie można rozmawiać, na Rosji warunkach, oczywiście.

To nie były bezpodstawne oczekiwania: wprawdzie od 2014 roku poprawiło się wyszkolenie i wyposażenie ukraińskich wojsk oraz wzmocniły się patriotyczne postawy ukraińskiego społeczeństwa, ale nic nie wskazywało, by miało to powstrzymać rosyjską nawałę. Wyposażenie niektórych rosyjskich oddziałów w owe nieszczęsne paradne uniformy nie było więc tak całkiem bezzasadne.

Ale wściekłość i rozpacz są tak samo czynnikami wojskowymi jak liczba żołnierzy lub zasięg artylerii. Narody przyparte do muru będą walczyć z determinacją, jakiej się agresorzy nie spodziewają. Obie napaści państw arabskich na Izrael, w 1948 i w 1967 roku, zakończyły się klęską agresorów, choć wszyscy, z napadniętymi włącznie, zrazu spodziewali się innego wyniku. Podobnie było w 1980 roku z napaścią Iraku Saddama Husseina na głęboko osłabiony i podzielony rewolucją islamską Iran. W obu przypadkach napadnięte społeczeństwa uznały, że klęska byłaby czymś gorszym od śmierci – i dało im to w końcu przewagę nad liczniejszym i lepiej wyposażonym napastnikiem. Rzecz jasna, są granice takiej mobilizacji – i nie jest ona w stanie zrównoważyć zbyt wielkiej militarnej przewagi agresora: doświadczyła tego Polska w 1939 roku. Ale determinacji napadniętych nie należy lekceważyć – a to właśnie zrobiła Rosja.

Determinacja ta bowiem ma moc mobilizującą także poza granicami napadniętego kraju. Izrael i Iran walczyły w osamotnieniu, a Polsce nie pomogły zachodnie sojusze. Ale opór Ukrainy pozostawił państwa zachodnie w sytuacji bez wyjścia. Zachowanie neutralności oznaczało by wszak opowiedzenie się de facto po stronie Putina, podczas gdy Ukraina broni i wartości i interesów Zachodu. Zachód musiał pomóc – a w miarę tego, jak jego pomoc sprawiała, że ukraiński opór krzepł, wysyłanie większej i potężniejszej pomocy stawało się coraz bardziej uzasadnione. Pierwszymi ofiarami w historii, które zginęły pod unijnym sztandarem, byli zabici na Majdanie w 2014 roku. Gdyby Ukraińcy po raz drugi zostali sami, nikt już pod tym sztandarem nie mógłby czuć się bezpieczny.

3. Braterstwo to nie solidarność

Odpowiednikiem gigantycznej państwowej pomocy finansowej, militarnej i politycznej, z jaką Zachód w końcu zareagował na determinację Ukraińców, była pomoc okazana milionom ukraińskich uchodźców, którzy się na Zachodzie schronili. Społeczeństwo polskie słusznie zbiera tu zasłużone pochwały, zwłaszcza że pomoc ta nie była oczywista, i to nie tylko ze względu na jej wysoki materialny koszt. Ukraińcy musieli się zderzyć i z pogłębiającą się polską ksenofobią i z bagażem nieprzepracowanych do końca zaszłości z czasów drugiej wojny – których uchodźcy, pochodzący wszak głównie ze wschodu Ukrainy, często w ogóle nie byli świadomi. To, że Polska się zdobyła na przełamanie tych materialnych i psychologicznych barier, było nieoczekiwane i budujące.

Zarazem jednak dramatycznie odmienne traktowanie nie-białych uchodźców z Ukrainy – ukraińskich Romów, ale także Afrykańczyków i Azjatów, którzy na Ukrainie pracowali bądź studiowali, pokazało, że bariery te zostały przełamane jedynie częściowo. Ściślej – że przełom dotyczył tylko tych, z którymi mogliśmy się identyfikować, bo są do nas podobni. Bo są nienawidzącymi Rosji białymi chrześcijanami. Im gotowi jesteśmy, w słusznej sprawie, wybaczyć nawet podejrzenie, że mogli mieć pradziadków rezunów. Odmienny kolor skóry likwidował możliwość identyfikacji, a więc i pomocy. Pomoc dla ukraińskich Romów spadła na barki Romów polskich, ale dzięki obywatelstwu mogą oni jednak korzystać z tych samych świadczeń, co inni ukraińscy uchodźcy. Uchodźcom bez ukraińskiego obywatelstwa Polska dała jedynie miesiąc na opuszczenie jej terytorium.

Zaś los uchodźców usiłujących dostać się do Polski przez białoruską granicę ostatecznie tę różnicę w nastawieniach potwierdził. To, że uchodźców tych zwabił fałszywymi obietnicami reżim Aleksandra Łukaszenki, w niczym nie zmniejsza moralnej oraz prawnej odpowiedzialności strony polskiej. Brutalność polskich służb, nielegalne wypędzanie uchodźców na drugą stronę granicy, budowa muru, a nie – jak na granicy ukraińskiej – otwarte przejścia, jaskrawo pokazują te różnice. Czyny te stanowią zbrodnie przeciw ludzkości, za które ich sprawcy zostaną kiedyś, miejmy nadzieję, osądzeni. Ale czyny te popiera dziś większość Polaków.

Jesteśmy więc gotowi okazywać braterstwo, nawet jeśli nas to dużo kosztuje – ale nie solidarność. Pomagać innym, dlatego że uznajemy ich za podobnych do siebie, ale nie dlatego, że uznajemy, iż mają prawo do naszej pomocy, niezależnie od stopnia identyfikacji z nimi. Nasza pomoc zależy więc od naszych postaw i uprzedzeń, a nie od cierpień i praw tych, którzy się o nią zwracają. Rozmaite własne uprzedzenia jesteśmy czasem w stanie przezwyciężyć, co widać po pomocy Ukraińcom czy Czeczenom 30 lat temu. Ale generalnie pomagamy tym, których uznajemy za podobnych, a nie tym, których prawa winniśmy uznać.

4. Kultura jako źródło cierpień

Taki tytuł nosi polski przekład fundamentalnego dzieła Zygmunta Freuda, choć tytuł oryginału stawiał tezę nieco mniej radykalną. Twórca psychoanalizy był jednak zdania, że źródłem wielu naszych cierpień jest nasza kultura właśnie, tłumiąca nasze popędy i nakazująca posłuszeństwo wobec reguł sprzecznych z naszą naturą.

W reakcji na rosyjską agresję wielu komentatorów jednak uznało, że źródłem naszych cierpień jest kultura cudza, a mianowicie rosyjska. Że brutalność rosyjskich żołnierzy wyrasta jakoś z jej treści, a tym samym walka z nią jest walką z agresją samą. Na Ukrainie zaowocowało to przemianowywaniem ulic Czechowa lub Majkowskiego czy usuwaniem pomników Puszkina, w Polsce – odwołaniem premiery „Borysa Godunowa”.

Ukraińska reakcja jest po części zasadna, jeśli pamiętać, że kultura ukraińska od wieków była przytłamszona ciężarem kultury wschodniego sąsiada, której była jakoby jedynie młodszą siostrą, czy wręcz słabym jej odbiciem. Twierdzenia te są nie tylko szkodliwe, ale po prostu nieprawdziwe, a ich niezbędne odrzucenie powoduje konieczność przewartościowania dotychczasowych kanonów literackich i artystycznych – z politycznego punktu widzenia. Nie chodzi tu wcale o uznawanie obiektywnej jakoby rangi publicznie honorowanych twórców, lecz o utrwalanie świadomości twórczości rodzimej, bez której nie byłoby rodzimej tożsamości. Lermontow był zapewne lepszym poetą niż Syrokomla – ale to Syrokomla, i słusznie, ma w Polsce swoje ulice. Na Ukrainie, powiedzmy z Wagilewiczem, będzie podobnie.

Inaczej jednak jest zupełnie z obciążaniem kultury rosyjskiej winą za zbrodnie rosyjskich żołnierzy. Nie dlatego, że nie można znaleźć u Tołstoja czy Dostojewskiego treści, którymi się karmi rosyjski nacjonalizm i imperializm: są, a jakże. Ale podobne treści znajdziemy w kulturze polskiej, u Sienkiewicza, a nawet Mickiewicza, czy ukraińskiej, u Szewczenki czy Franki. Kultura służy w znacznym stopniu do tego, by naród mógł samemu sobie opowiedzieć o sobie, a opowiada z reguły dobrze lub wręcz z uwielbieniem. To może, owszem, zaowocować cudzymi i własnymi cierpieniami, i dlatego należy być na takie treści wyczulonym, nawet – czy zwłaszcza – jeśli są skądinąd literacko wartościowe.

I choć dobrze jest umieć je rozpoznać w cudzej kulturze, to przede wszystkim winniśmy je widzieć w kulturze własnej, bo to za jej oddziaływanie jesteśmy odpowiedzialni. Rzecz jasna, trudno się dziwić Ukraińcom, że pod rosyjskimi bombami szczerze nienawidzą wszelkiej rosyjskości. Nie inaczej ofiary III Rzeszy traktowały podczas wojny kulturę niemiecką. Ale pamiętajmy też o ulicach Goethego w polskim Zabrzu czy izraelskim Aszdot.

Z perspektywy roku widzimy więc, że Putina zrazu oceniano lepiej, niż na to zasługiwał, zaś Ukraińców – gorzej. A także, iż hołdy, jakie zbierają Polacy, nie zawsze są zasłużone, podobnie jak gromy, które spadają na rosyjską kulturę. Pamiętajmy o tym, usiłując prognozować przyszłość.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 737

(8/2023)
24 lutego 2023

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj