Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Wstydliwa historia Ameryki....

Wstydliwa historia Ameryki. Recenzja filmu “Czas krwawego księżyca” w reżyserii Martina Scorsesego

Paweł Mossakowski

Najnowszy film Scorsesego to jeden z najlepszych w jego dorobku: western spotyka się tu z dramatem historycznym, a kryminał z opowieścią miłosną.

„Czas krwawego księżyca”, oparty na reportażowej książce Davida Granna pod tym samym tytułem, opisuje haniebny epizod najnowszej amerykańskiej historii – wymordowanie kilkudziesięciu rdzennych Amerykanów z plemienia Osagów, do którego doszło w latach dwudziestych ubiegłego wieku w Oklahomie. 

Sposób dokonania tej zbrodni był jednak zupełnie odmienny od tego, do jakiego przyzwyczaiły nas dziewiętnastowieczne obrazki, na których biali osadnicy strzelali z broni palnej do uzbrojonych w łuki Indian. To już były inne czasy oraz zupełnie inna pozycja Osagów na społecznej mapie Stanów Zjednoczonych. Losy tego plemienia układały się bowiem paradoksalnie. Osagowie najpierw zostali wysiedleni z zamieszkiwanych przez siebie terenów i umieszczeni w rezerwacie na jałowych równinach Oklahomy. Ale wkrótce okazało się – na ich szczęście czy nieszczęście – że pod tą kamienistą, pozornie bezwartościową ziemią kryją się gigantyczne złoża ropy naftowej. Można było się w niej kąpać. 

Podczas gdy Indianie kupowali nowoczesne samochody i okazałe domy, biali na ogół pracowali jako ich służący. I było raczej pewne, że na dłużej nie zdzierżą tego „karnawałowego” odwrócenia ról.

Paweł Mossakowski

I tak, w bardzo krótkim czasie Osagowie stali się – w przeliczeniu na głowę mieszkańca – najzamożniejszymi ludźmi na Ziemi. Na początku „Czasu..” oglądamy fragmenty ówczesnej, czarno-białej kroniki filmowej, gdzie mężczyźni o indiańskich rysach twarzy paradują po ulicach w garniturach i kamizelach, palą cygara, wsiadają do eleganckich automobili, zaś towarzyszące im kobiety noszą wytworne suknie i kosztowną biżuterię. Przyznam, że te gruboziarniste zdjęcia oglądałem okrągłymi ze zdumienia oczami.

Małżeństwa z chciwości

Podczas gdy Indianie kupowali nowoczesne samochody i okazałe domy, biali na ogół pracowali jako ich służący. I było raczej pewne, że na dłużej nie zdzierżą tego „karnawałowego” odwrócenia ról. Rasizm był wówczas obowiązująca ideologią: jego instytucjonalnym wyrazem było uznanie Indian za „niekompetentnych” (to oficjalny termin) do swobodnego rozporządzania swoimi pieniędzmi, musieli mieć opiekuna finansowego. Panujący układ musiał wydawać się białym mieszkańcom Oklahomy czymś sprzecznym z porządkiem natury. I szybko wpadli na pomysł, jak położyć ręce na indiańskim majątku. Polegał na wżenianiu się w bogate rodziny Osagów, a następnie mordowaniu ich członków, by wyeliminować konkurentów do spadku. 

Wkrótce rozpoczęła się niekończąca się seria tajemniczych zgonów wśród Osagów, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Miały być one wynikiem nieokreślonych chorób, choć nawet z daleka wyglądały na celowe zatrucia. Zabójstwa z kolei upozorowywano na samobójstwa. Ich sprawcy zresztą nie musieli się nawet tak wysilać: władze przez dłuższy czas nie robiły nic, aby tę dziwną epidemię śmierci wyjaśnić i nawet gdy „udział osób trzecich”, jak to się dzisiaj mówi, był oczywisty, nie wszczynano dochodzenia. Co oczywiście tylko morderców rozzuchwalało, utwierdzało ich w poczuciu bezkarności.

Poprzedni film Scorsese, „Irlandczyk” [2019], mówił o zbrodniach indywidualnych, tu dokonywała się zbrodnia „społeczna”, w której uczestniczyła znaczna część mieszkańców. Do spisku wciągnięci byli tak zwani porządni obywatele: przedsiębiorcy pogrzebowi, którzy na przykład maskowali rany postrzałowe, lekarze, który podawali truciznę zamiast leku itd. To była dopiero przestępczość zorganizowana!

Wpływowy wuj i urodziwa Indianka

Na początku filmu widzimy, jak do ogarniętego gorączką „czarnego złota” miasteczka Fairfax zjeżdżają tłumy mężczyzn z całego kraju: cwaniacy, aferzyści, łowcy fortun – a także zwyczajni ludzie, liczący na pracę w prężnie rozwijającej się branży naftowej. Jednym z przybyszów jest Ernest (Leonardo DiCaprio), weteran zakończonej niedawno pierwszej wojny światowej. Nie dokonywał bohaterskich czynów, służył w armii jako kucharz, a teraz, po zdjęciu munduru, nie ma specjalnie pomysłu na siebie ani sprecyzowanych planów życiowych. Wie tylko jedno: „kocha pieniądze”, co kilkukrotnie w filmie powtarza jak magiczną formułę. 

Ernest liczy w tym względzie na pomoc swojego wuja, Williama (Robert De Niro), hodowcy bydła, miejscowego potentata i nieformalnego przywódcę lokalnej społeczności. Gdy William każe się siostrzeńcowi tytułować „Królem”, nie jest to tylko wyraz jego megalomanii. Ma dobre stosunki z Osagami, zna ich język, służy jako pośrednik między nimi a społecznością białych.

Wpływowy wuj załatwia siostrzeńcowi pracę szofera u niezamężnej, bardzo zamożnej Indianki, Molly (Lily Gladstone). Ma oczywiście w tym swój ukryty cel: planuje, że ten ożeni się ze swoją pracodawczynią, której dwie siostry mają już zresztą białych mężów. Ale nie musi go nawet do tego specjalnie namawiać, ponieważ Ernest autentycznie się w niej zakochuje – i z pełną wzajemnością. Małżeństwo, które wkrótce zawiera, jest więc bardziej „małżeństwem z miłości” niż „małżeństwem z chciwości”.

Centralna postać i męscy antybohaterowie

Wszystko, co w filmie najważniejsze, rozgrywa się wewnątrz trójkąta William–Ernest–Molly. Z tym że obaj panowie są tu bardziej antybohaterami niż bohaterami. U tego reżysera to zresztą nienowa sytuacja – bezwzględni, brutalni faceci z jego słynnej gangsterskiej trylogii też nimi byli. Ale na swój sposób dawali się lubić: wybitne filmy – Scorsesego czy Tarantino – niekiedy tak działają, tym samym narażając się na zarzut amoralności. 

Natomiast Ernesta, a zwłaszcza Williama polubić trudno: nawet sympatia do grających ich aktorów tu nie pomaga. William jest postacią makiaweliczną, złoczyńcą dużego formatu, prawdziwym mistrzem obłudy. Patrząc na niego, przypomina się powiedzenie, że aby być prawdziwym diabłem, nie wystarczy wyrządzać zło, trzeba też udawać, że czyni się dobro. Kojarzy się z postacią „ojca chrzestnego”, kogoś takiego jak Jim Conway w „Chłopcach z ferajny” [1990] – zresztą „Czas…” jest w pewnym sensie filmem gangsterskim, tyle że przeniesionym z wielkiego miasta do westernowej osady na Środkowym Zachodzie. De Niro gra go świetnie, choć cokolwiek monotonnie, przerzucając się od dobrotliwego uśmiechu do złowrogiej miny: patent, który stosował w wielu filmach, nie wyłączając komedii w rodzaju „Poznaj moich rodziców” [2004].

Di Caprio, który dobija pięćdziesiątki, stracił dużo ze swojego chłopięcego wdzięku, ale nie talent – to wybitna rola, jedna z najlepszych w jego karierze. […] Tu wciela się w tępaka bardzo sugestywnie – ach, ta męka myślenia malująca się na jego twarzy! – całkowicie rezygnując z aktorskiej próżności.

Paweł Mossakowski

Jeśli William jest królem, to Ernest – małym pionkiem w jego rękach. Gdy przybywa do Fairfax, wydaje się człowiekiem bez właściwości, czystą, gotową do zapisania kartą. Nie jest kimś z natury złym, tylko słabym, miękkim, w dodatku tępawym, a w związku z tym podatnym na manipulację. Używając określenia z innego, politycznego kontekstu – łatwo może stać się „pożytecznym idiotą”. Gdy do jego umysłu powoli dociera – nawet głupota ma swoje granice – do czego został użyty, wciąż nie potrafi się oprzeć woli wuja i dalej brnie w moralne bagno. Tyle że zaczyna odczuwać winę i pogardę do siebie, a grymas dużego dziecka zagubionego w świecie dorosłych staje się bardziej bolesny. Di Caprio, który dobija pięćdziesiątki, stracił dużo ze swojego chłopięcego wdzięku, ale nie talent – to wybitna rola, jedna z najlepszych w jego karierze. Nieco odmienna od poprzednich, bo tak się jakoś składało, że wyłączywszy zapóźnionego chłopca w „Co gryzie Gilberta Grape’a” [1993], grywał na ogół osobników inteligentnych. Tu wciela się w tępaka bardzo sugestywnie – ach, ta męka myślenia malująca się na jego twarzy! – całkowicie rezygnując z aktorskiej próżności. Zaś gdy cierpi z powodu swojego rozdarcia, potrafi wywołać nawet coś w rodzaju współczucia.

Jednak najważniejszą w filmie postacią jest Molly. Dorodna kobieta, z figlarnym błyskiem w oku i wyrozumiałym uśmiechem na szerokiej twarzy. Spokojna, powściągliwa, trochę nieprzenikniona, która czuje i rozumie więcej, niż okazuje, a tym bardziej – niż mówi. I to nią się przejmujemy, to o nią się boimy, to jej życzymy, aby wydostała się z zastawionej na nią pułapki. Pół-Indianka Gladstone, nieledwie nowicjuszka, jest w tej roli cudowna: ma w sobie jakąś świetlistość, jej wewnętrzny spokój promieniuje na zewnątrz. I jeśli miałbym coś zarzucić świetnemu filmowi Scorsesego, to tylko to, że jej jest za mało. Jej rolę można było bardziej rozbudować, zwłaszcza w pierwszej części filmu.

Niewytłumaczalny fenomen miłości

„Czas…” łączy w sobie wiele gatunków: rozliczeniowy dramat historyczny, western, kryminał, film miłosny, dramat sądowy. Można je na użytek analizy wypreparować z materii filmu, ale tak naprawdę nie sposób ich rozdzielić, tak mocno się wzajemnie przenikają. Film Scorsesego to dzieło całościowe, zamknięte jak kula.

W tym sensie film jest też oskarżeniem Ameryki współczesnej, która na wszelki wypadek o tej zbrodni zapomniała, zakopując ją głęboko w społecznej niepamięci. Scorsese, wytrwały kronikarz amerykańskiego zła, postanowił wydobyć ją na powierzchnię.

Paweł Mossakowski

Rozrachunek historyczny polega z grubsza na tym, że „Czas…” odsłania zbrodnię stojąca u podstaw narodzin nowoczesnej Ameryki, tej z bankami i kapitałem, który procentował w późniejszych latach – i procentuje nadal. W tym sensie film jest też oskarżeniem Ameryki współczesnej, która na wszelki wypadek o tej zbrodni zapomniała, zakopując ją głęboko w społecznej niepamięci. Scorsese, wytrwały kronikarz amerykańskiego zła, postanowił wydobyć ją na powierzchnię.

Struktura dramaturgiczna filmu przypomina z kolei kryminał. Ale nie typu whodunit, gdzie trzeba czekać na koniec na rozstrzygnięcie zagadki. Niemal od początku wiemy, kim są sprawcy zabójstw, śledzimy bezradnie ich poczynania, znając – w przeciwieństwie do ofiar – prawdziwy ich cel. Na tym zasadza się napięcie filmu: wiemy lepiej od Molly, co się może z nią stać, wiemy, co planują złoczyńcy i do jakich okropności są zdolni. Czy Ernest, będący powolnym narzędziem w rękach Williama, w końcu wymówi mu posłuszeństwo? Co zwycięży? Lęk przed potężnym wujem, czy uczucie do wciąż ufającej mu żony? 

Tam gdzie jest zbrodnia, przydałaby się kara. I w tym momencie następuje przejście filmu w dramat sądowy. Zaalarmowany rząd w Waszyngtonie nie może dłużej ignorować stosu indiańskich trupów i przysyła do Oklahomy dzielnych chłopców z Biura Śledczego, poprzednika FBI, na czele z agentem White’em (niezawodny Jesse Plemons). W książce Granna, podobno głównie poświęconej narodzinom służby federalnej, jego rola była znacznie ważniejsza, tu jest nieco zmarginalizowana. W każdym razie agenci wykonują swoją robotę solidnie, ale pojawiają się zbyt późno, by nawet ewentualna kara dla zabójców mogła przynieść widowni satysfakcję. Scorsese celowo unika tu zwyczajowego „triumfu sprawiedliwości”: chce, by rana pozostawała wciąż otwarta, nie zabliźniła się tak łatwo.

Miłość jest tu pokazywana jako niewytłumaczalny fenomen, jako siła autonomiczna, niepodległa działaniu rzeczywistości, coś zbliżonego do wiary religijnej.

Paweł Mossakowski

W „Czasie…” znajdziemy też niezwykłą opowieść miłosną, i w tym aspekcie film Scorsesego wydaje mi się najciekawszy i najbardziej odkrywczy. Miłość jest tu pokazywana jako niewytłumaczalny fenomen, jako siła autonomiczna, niepodległa działaniu rzeczywistości, coś zbliżonego do wiary religijnej. Nie ma tu właściwie scen erotycznych, demonstracje wzajemnej czułości też są nieczęste, ale wystarczy jedna, przepiękna zresztą scena, gdy Molly i Ernest siedzą obok siebie przy stole w spokojnym milczeniu, i już nie mamy wątpliwości, że tych dwoje głęboko się kocha. Molly ma świadomość, że uczucie Ernesta nie jest całkiem bezinteresowne – w pewnym momencie zauważa „Kojot chce pieniędzy” – ale co z tego, gdy jest w nim zakochana? Uczucie Ernesta jest bardziej zagadkowe; niewątpliwie też ją kocha (nie tylko jej pieniądze!), co nie przeszkadza mu uczestniczyć w niszczeniu jej rodziny ani w perfidnych działaniach skierowanej bezpośrednio przeciwko niej – w tej dwoistości jest coś schizofrenicznego i lekko przerażającego. Jak Ernestowi udaje się pogodzić te przeciwne wektory postępowania? Chyba tylko starannie je izolując w swojej nietęgiej głowie.

Opus magnum Scorsesego

W „Czasie…” Scorsese w sposób absolutnie mistrzowski przerzuca się od perspektywy mikro do makro – i odwrotnie. Film jest szerokim, panoramicznym obrazem, z rozległymi przestrzeniami – i zarazem potrafi skierować uwagę widza na drobny, ale malowniczy szczegół. Ten sam zwrotny mechanizm działa nie tylko w wymiarze estetycznym, ale też ludzkim. Przez ekran przewalają się całe tłumy pierwszo- i drugoplanowych postaci, ale w centrum opowieści jest relacja intymna, osobista – i poprzez nią wyraża się zbiorowe doświadczenie.

„Czas…” ma niespieszny, powolny rytm. Tak jakby świat był pokazywany w uwzględniającej spojrzenie Molly „indiańskiej” perspektywie, bliskiej naturze, uważnej, skupionej, jakże odmiennej od perspektywy białych – nerwowej, pośpiesznie lustrującej świat, zdominowanej przez zapatrzenie w cel. Scorsese robi to nie po raz pierwszy: wprawdzie kojarzymy go najbardziej z filmami gangsterskimi, których żwawe tempo jest dodatkowo podkręcane zza kadru dynamiczną muzyką Stonesów. Ale ma przecież na koncie także obrazy wyciszone i kontemplacyjne jak niedawne „Milczenie” [2016] czy „Kundun – życie Dalaj Lamy” [1997].

Ów rytm odpowiada po części za nieludzką długość filmu (3 godziny 26 minut). Ale wynika też ona z uzasadnionego przekonania Scorsesego, że opowiada o zbyt ważnym wydarzeniu, aby można było sobie pozwolić na pośpiech. Że trzeba je opisać starannie, wszechstronnie, detalicznie. Są również przyczyny bardziej przyziemne. „Czas…” został sfinansowany przez Apple TV+ (tak jak poprzedni, jeszcze dłuższy „Irlandczyk” przez Netfliksa) i jest głównie przeznaczony do streamingu. A domowe oglądanie filmu bardzo się różni od kinowego: nie trzeba nadwyrężać kręgosłupa w fotelu, można wylegiwać się na kanapie, spauzować, zrobić przerwę na herbatę itp. W każdym razie mamucim rozmiarem filmu nie ma co się przerażać. Ani przez moment nie jest nudny, a jeśli ciut przeciągnięty, to o kilka scen w jego ostatniej części. A poza tym tak wciąga w swój świat, że wcale nie ma się ochoty go opuszczać. 

W pewnym sensie „Czas…” jest podsumowaniem twórczości Martina Scorsesego (mam nadzieję, że nie jego testamentem). Wprawdzie „na oko” bardzo różni się od jego dotychczasowych filmów – Scorsese nigdy nie nakręcił westernu, choć, jak twierdzi dzisiaj, zawsze o tym marzył – ale bez trudu znajdziemy tu tematy i motywy stale się w nich przewijające. Pierwszym z nich jest chciwość, przekonanie, że pogoń za bogactwem powoduje zatracenie instynktu moralnego i właściwie odczłowiecza. To chciwość kierowała poczynaniami jego „Chłopców z ferajny”, chciwość wykolejała bohatera „Wilka z Wall Street” [2013]. W „Czasie…” ma ona szerszy charakter: wskazana jest jako główny motor rozwoju amerykańskiej cywilizacji, jej nieledwie fundament. Drugim tematem jest dialektyka lojalności i zdrady, obecna w jego opowieściach gangsterskich, zwłaszcza w „Chłopcach z ferajny”. Tu również się pojawia – nawet w miłosnej relacji (choć oczywiście nie w sensie trywialnej „niewierności małżeńskiej”). Ernest jest rozdarty między dwoma lojalnościami: wobec żony, którą kocha, i wobec wuja, którego się boi. Zaś w ostatniej jego części jest kuszony niczym Henry ze wspomnianych „Chłopców…”, aby wystąpić jako świadek oskarżenia i pogrążyć Williama. 

Uważam „Czas…” za film znakomity, jeden z najlepszych, jaki amerykański reżyser zrealizował w swojej długiej i obfitującej w wybitne dzieła karierze. Całkowicie panuje nad obszernym, łatwo mogącym wyrwać się spod kontroli materiałem. Już po pierwszych scenach, gdy odtwarza atmosferę ulic Fairfaxu, wypełnioną krzykiem, podnieceniem i agresją, czujemy, że mistrz jest w formie, a dalszy ciąg filmu to potwierdza.

Scorsese pojawia się we własnej osobie w jego epilogu. Jest narratorem w słuchowisku radiowym, opowiadającym z grubsza o tym samym, co przed chwilą film – tyle że z innej perspektywy, z dzielnymi chłopcami z FBI w rolach głównych. To trochę dziwna i wbrew pozorom wieloznaczna scena. Można między innymi odczytać z niej ostrzeżenie, aby nie zamieniać zbrodni w sensację i trywialną rozrywkę, zwłaszcza gdy ofiarami były autentycznie żyjące osoby. Samemu „Czasowi…” to jednak z pewnością nie grozi. 

 

Film: 

„Czas krwawego księżyca” [Killers of the Flower Moon], reż. Martin Scorsese, Stany Zjednoczone 2023.

*Żródło ikony wpisu: Wikipedia: Public domain

Skoro tu jesteś...

... mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa.

Każda i każdy z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 20 zł miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców i Patronów!

SKOMENTUJ

Nr 774

(45/2023)
7 listopada 2023

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj