Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Stany Zjednoczone] Kandydaci...

[Stany Zjednoczone] Kandydaci na zastępców

Piotr Tarczyński

„Było sobie dwóch braci. Jeden wypłynął w morze, a drugi został wiceprezydentem i po obu słuch zaginął”, żartował kiedyś zastępca prezydenta Woodrowa Wilsona. Od tego czasu trochę się jednak zmieniło.

Amerykańskie konwencje partyjne tuż-tuż. 18 lipca do Cleveland zjadą Republikanie, a równo tydzień później do Filadelfii – Demokraci. Wbrew temu, co wydawało się jeszcze wiosną, tegoroczne zjazdy partyjne nie przełamią dziesięcioleci rutyny, nie dojdzie do „otwartych konwencji”, na których miałby się rozegrać ostatni etap walki o nominację, mogący przynieść zaskakujące, odmienne od wyniku prawyborów rezultaty.

Bunt części Republikanów przeciwko Donaldowi Trumpowi nie wyszedł, jak się wydaje, poza fazę głośnego narzekania, a Bernie Sanders ma w przyszłym tygodniu wreszcie oficjalnie poprzeć Hillary Clinton. Oczywiście w roku takim jak ten wszystko może się z dnia na dzień zmienić, ale szansa na to, że podziały w partiach zmaterializują się w postaci wystawienia konkurencyjnych kandydatów – tak byłoby gdyby przeciwni Trumpowi Republikanie poparli kandydaturę innego polityka albo gdyby Sanders postanowił przyjąć ofertę Zielonych i wystartować z ich ramienia – są znikome. Nominaci obu partii są zatem – jak zawsze od 1952 r. – znani z wyprzedzeniem, poznaliśmy ich zalety, ale przede wszystkim wady. Co innego kandydaci i kandydatki na wiceprezydentów.

Zastępca prezydenta Woodrowa Wilsona żartował kiedyś tak: „Było sobie dwóch braci. Jeden wypłynął w morze, a drugi został wiceprezydentem i po obu słuch zaginął”. Od tego czasu trochę się jednak zmieniło – od lat 50. XX w. wiceprezydentura stała się dobrą trampoliną do Białego Domu, a przynajmniej do uzyskania prezydenckiej nominacji, zaś Dick Cheney i Joe Biden (czyli wiceprezydenci w administracjach George’a W. Busha i Baracka Obamy) pokazali, że ich stanowisko może być całkiem wpływowe i nie tak bezużyteczne, jak nieustannie wmawia nam kultura popularna, na czele ze skądinąd wybitnym serialem HBO pt. „Veep” (tyt. pol. „Figurantka”).

Veepstakes, czyli zgadywanie, kto zostanie running mate, partnerem nominata, to ulubiona zabawa wyborczego sezonu – eksperci prześcigają się w tworzeniu list potencjalnych wiceprezydentów, ich atutów i słabości. Tu, w przeciwieństwie do dyskusji o prawyborach, a potem o samych wyborach, można puścić wodze fantazji, a pomyłka nic nie kosztuje. W ruch idą te same frazesy o konieczności „równoważenia się” obu kandydatów doświadczeniem, wiekiem, pochodzeniem (do tej pory przede wszystkim geograficznym, ale teraz również etnicznym) itd.

Zapewne najsprawiedliwiej byłoby, gdyby partnerem zostawała osoba pokonana w prawyborach (a zatem również jakoś oceniona przez wyborców partii), ale świat nie jest sprawiedliwy, a co dopiero amerykańska polityka. Wybór dokonuje się zatem zasadniczo między kimś kompetentnym, kto byłby w stanie zastąpić prezydenta „od pierwszego dnia”; a kimś, kto mógłby pomóc wygrać, choć znaczenie tego drugiego czynnika znacznie się przecenia. Historia pokazuje, że czasem można niemal w stu procentach przestrzegać „zasad” wyboru i przegrać z kretesem (John McCain i Sarah Palin), a czasem złamać je wszystkie i wygrać w cuglach (Bill Clinton i Al Gore). Równie nierealistyczne jest oczekiwanie, że kandydat na wiceprezydenta może pomóc zdobyć swój rodzinny stan – gdyby tak było, od co najmniej 16 lat wszyscy pochodziliby wyłącznie z kluczowych Ohio lub Florydy.

Prawda jest taka, że na etapie kampanii wybór running mate jest po prostu jednym ze sposobów na przyciągnięcie uwagi mediów i wyborców. Jest to zarazem pierwsza „prezydencka” decyzja kandydata, pokazująca, co jest dla niego ważniejsze: odpowiedzialność za kraj czy doraźne – i często mocno wyolbrzymione, jak mówiliśmy – korzyści polityczne. Hillary Clinton i Donald Trump stoją właśnie przed takim wyborem.

Na przekór obiegowym mądrościom, wśród Demokratów najwięcej entuzjazmu budzi kandydatura innej białej kobiety po sześćdziesiątce, senator z Massachusetts, Elizabeth Warren. Profesorce Harvardu i specjalistce od prawa handlowego niewątpliwie nie brakuje kompetencji w sprawach ekonomicznych, świetnie sprawdza się w kampanii wyborczej, celnie punktując Trumpa, a do tego jej wybór byłby ukłonem w stronę zwolenników Sandersa i w ogóle postępowego skrzydła partii, które – eufemistycznie rzecz ujmując – niezbyt przepada za Clinton.

Wybór ten byłby decyzją korzystną kampanijnie, ale zarazem nie można by mu zarzucić koniunkturalizmu – wybór drugiej kobiety może przynieść tyle samo szkody, co pożytku. „Bezpieczniejsi” kandydaci – jak senator Sherrod Brown, sekretarz budownictwa Julian Castro, gubernator Tim Kaine – mają tę wadę, że są w dużej mierze nieznani szerszemu elektoratowi. Hillary jest jednak w lepszej sytuacji, gdyż w razie czego może poczekać i odpowiedzieć na decyzję swojego konkurenta.

W warunkach pełzającej wojny wewnątrzpartyjnej nie brakuje nacisków na Trumpa, by wykonał ukłon w stronę establishmentu i wybrał jakiegoś statecznego, „bezpiecznego” Republikanina – jak byłego spikera Izby Reprezentantów i swego czasu nemezis Clintonów Newta Gingricha czy gubernatora Indiany Mike’a Pence’a. Jak jednak wiadomo, Trump jest wyjątkowo odporny na wszelkie naciski, a partia nie ma nad nim żadnej kontroli. Wie też dobrze, że wybór jakiegoś latynoskiego Republikanina będzie uznany za wyjątkowy koniunkturalizm, a do tego nic mu nie da – ta grupa wyborców jest dla niego stracona, podobnie jak wybór kobiety także nie zdejmie z niego (całkowicie zasłużonej) łatki seksisty. Jako showman doskonale zdaje sobie jednak sprawę z wagi elementu zaskoczenia i może uznać, że skoro wszystkie ptaszki ćwierkają o Gingrichu, lepiej będzie wyciągnąć jakiegoś królika z kapelusza. Plotki mówią, że może nim być jakiś emerytowany wojskowy. Co zabawne, byłoby to zresztą zgodne z tradycją prawicowych populistów – George’a Wallace’a i Rossa Perota – którzy w ten sposób próbowali wzmacniać swoje marne doświadczenie w sprawach zagranicznych.

Choć zabawa w veepstakes jest pociągająca, pamiętać jednak należy o najważniejszym: Amerykanie głosują nie na wice-, ale na prezydenta. Wybór drugiego nazwiska ma dla przebiegu kampanii niewielkie znaczenie, a jeśli już, może raczej zaszkodzić niż pomóc. Zawsze tak było i, póki co, nie zanosi się na to, by nawet w takim roku jak ten coś miało się w tym względzie zmienić.

 

* Ilustracja wykorzystana jako ikona wpisu: DonkeyHotey; Źródło: Flickr.com

SKOMENTUJ

Nr 392

(28/2016)
12 lipca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail