Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Synergia, czyli Trio...

Synergia, czyli Trio Laflamme gra wczesnych romantyków

Gniewomir Zajączkowski, Szymon Żuchowski

Trio Laflamme to względnie nowy, powstały w 2013 roku, zespół trzech wybornych kameralistek specjalizujących się w wykonywaniu szeroko pojętej muzyki dawnej na instrumentach historycznych.

okładka (2)

Ich zainteresowania skupiają się wokół muzyki XVIII i pierwszej połowy XIX wieku. W swoim rozległym i różnorodnym pod względem stylistycznym repertuarze mają utwory dobrze znanych kompozytorów, takich jak Joseph Haydn, Wolfgang Amadeusz Mozart, Muzio Clementi, Carl Maria Weber czy Ludwig van Beethoven; sięgają również odważnie po kompozycje twórców szeroko pojętego „drugiego obiegu”, jak Ignaz Pleyel, Johann Caspar Kummer, Jan Ladislav Dussek (Dusík) i wielu innych. Oprócz współpracy w triu indywidualne kariery solowe rozwijają wszystkie członkinie zespołu: Annie Laflamme (flauto traverso), Dorothea Schönwiese (wiolonczela) i z tego tria pewnie najlepiej w Polsce kojarzona Katarzyna Drogosz (pianoforte), której inne, znakomite nagranie z Haną Blažíkovą już polecaliśmy. Od nazwiska pierwszej z wymienionych zespół zaczerpnął swoją nazwę – nie sposób nie zauważyć, że jest to nazwisko mówiące: po francusku la flamme znaczy „płomień”. I jest to skojarzenie jak najbardziej na miejscu w kontekście temperatury muzyki współwykonywanej przez trzy artystki.

Odrobinę rzadsza, obsada instrumentalna tego zespołu, oraz wyraziste osobowości artystyczne jego członkiń przykuły uwagę prestiżowej niemieckiej wytwórni Coviello. Ta niszowa firma zapraszająca często do współpracy wykonawców spoza głównego nurtu i sięgająca po rzadszy repertuar w maju tego roku wypuściła na rynek płytę z utworami Friedricha Kuhlaua, Carla Marii von Webera i Carla Czernego w interpretacjach Laflamme, a projekt ten ze względu na swoją wartość artystyczną uzyskał wsparcie fundacji BSWC.

La flamme znaczy „płomień”. I jest to skojarzenie jak najbardziej na miejscu w kontekście temperatury muzyki współwykonywanej przez trzy artystki.

Gniewomir Zajączkowski, Szymon Żuchowski

Płytę rozpoczyna „Trio G-dur” op. 119 Friedricha Kuhlaua pierwotnie napisane na pianoforte i dwa flety, z których jeden później zastąpiony został wiolonczelą. Kuhlau (1786–1832) był kompozytorem niemieckiego pochodzenia, który uciekł do Danii, bo nawet brak jednego oka nie był w stanie uchronić go przed wcieleniem do armii Napoleona; zresztą ówczesna broń sama z siebie nie była najcelniejsza i deficyty okulistyczne nie obniżały aż tak bardzo wartości bojowej strzelca.

Jego kariera zaczęła się w Kopenhadze, gdzie został nadwornym flecistą królewskim, a z czasem ze względu na obszerną twórczość związaną z tym instrumentem zaczął być nazywane „Beethovenem muzyki fletowej”. Prócz tego skomponował kilka oper, które odniosły lokalny sukces. W opusie 119 Kuhlau jawi się jako wybitny melodysta – jak na kompozytora muzyki fletowej i operowej przystało – co oddala go jednak od wielbionego przezeń Beethovena. Pierwsze takty utworu o recytatywnym charakterze pod palcami Katarzyny Drogosz od razu zdradzają wokalne inklinacje kompozytora oraz to, że będziemy mieć do czynienia z nagraniem niepospolitym pod względem wyczucia frazy i wysmakowanym. Z kolei finał utworu to w wykonaniu Tria Laflamme jakby rossiniowskie bel canto na pianoforte, flecie i wiolonczeli – zabawna, skrząca się humorem i wirtuozowskimi ozdobnikami kulminacja aktu rodem z opery komicznej.

Stanowiące dominantę całej płyty „Trio g-moll” Carla Marii von Webera (1786–1826) także jest mocno przesycone idiomem muzyki wokalnej, choć uwagę kompozytorów od końca XVIII wieku z Beethovenem na czele skupiał fortepian, by na początku wieku XIX stać się, jak to określa badacz epoki romantyzmu Alfred Einstein, instrumentem „par excellence romantycznym”. „Trio g-moll” Webera, kompozytora i pianisty-wirtuoza, nie jest najbardziej typowym wytworem tego gatunku. Nie da się ukryć, że kluczowa dla utrzymania pulsu jest tu partia pianoforte – tworzy wątek, na którym osnute są kantylenowe melodie fletu i wiolonczeli, a niemal wszystkie przeplatające się odcinki solowe i dialogowania wszystkich trzech instrumentów wydają się dość mocno zakorzenione w tradycji muzyki wokalnej. W czasie powstania „Tria” Weber, już wtedy autor kilku dzisiaj niemal zapomnianych oper jak „Silvana” czy „Abu Hassan”, pracował nad przełomowym dziełem „Wolny strzelec” , które zapoczątkowało romantyzm w operze niemieckiej.

Nie dziwi więc charakter tkanki melodycznej, jaką słyszymy w „Triu g-moll” – pojawiają się tu melodie przywodzące na myśl te z „Freischütza”, jak choćby pieśń pijacka Caspara. Laflamme wykonuje je w sposób tak sugestywny, że odtąd myśląc o tej operze będziemy mieć w pamięci „Trio g-moll”. Inne bezpośrednie odniesienie do śpiewu, tym razem do liryki wokalnej, to podtytuł III części Tria „Schäfers Klage” do wiersza Goethego „Skarga pasterza”, który w przekładzie Kazimierza Brodzińskiego zaczyna się tak:

Wysoko na tamtej górze
Staję tysiączny już raz,
Na mym kosturku oparty,
W dolinę spoglądam, w dal.

Idę za trzodą błądzącą,
Piesek pilnuje mi jej,
I oto na dół zaszedłem,
Sam nie wiem, dokąd i gdzie.

Choć artystki kreują w tej części utworu programową atmosferę zagubienia i alienacji, emblematyczną dla stylistyki i ideologii wczesnego romantyzmu, doskonale wiedzą, dokąd zmierzają i jaką drogą. Idealnie znajdują balans między głosami swoich instrumentów, tak, ja potrafią tylko wytrawni i dobrze ze sobą zgrani instrumentaliści. Wszelkie zmienne nastroje kształtowane są przez artystki z wielką świadomością i znajomością retoryki muzycznej w sposób wyrazisty i z niezwykłą dbałością o detale.

(c) Trio La flamme

Na zakończenie artystki proponują świetnie nadający się na finał wirtuozowski utwór Carla Czernego – powszechnie kojarzonego z setkami utworków dydaktycznych, głównie etiud na fortepian, będących zmorą młodych pianistów. Mowa o „Fantazji koncertującej na fortepian, flet i wiolonczelę” op. 256. Także w tej trudnej rozczłonkowanej formie członkinie Laflamme czują się równie dobrze co w klasycznych formach allegra sonatowego czy ronda. Budują napięcie w sposób klarowny i podążają za efektownymi melodiami i ich wirtuozowską, operową ornamentacją tak, że trudno się oprzeć wrażeniu, że to wiązanka chwytliwych cavatin i arii, popularnych wówczas oper.

Dzięki odpowiednio dobranemu i ułożonemu repertuarowi płyta ta ma klarowny i logiczny kształt pod względem makroformy. Zawarte na niej trzy tria składają się na miniaturowy, choć nie mniej przez to barwny pejzaż wczesnoromantycznej kameralistyki na flet, wiolonczelę i pianoforte, w którym w oczywisty sposób odcisnął swój kształt ówczesny repertuar operowy, znajdujący się w centrum życia muzycznego z lat powstania zarejestrowanych kompozycji. Wykonawczynie nie zaniedbują ani biegłości, będącej ważnym aspektem rzeczywistości sal koncertowych i teatrów operowych XIX wieku, ani kameralistycznego współdziałania. Trzy dobre solistki to dużo, ale trzy mądrze współpracujące ze sobą dobre solistki to jeszcze więcej – wówczas, jak w przypadku płyty Tria Laflamme, mamy do czynienia z synergią: efekt ostateczny przewyższa i tak niemałą sumę poszczególnych składników.

Płyta:

„Kuhlau, Czerny & Weber: Trios”, Coviello Classics, 2017

Wykonawcy:

Trio Laflamme (Annie Laflamme, Dorothea Schönwiese, Katarzyna Drogosz)

SKOMENTUJ

Nr 456

(41/2017)
3 października 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail