Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > KIEŻUN: Podobać się...

KIEŻUN: Podobać się wielkim cieniom. O „Zapisie”, „Zeszytach Literackich” i ostatniej książce Barbary Toruńczyk

Piotr Kieżun

Podobać się wielkim cieniom

Czym jest książka „Żywe cienie” Barbary Toruńczyk? Na pierwszy rzut oka to zbiór portretów znanych pisarzy i przedstawicieli polskiej inteligencji, których autorka miała okazję spotkać na swojej intelektualnej drodze. Na szesnaście zebranych w tomie tekstów aż trzynaście to sylwetki najważniejszych postaci polskiej kultury XX wieku. Są pomiędzy nimi Zbigniew Herbert i Czesław Miłosz, Marek Edelman i Jerzy Turowicz, Jan Kott i Paweł Hertz, wreszcie Giedroyc, Lebenstein, Nowak-Jeziorański, Jacek Woźniakowski i Wiktor Woroszylski. Można tylko pogratulować lub pozazdrościć (albo jedno i drugie na raz) takich nauczycieli i przyjaźni.

„Żywe cienie” to jednak coś więcej niż tylko kolejny wspomnieniowy zbiorek. Toruńczyk nie przywołuje bowiem przypadkowych nazwisk. Większość z opisywanych postaci to autorzy „Zapisu” i „Zeszytów Literackich”, dwóch wydawniczych przedsięwzięć, którym autorka, odpowiednio jako sekretarz redakcji i redaktor naczelna, poświęciła znakomitą część swojego życia. Od razu zrozumiała staje się klamra, którą Toruńczyk spina wszystkie teksty przedstawiające kolejne sylwetki. „Żywe cienie” otwiera artykuł dotyczący „Zapisu”, pierwszego podziemnego niezależnego pisma literackiego, książkę zamykają zaś dwa wywiady, których autorka udzieliła z okazji dwudziesto- i dwudziestopięciolecia powstania „Zeszytów Literackich”. To właśnie ten redaktorski wątek jest w zbiorze najciekawszy i pobudza do zadawania ważnych pytań. Po pierwsze o sens i znaczenie literatury w okresie PRL-owskiej szarzyzny i zakłamania, po drugie o tajemnicę doglądania literackiej kuchni, na którą składały się teksty najwybitniejszych pisarzy, i o fenomen narodzin redakcji jako środowiska.

Wątek pierwszy, choć najbardziej dramatyczny, bo związany z trudnymi osobistymi przeżyciami, jest chyba najłatwiejszy do opisania. Być może dlatego, że stanowi już część historii i sama Toruńczyk spogląda na niego z dystansu. Jak doszło do tego, że młoda, dwudziestoparoletnia absolwentka uniwersytetu z zacięciem do pracy naukowej rzuciła się w wir redakcyjnej przygody? „Był taki okres – pisze Toruńczyk – kiedy wszyscy byliśmy redaktorami”. I nie zależało to od zawodowych upodobań, lecz od temperamentu, nieodpartej potrzeby wolności. Praca redaktora w podziemnym wydawnictwie stanowiła jedną z niewielu, jeśli nie jedyną wartościową formę kontestacji dla młodej warszawskiej inteligencji. Jak pisała we wstępie do „Polskiej «Solidarności»” Grażyna Pomian: „Jakkolwiek krytycznie oceniałoby się prasę niezależną, miała ona jedną zaletę, przesłaniającą wszelkie niedociągnięcia – właśnie niezależność”. To przyciągało, kusiło, pozwalało na oderwanie się od ściśle wyznaczonych granic swobody w ramach gierkowskiej „małej stabilizacji”. „Dla nas największy seksapil – wspomina Toruńczyk – miało to, co nielegalne, nieustabilizowane: związki nieformalne, przygody z milicją. To było życie barwne, ciekawe”. Barbara Toruńczyk należy do pokolenia komandosów i to właśnie traumatyczne doświadczenie Marca 1968 było bezpośrednią przyczyną jej – chcąc nie chcąc – politycznego zaangażowania. Tekst poświęcony „Zapisowi” pokazuje jednak, jak często zapomina się o prostym fakcie – metryce młodych kontestatorów, o ich młodości, która jako buntowniczy, nieznoszący zafałszowania żywioł nierzadko stanowiła wystarczający asumpt do otwartego przeciwstawienia się komunistycznej władzy.

Autobiograficzna opowieść Toruńczyk o jej pokoleniu i czasach PRL-u to zatem opowieść o sile i determinacji młodości. W przypadku autorki jest to również opis roli, jaką w życiu tego pokolenia odegrała literatura. Dla ówczesnych młodych na dobre i na złe wiązała się ona ściśle z polityką. Trzeba przyznać, że chyba nigdy przedtem, z wyjątkiem okresu romantycznego, poezja nie niosła ze sobą tak wielkiego politycznego ładunku. Wystarczyło, jak pisał ironicznie Herbert, w sumie niewiele – odrobina dobrego smaku, zdania proste i trzymające się rzeczywistości. Wiersze Miłosza, Kornhausera i Barańczaka mówiły więcej niż niejeden manifest. Doskonale widać to zresztą na przykładzie Adama Michnika. To uderzające, że pisane przez niego w więzieniu bądź co bądź polityczne „Dzieje honoru w Polsce” są w gruncie rzeczy książką krytycznoliteracką, pełną odwołań i cytatów zaczerpniętych z polskich wierszy, powieści i esejów.

Ścisły mariaż literatury i polityki, nawet gdy pozwala na poszerzanie zakresu obywatelskich swobód, na dłuższą metę zawsze jest jednak zgubny. I to nie dla polityki, która z dobrej beletrystyki mogłaby się wiele nauczyć, lecz dla literatury. Właśnie to przekonanie stało się przyczynkiem do powstania „Zeszytów Literackich”. Jak wspomina w wywiadach Toruńczyk, pomysł powołania do życia nowego pisma nie wszystkim przypadł do gustu. W kraju oskarżono redaktorów o pięknoduchostwo. W końcu był to okres stanu wojennego. Giedroyc widział w „Zeszytach” konkurencję. Herling-Grudziński zaś w ogóle nie dostrzegał na emigracji miejsca dla periodyku stricte literackiego. „On sam związał się z «Kulturą», bo zrozumiał, że pismo literackie na emigracji nie ma szans, że literatura może być najwyżej seksapilem pisma politycznego”. Nieco inaczej przedsięwzięcie ocenił Miłosz. Wykazał się tu też chyba najlepszym pisarskim instynktem. „Już w latach 60. – pisze Toruńczyk – uważał, że na emigracji powinien istnieć miesięcznik czy kwartalnik literacki bez zobowiązań politycznych, bo właśnie literatura najważniejszym polem realizacji woli swobody i niezależności, w głębokim rozumieniu tych kategorii”. To było to samo przekonanie, które z jednej strony kazało Miłoszowi spierać się z Giedroyciem o najważniejsze zadania polskiej inteligencji, a z drugiej towarzyszyło mu przy wygłaszaniu w 1984 roku słynnego odczytu „Szlachetność, niestety”, w którym krytykował „rozrzewniającą polskość”, obecną zarówno w polskiej polityce, jak i literaturze.

„Zeszyty Literackie” ostatecznie powstały z pożytkiem nie tylko dla polskiej, ale również zagranicznej kultury. Obok rodzimych autorów publikowali w nich Josif Brodski i Tomas Venclova. Do pisma przychylnie był nastawiony również Milan Kundera. Jak redaguje się takie znakomitości? W „Żywych cieniach” Toruńczyk odkrywa nieco tajemnicę redaktorskiej kuchni. Pierwsze przykazanie wzięte jest od Giedroycia: nie bać się otaczać ludźmi zdolniejszymi od siebie. Następne wynikają już z własnej praktyki. Co ciekawe, Toruńczyk jest powściągliwa w redaktorskich zakusach. „Stawiam na siłę słowa – pisze – czyli na autora; na tych, którzy mają odwagę szukać na własną rękę. Nie staram się tego temperować. Fascynuje mnie sama metamorfoza literatury, jej własna siła i zdolności do odradzania się. Trzeba mieć świadomość, że pierwszy idzie artysta. Prawdziwemu pisarzowi nie są potrzebne rady redaktora, jeżeli cokolwiek możemy dać artystom, to chyba tylko okazywać zrozumienie dla procesu twórczego, naprawdę pełnego napięć”. I nieco wcześniej dobitnie stwierdza: „Martwi mnie, że dzisiaj wydawca w Polsce czuje się upoważniony do interwencji w proces twórczy”.

Można by się pokusić o stwierdzenie, że taka postawa wynika z przywileju obcowania z najlepszymi polskimi piórami XX wieku. Przecież gros autorów „Zeszytów Literackich” stanowi starsze, już uznane pokolenie twórców, z których większość odeszła. W jednym z wywiadów wprost pyta o to Andrzej Franaszek: „Jeśli jednak pominiemy zmarłych, kto pozostanie? Adam Zagajewski i…”. Dla „Zeszytów Literackich”, które istnieją już trzydzieści lat, troska o najmłodsze pokolenie pisarzy to chyba najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze wyzwanie. Zresztą ostrożnie, powoli, lecz konsekwentnie realizowane. To „Zeszyty” odkryły i wypromowały przecież Tomasza Różyckiego.

W pytaniu o przyszłość literackich czasopism bardziej chodzi jednak o strategię niż liczbę nowych twarzy. W przypadku „Zeszytów Literackich” rzecz jest podwójnie trudna. Mając bagaż takich nazwisk, ciężko jest znaleźć autorów, którzy nie czuliby się przegnieceni ich ciężarem i nie tracąc własnego idiomu umieli wejść z nimi w twórczy dialog. W opublikowanej w „Żywych cieniach” rozmowie z Joanną Szczęsną Barbara Toruńczyk powtarza za Brodskim taką oto radę dla młodych adeptów sztuki pisarskiej: „Drukując, trzeba chcieć «podobać się wielkim cieniom»”. Po zapoznaniu się z burzliwymi początkami pierwszych niezależnych polskich czasopism, chciałoby się uzupełnić ten bon mot o zdanie, które stanowi zarazem jego zaprzeczenie i dopełnienie: „…i jednocześnie umieć się im nie podobać”. Tak jak robili to młodzi komandosi w latach 70. i później na emigracji, czerpiąc od najlepszych i jednocześnie się z nimi spierając. Tylko temu uporowi, odwadze stawiania trudnych pytań, dociekliwości i woli duchowej niezależności zawdzięczamy istnienie w pewnym stopniu „Zapisu” i całkowicie „Zeszytów Literackich”. Opowieść Barbary Toruńczyk jest zresztą tego najlepszym świadectwem.

Książka:

Barbara Toruńczyk, „Żywe cienie”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012.

* Piotr Kieżun, szef działu „Czytając” w „Kulturze Liberalnej”, pracuje w Instytucie Książki.

„Kultura Liberalna” nr 208 (1/2013) z 1 stycznia 2013 r.

...dziękujemy, że jesteś z nami! Już od 10 lat działamy na rzecz budowania lepszego kraju dla przyszłych pokoleń Polaków.

Naszym marzeniem jest demokratyczna, praworządna, tolerancyjna Polska, w której ludzie potrafią podać sobie rękę mimo różnic. Nie są to dla nas puste slogany. W czasach postępującej radykalizacji i rosnących podziałów politycznych tworzymy pismo, które niezmiennie idzie własną drogą.

Przy okazji naszych 10. urodzin chcielibyśmy skierować do Ciebie ważny apel. „Kultura Liberalna” ukazuje się dzięki osobom takim jak Ty. Jeśli mamy stabilnie działać przez kolejną dekadę, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas comiesięcznymi wpłatami. W tej chwili otrzymujemy bezpośrednio od Czytelników około 12 tysięcy złotych miesięcznie, co stanowi 15 procent naszego miesięcznego budżetu. Jeśli wolno nam wypowiedzieć życzenie na 10. urodziny, chcielibyśmy, aby wkrótce było to co najmniej 50 procent. To zapewni nam bezpieczeństwo, niezależność i możliwość mądrego rozwoju.

Mamy głowy pełne pomysłów i wierzymy, że z Twoim wsparciem będziemy je mogli zrealizować; że będziemy coraz lepsi i coraz silniejsi.

SKOMENTUJ

Nr 208

(0/2013)
1 stycznia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj