PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > MAJEWSKI: Jak zrobić...

MAJEWSKI: Jak zrobić siebie, żeby innych nie bolało. Dzienniki Susan Sontag

Paweł Majewski

Jak zrobić siebie, żeby innych nie bolało. Dzienniki Susan Sontag

Gdy pod koniec lat 60. Gertrude Himmelfarb pouczała protekcjonalnie „pannę Sontag”, jak należy myśleć i pisać o kulturze, miała może szczerą nadzieję, że z tej młodej osoby wyrośnie „przyzwoita intelektualistka”. Gdyby przeczytała zapiski Sontag z początkowych partii jej dziennika, z pewnością utraciłaby tę nadzieję – dziewczynka od małego wykazywała zbyt wiele samodzielności, zarówno myślowej, jak i obyczajowej. Jedną z najciekawszych cech jej dziennika jest całkowita nieobecność „społeczeństwa” i jego nakazów, wzorców i norm, całego formacyjnego aparatu społecznej kulturalizacji, który nazywa się dziś „opresyjnym”. Susan Sontag najwyraźniej nie podlegała tej opresji, i to nie dlatego, że odważnie się jej przeciwstawiła, ale dlatego, że chyba po prostu jej nie zauważała, i to w czasach, gdy nacisk wzorców społecznych na jednostkę u progu jej samodzielnego rozwoju był jeszcze bardzo silny. Nie jest jednak do końca jasne, czy dla śledzenia młodzieńczej niezależności Susan Sontag warto było publikować jej dziennik.

Sprawa jest delikatna. Dzienniki Sontag podał do druku jej syn, David Rieff, przy czym we wstępie dał do zrozumienia, że głównym bodźcem, który skłonił go do tego kroku, był lęk przed pozostawieniem tych zapisków w rękach anonimowych akademików, którzy niechybnie również by je opublikowali – na swój sposób (Sontag sprzedała wszystkie swoje prywatne papiery uniwersytetowi w Los Angeles i nie zadysponowała niczego w ich sprawie przed śmiercią). W ten sposób prywatna reakcja syna wobec świadectw pozostawionych przez zmarłą matkę stała się elementem publicznego życia intelektualnego. Nie pierwszy to przypadek pomieszania obu sfer, wobec którego czytelnik postawiony zostaje w odrobinę niezręcznej sytuacji.

Widać wyraźnie, że Sontag pisała tylko dla siebie. Sama forma zapisów – incydentalna, doraźna, szkicowa – świadczy, że nie były one przeznaczone dla czytelnika „zewnętrznego”, choćby niewyraźnie określonego. Są to przeważnie notatki rzucone na papier w takiej postaci, w jakiej mówi się do siebie w monologu wewnętrznym – z jak najbardziej zawężonym kontekstem, w skrajnie idiomatyczny sposób. Jest to rodzaj cząstkowego strumienia świadomości, tyle tylko, że nie powstawał on jako kreacja artystyczna, jako literatura, ani nawet jako przekaz skierowany na zewnątrz.

Co z kolei pociąga za sobą pytanie o etykę lektury tego tekstu. Nie można potraktować go ani jako wyznania, ani jako spowiedzi, ani jako prowokacji, ponieważ wszystkie te i podobne im werbalne manifestacje podmiotu wymagają stosownej intencji, choćby domyślnej, a w tym przypadku nie sposób jej wykryć. Jest więc tak, jak gdybyśmy dostali do rąk pakiet listów pisanych przez kogoś do samego siebie, i to w dodatku przez kogoś, kto jest jeszcze tak młody, że nie wyrobił w sobie odruchów „cywilizowania” własnych wynurzeń (to znaczy ujmowania ich w oględne formy słowne dopasowane do wrażliwości i roli rzeczywistych lub potencjalnych odbiorców). Czytanie (albo słuchanie) zwierzeń wrażliwych nastolatków jest zajęciem wymagającym sporej wytrzymałości psychicznej. A tutaj mamy jeszcze do czynienia z nastolatką, która mówi do siebie, tylko sobie się tak zwierza…

W pierwszych omówieniach podkreślano z podziwem liczbę i zakres lektur Sontag, spisywała ona bowiem w typowym geście diarystycznej buchalterii czytane przez siebie książki, jak i te, które miała zamiar przeczytać. Co tu jest szczególne, to jednak nie wielka liczba tych lektur (podobną księgowość czytelniczą można znaleźć w wielu dziennikach pisarzy i podobna jest skala tych przedsięwzięć), lecz wiek Susan Sontag, kiedy je podejmowała. Trzeba paru chwil, żeby sobie uprzytomnić, że dziewczyna, która czyta Henry’ego Jamesa, Conrada, Rilkego, Fieldinga, Gide’a, Eddingtona, Deweya, Harta Crane’a, Cassirera…, ma czternaście czy szesnaście lat. Tak dochodzimy do prawdziwie zajmującej cechy tego dziennika – poprzez nieco ambarasujący dla czytelnika „spontan” autorki widać bowiem jej bujność, zachłanność, żarłoczność, drapieżność… Głód doznań erotycznych i intelektualnych jest dla niej niemal tym samym głodem. Intymna szczerość tych wyznań w takim ujęciu nie jest już powodem dla opuszczania wzroku w mimowolnie podglądackim zażenowaniu, lecz gwarancją braku pozy. Sontag nie czytała po to, żeby zrobić wrażenie na kimkolwiek z zewnątrz ani nawet – bo i tak bywa – na sobie samej.

Jest też u niej sporo mimowiednych paradoksów, znamiennych dla czasów, w których dorastała. Może najbardziej wyrazistym z nich staje się z naszego punktu widzenia zapis wywiadu, który Sontag przeprowadziła z Tomaszem Mannem, kiedy miała szesnaście lat, a on siedemdziesiąt cztery. Zapis ten nie wzbogaca w niczym wiedzy o Mannie, ale sama sytuacja, w której amerykańska szesnastolatka mająca już za sobą pierwsze intensywne eksperymenty erotyczne z obiema płciami spotyka się z ostatnim tytanem literatury europejskiej, który swoje życie spędził, zmagając się niezbyt skutecznie z kanonami obyczajowymi XIX-wiecznego mieszczaństwa, ma w sobie coś głęboko symbolicznego, zwłaszcza że do spotkania tego dochodzi w roku 1949, na dwadzieścia lat przed rewolucją seksualną. Mann jest dla Sontag „bogiem” o „twarzy bez wyrazu”. Ona dla niego była może kimś w rodzaju Kaja Moellna, ale bardziej prawdopodobne, że nie poświęcił jej zbyt wiele świadomej uwagi.

Mann w dziennikach Sontag to smaczek dla literaturoznawców. Dla genderystów podobnym smaczkiem będą relacje z wizyt w klubach gejowskich i lesbijskich San Francisco, o których istnieniu w tamtych czasach nie wiedział nikt oprócz ich bywalców – jest to więc cenny przyczynek do „tajnej historii klubów” z okresu pre-Stonewall. A rozpiętość doświadczeń „panny Sontag”, od kontaktów z prawodawcami kultury Zachodu po obroty w sferach z tej kultury wówczas radykalnie wykluczonych, w połączeniu z jej niezależnością od form społecznych w procesie formowania samej siebie – wszystko to czyni z dziennika Sontag coś więcej niż młodzieńczy potok emocji. Zresztą, kto wie, czy w dziennikach członków grupy Bloomsbury albo oksfordzkich Apostołów nie znaleźlibyśmy jeszcze pikantniejszych „momentów”, gdyby je pisali z całą otwartością. Swoboda w traktowaniu własnych ciał była w tamtym czasie jednym z przywilejów elit artystycznych – trzymanym jednak w większej tajemnicy niż wszystkie pozostałe.

Kiedyś pojawienie się książkowej postaci tego dziennika byłoby przyczyną potężnego skandalu (przypomnijmy choćby publikację dziennika Malinowskiego tylko kilkanaście lat temu – a Malinowski w porównaniu z Sontag był człowiekiem nieprzeciętnie cnotliwym). Dziś – powoduje uśmiech uprzejmego, a może nawet tylko grzecznościowego zainteresowania, obok ambarasu wynikającego z zaglądania autorce „O fotografii” w miejsca nawet dziś nierzadko uznawane za niepodglądalne. Oto wybitna postać życia intelektualnego drugiej połowy ubiegłego wieku daje nam wgląd w swoje najwcześniejsze dojrzewanie duchowe i fizyczne. Czy raczej nie tyle sama postać, ile jej syn, który nie chciał dopuścić do edycji zapisków matki przez osoby trzecie.

W międzynarodówce intelektualnej lat 80. powiadało się po cichu, że najmłodszy syn Tomasza Manna, Michael, popełnił samobójstwo po tym, jak przeczytał dzienniki swojego ojca, które wydawca powierzył mu do redakcji przed ich opublikowaniem po zakończeniu okresu utajnienia. Wyczytał tam, że jego rodzice poważnie rozważali jego aborcję, i podobno załamał się nerwowo o wiele głębiej niż zazwyczaj. Żadne z dzieci Tomasza Manna nie odznaczało się stabilnością emocjonalną, a los Michaela świadczy wyraźnie, że swoboda poszukiwań życiowych jest dla potomstwa pisarzy ważniejsza niż ranga ich dorobku.

Książka:

Susan Sontag, „Odrodzona. Dzienniki 1947–1963”, tom I, przeł. Dariusz Żukowski, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012.

Paweł Majewski, adiunkt w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

„Kultura Liberalna” nr 208 (1/2013) z 1 stycznia 2013 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 208

(0/2013)
1 stycznia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj