Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Zaburzony obraz Birmy....

Zaburzony obraz Birmy. Recenzja książki „Borderline” Grzegorza Sterna

Michał Lubina

Grzegorz Stern podjął ambitną próbę opisu Birmy wychodzącej z dyktatury. Autorowi „Borderline” zabrakło jednak wiedzy oraz empatii. W konsekwencji jego książka może być wzorem, jak nie pisać o tym kraju.

Stern dobrze zaczyna. Sprawnie kreśli obraz Birmy sprzed zmian politycznych i tworzy plastyczne opisy przyrody, miast i wsi, dzięki którym można poczuć klimat kraju. Umiejętnie prowadzi narrację, a kilka rozdziałów naprawdę wciąga. Czytelnika może poruszyć historia naukowca, któremu życie zniszczyła przywieziona z zagranicy opozycyjna broszura, czy też opisy spustoszeń poczynionych przez cyklon Nargis. Wciągnie go zapewne opowieść o wędrówce Sterna z kareńskimi partyzantami, podobnie jak relacja o skomplikowanych politycznych podziałach na pograniczu birmańsko-tajskim. Przerazi go fragment o bestialstwie armii birmańskiej, pokazanym na przykładzie zawodów w rzucaniu nożami, w których za cel służy unieruchomiony sołtys wioski. Słowem: są tu dobre, zajmujące fragmenty, które nie są jednak w stanie przysłonić rozlicznych błędów i mankamentów książki.

I nie chodzi nawet o egocentryzm przebijający z opisów (książkę powinien otwierać cytat Wilde’a: „mówienie o sobie jest jedyną rzeczą, która mnie nigdy nie nudzi”) – wszak wielu reporterów to mistrzowie zaimka „ja” – ani o nieuświadomiony orientalizm czy „backpackerskie ukłucie”: Stern, wierny czytelnik przewodnika „Lonely Planet”, śpi w hotelu Motherland w Rangunie, jeździ rowerem po Paganie i płynie łódką na północ „poza utartymi szlakami”. Wiele jego opowieści (na przykład o tym, że podli miejscowi chcieli go oszukać na równowartość 30 groszy, a leniwi urzędnicy długo sprzedawali bilet kolejowy) bardziej niż na książkę reporterską nadaje się na pokaz slajdów przed audytorium złaknionym kontaktu z „prawdziwymi podróżnikami”, ontologicznie odmiennymi od zwykłych turystów. Wszystko to można by zbyć pobłażliwym uśmiechem.

Z większym trudem przychodzi mi jednak tolerowanie postawy autora wobec podstawowego narzędzia komunikacji i kultury, jakim jest język. Stern beztrosko przyznaje, że „nie miał cierpliwości” [s. 20], by nauczyć się birmańskiego, ale nie widzi w tym nic złego. Sprawia wrażenie, jakby był przekonany, że obieg anglojęzyczny jest podstawowym w Birmie. Pisze, przykładowo, że „generałowie na początku lat 90-tych przechrzcili kraj” z Birmy na Mjanmę [s. 36; w istocie był to rok 1989], tyle że zmiana dotyczyła angielskiej, międzynarodowej nazwy kraju; po birmańsku to zawsze była Myanma, czego już nie zauważa. Stwierdza również, że Birmańczycy nie wezmą do ręki reżimowej anglojęzycznej „New Light of Myanmar” [s. 137]. Ano nie wezmą, ale nie z powodu jej toporności, lecz dlatego, że ich językiem jest birmański, czytają zatem birmańskie gazety, oglądają birmańską telewizję i po birmańsku dyskutują na Facebooku. Kto w Polsce, aby śledzić wydarzenia polityczne, czyta „The Warsaw Voice”? Żeby była jasność: nie wymagam od Sterna znajomości birmańskiego, lecz autorefleksji nad ograniczeniami wynikającymi z braku znajomości języka opisywanego kraju. Jednak te mniejsze i większe przywary można by „Borderline” jeszcze jakoś darować, gdyby nie dwa strukturalne problemy tej książki: brak wiedzy i brak empatii.

Błędy, potknięcia, pomyłki

Konsekwencją pierwszego są liczne błędy. Od małych potknięć przy datacji różnych wydarzeń [1], poprzez poważniejsze uchybienia przy opisie charakteru birmańskiego systemu politycznego obecnie i przed 2011 rokiem [2], aż po kompromitujące pomyłki. Takie jak twierdzenie, że w 2010 roku „po raz pierwszy […] wśród dawnych opozycjonistów doszło do rozłamu” [s. 134], podczas gdy rozłamy miały miejsce od samego początku istnienia Narodowej Ligi na Rzecz Demokracji (NLD) – pierwszy nastąpił już w 1988 roku, a kolejni działacze odchodzili w 1989, 1997, 1998 i 1999. Dalej, Stern twierdzi, że „partyzanckie armie nigdy nie utworzyły wspólnego frontu do walki z wrogiem” [s. 113], co jest porażającą ignorancją: stworzyły bowiem takich frontów trzynaście [3], z czego pięć odgrywało znaczącą rolę, a jeden – Narodowy Front Demokratyczny (NDF) – przez prawie 20 lat (1976–1995) był najsilniejszym przeciwnikiem armii. Wreszcie autor strzela bramkę samobójczą swojej wiarygodności, gdy pisze, że muzułmanie z Arakanu (Rohingya) „nie mieli swojej partyzantki i nie walczyli zbrojnie” [s. 112, powtórzone z emfazą na s. 184]. Otóż spieszę donieść, że walczyli: przed powstaniem formacji ARSA (Armii Wyzwolenia Rohingya z Arakanu) w 2017 roku zdążyli stworzyć 8 ugrupowań partyzanckich [4], z których pierwsze – mudżahedini – miało szanse na oderwanie się od Birmy, co zresztą jest dzisiaj wykorzystywane jako koronny argument przeciwników Rohingya. Nie pojmuję, jak można pisać o Birmie i tego nie wiedzieć.

Mógłbym tak długo wyliczać, bo w tej niewielkiej, dwustustronicowej książce dopatrzyłem się w sumie 30 błędów merytorycznych, jednak nie one są najgorsze. Największym wykroczeniem Sterna jest to, że – nieświadom swojej niewiedzy – teoretyzuje na podstawie własnych imaginacji. Przypisuje rządom wojskowym spowodowanie powszechnej korupcji, tak jakby jej wcześniej nie było. A była ona wszechobecna zarówno w czasach przedkolonialnych, kolonialnych („Dni birmańskie” Orwella – dostępne w Birmie wszędzie – zaczynają się od opisu skorumpowanego urzędnika na służbie brytyjskiej), jak i ułomnej demokracji lat 50. [5]. Orientalistycznie portretuje wojskowych władców jako dziwaków, którzy decyzji dokonują za podszeptem astrologów, gdy tymczasem astrolodzy służą do wskazania odpowiedniej daty decyzji już podjętej, a więc nie mają wpływu na sam wybór [6]. Stern dziwi się też, że zwycięzcy demokraci po dojściu do władzy w 2015 roku obrośli w piórka i pysznią się jak pawie, a tymczasem jest to postawa typowa, dawno już opisana w literaturze, występująca w Birmie zarówno w czasach królów, jaki i w okresie rządów cywilów czy wojskowych [7]. Wydaje się zresztą, że jest niestety ogólnoludzka.

„Borderline” odkrywa  mnóstwo dawno znanych prawd i przedstawia je jako oryginalne spostrzeżenia uważnego obserwatora. Razem z pokaźną liczbą przeinaczeń czyni to książkę dyletancką.

Michał Lubina

Przede wszystkim jednak Stern poległ na opisie Aung San Suu Kyi, laureatki pokojowej Nagrody Nobla i dziś (współ)przywódczyni Birmy. Najpierw portretuje ją w przeterminowanych już dziś, idealistyczno-naiwnych barwach, a następnie, przytaczając jej dyktatorskie zapędy i milczenie w kwestii Rohingya, pyta bezradnie, „co się stało z Aung San Suu Kyi?” [s. 187]. Wiedziałby, gdyby przestudiował uważnie jej biografie (ma ich do wyboru czternaście, z czego najważniejszych dwóch, prac niemieckiego birmanisty Hansa-Bernda Zöllnera, Stern nie przytacza). To nie Suu Kyi się zmieniła, to świat (zachodni) zauważył to, co dla birmanistów było jasne od dawna. Suu Kyi od początku była pełnokrwistą polityczką, walczącą o władzę, a nie lepszy świat. Przykładowo, już w 1999 roku oświadczała publicznie, że kto krytykuje jej partię, ten jest „renegatem i zdrajcą” [8], a najbliższych przyjaciół (Ma Thanegi, U Kyi Maung) usunęła z ugrupowania, gdy tylko ośmielili się z nią nie zgodzić.

Ba! Stern mógłby to wszystko wiedzieć, gdyby przeczytał ze zrozumieniem te nieliczne książki, do których dotarł. W przywoływanej przezeń biografii Suu Kyi dziennikarz Peter Popham pokazuje, że Suu Kyi, wchodząc do polityki, najpierw chciała negocjować z reżimem, czym zawiodła studentów [9] i dopiero niemożność porozumienia z generałami sprawiła, że przeszła do opozycji. Z książki tej dowiadujemy się również, że pierwszej czystki w partii dokonała już po czterech miesiącach istnienia NLD [10]. A to wszystko działo się w latach 90., dwadzieścia lat temu! „Borderline” odkrywa więc mnóstwo dawno znanych prawd i przedstawia je jako oryginalne spostrzeżenia uważnego obserwatora. Razem z pokaźną liczbą przeinaczeń czyni to książkę dyletancką. Jednak od reportażu Sterna odpycha przede wszystkim zupełny brak zrozumienia dla opisywanych w nim ludzi.

A przecież można inaczej

Stern zupełnie bez wyczucia kreśli obraz Birmańczyków jako społeczeństwa z kręgosłupem moralnym przetrąconym przez rządy junty. Rangun to dla niego miasto „zepsutych ludzi” [s. 162], gdzie „oszukiwali wszyscy, bezczelnie, jakby chcieli urządzić sobie zawody w kłamstwie” [s. 162] i gdzie „tylko żyjąc nieuczciwie, nikomu nie ufając i nikim się nie licząc – można wyjść na ludzi” [s. 78]. Zaś w całej Birmie „nie było nikogo, komu nie zdarzyła się krzywda, kogo nie ograbiono, zgwałcono, poniżono. Bardzo możliwe, że po latach zniewolenia Birmańczycy nie potrafili przejąć się krzywdą sąsiada, nie było opowieści, która była w stanie ich poruszyć, zasmucić” [s. 162–163]; kilkadziesiąt lat rządów wojskowych „ulepiło z nich tchórzy i oportunistów” [s. 188], w efekcie Birmańczycy dostali wolność „i natychmiast w tej wolności się pogubili […] pełni kompleksów, niewiary we własne siły” [s. 188]. A w ogóle to w byciu Birmańczykiem „było coś wstydliwego” [s. 183]. Wreszcie Stern, opisując reakcję ludzi, którzy w herbaciarni podnosili kciuki do góry po tym, jak zdekonspirował szpicla, oskarżycielskim tonem oświadcza: „na tyle było ich stać” [s. 136].

Portretowanie społeczeństwa birmańskiego jako zbiorowego cwaniaka i zdegenerowanego moralnie tchórza jest doprawdy zdumiewającą odwagą w ustach człowieka, który nigdy w Birmie nie mieszkał na stałe, nie zna języka i nie przeczytał podstawowych lektur o tym kraju.

Michał Lubina

Portretowanie społeczeństwa birmańskiego jako zbiorowego cwaniaka, kolektywnego cinkciarza, oszukującego na każdym kroku i zdegenerowanego moralnie tchórza jest doprawdy zdumiewającą odwagą w ustach człowieka, który nigdy w Birmie nie mieszkał na stałe, nie zna języka mieszkańców i nie przeczytał podstawowych lektur o tym kraju. I znów sądzę, że i tu przydałoby się więcej autorefleksji nad powierzchownością sądów. A przede wszystkim warto by nie obrażać ludzi, o których się pisze. A przecież można inaczej. Przejmujący portret społeczeństwa birmańskiego pod butem armii odmalowała Christina Fink w pracy „Living silence” [11]. Fink, która miała cierpliwość, by nauczyć się birmańskiego, na podstawie setek wywiadów z uciekinierami z Birmy zrekonstruowała warunki życia w tym kraju. Jej książka naprawdę poraża, a opisy są dużo bardziej wstrząsające niż u Sterna. Jednak Fink nie ocenia i nie wydaje oskarżycielskich sądów o umęczonym, zgnojonym społeczeństwie. Daje ludziom mówić i to wystarcza.

Nie trzeba jednak prac naukowych, żeby przedstawić rzeczywistość w sposób zniuansowany. Reporterzy też potrafią opisać kraj krytycznie, acz z taktem. Niedawno wydana książka Wojciecha Tochmana o Kambodży, której recenzja wkrótce ukaże się na łamach „Kultury Liberalnej”, jest tego dobrym przykładem. Społeczeństwo kambodżańskie przeszło przez gorsze rzeczy niż społeczeństwo birmańskie, a Khmerzy są – jak się wydaje – bardziej sponiewierani duchowo niż Birmańczycy. I z książki Tochmana to jasno wynika. A jednak reporter zachowuje wstrzemięźliwość w sądach, pokorę i elementarny szacunek do opisywanych osób (o rzetelności nie wspomniawszy). U Sterna niestety wszystkiego tego zabrakło.

 

Przypisy:

[1] Wojna domowa wybuchła w Birmie w 1948 roku (rebelia Komunistycznej Partii Birmy), a nie w 1949 [s. 196]; zamach stanu w 1962 roku nie był bezkrwawy [s. 69 i 196], bo zginął w nim syn byłego prezydenta; natomiast list Noblistów do Suu Kyi był napisany w 2016 roku, a nie w 2017 [s. 185].

[2] Do opisu na okładce wkradły się dwa błędy: ani Birma nie była totalitarna przed 2011 rokiem, ani Birmańczycy nie uzyskali potem wolności. Obecny system jest hybrydą demokracji i autorytaryzmu, lecz bliżej mu do tego drugiego. O jakiej wolności możemy mówić w kraju mającym w rankingu Freedom House 31 punktów na 100, czyli mniej niż na przykład Uganda, Pakistan, Kuwejt czy Gambia?

[3] Te zjednoczone fronty to: Ludowy Front Demokratyczny (PDF, 1949–1958), Narodowodemokratyczny Zjednoczony Front (NDUF, 1959–1975); Ludowy Demokratyczny Front Wszystkich Narodów (ANPDF, od 1989 roku do pierwszej dekady XXI wieku); Narodowo Wyzwolicielski Zjednoczony Front (NULF, 1970–1974); Demokratyczny Sojusz Birmy (DAB, od 1988 roku); Demokratyczny Front Birmy (DFB, od 1990 roku); Demokratyczny Zjednoczony Front Narodów (DNUF, 1956–1958); Sojusz Wyzwolenia Narodów (NLA, 1960–1963); Zjednoczony Front Narodów (UNF, 1965–1966); Narodowy Zjednoczony Front (NUF, 1967–1975); Rewolucyjny Sojusz Narodów (RNA, 1973–1975); Federalny Narodowy Demokratyczny Front (w 1975 roku); Narodowy Front Demokratyczny (NDF, od 1976 roku).

[4] Partyzantki Rohingya (nie licząc obecnego ARSA) to: mudżahedini Jaffera Qawwala Husseina i potem jego brata Cassima (1946–1961), Front Wyzwolenia Rohingya (RIF, 1964–1969), Armia Wyzwolenia Rohingya (RIA, 1969–1973), Patriotyczny Front Rohingya (RPF, 1973–1978), Organizacja Solidarności Rohingya (RSO, 1982–1998), Arakański Islamski Front Rohingya (ARIF, 1986–1998), Armia (Sojusz) Narodowy Rohingya (RNA, 1998–2001); Arakańska Organizacja Narodowa Rohingya (ARNO, od 1986 roku).

[5] Łapówka w czasach przedkolonialnych była „siłą sprawczą wszystkich działań w kraju […] bez łapówki nic nie zostanie zrobione ani powiedziane” (słowa kupców brytyjskich z XVII wieku, cyt. za: G. E. Harvey, „History of Burma”, London, Frank Cass & Co 1967 (reprint of 1925), s. 190). Korupcja „przenikała społeczeństwo” (słowa francuskiego więźnia Gougera z XIX wieku, H. Gouger, „A Personal Narrative of two years’ imprisonment in Burma”, London, John Murray 1860, s. 51). W czasach kolonialnych rządowy raport z lat 30. szacował liczbę nieuczciwych urzędników na „od 20 do 99 proc.” i konstatował, że „gdyby zaprowadzono sprawiedliwość, to znaczna część urzędników publicznych musiałaby się znaleźć w więzieniu” (Raport Rządowego Komitetu ds. Wyjaśnienia Przyczyn Korupcji, cyt. za: J. S. Furnivall, „Colonial Policy and Practice”, New York University Press, New York 1956, s. 173).

[6] A. Selth, „Burma’s ‘Superstitious’ Leaders” [w:] „Lowy Institute Interpreter”, Sydney, October 22, 2009.

[7] Por. opisy osiemnastowiecznego jezuity Sangermano, który zaobserwował, że „każdy chce być mandarynem” i charakter człowieka natychmiast zmienia się na władczy, jak tylko osiągnie trochę władzy; V. Sangermano, „The Burmese Empire A Hundred Years Ago”, Bangkok, White Orchid 1993 (reprint of 1833), s. 152–153, oraz opisy zachowania „boskiej klasy” urzędników birmańskich, autorstwa Maung Maung Gyi, od rządów cywilnych, przez wojskowe, „Burmese Political Values. The Socio-Political Roots of Authoritarianism”, Prager, New York 1983, s. 154–159.

[8] „Daw Aung San Suu Kyi’s Speech on 27–5–1999, Online Burma Library.

[9] Peter Popham, „The Lady and the Peacock. The Life of Aung San Suu Kyi”, Rider, London2011, s. 47–48.

[10] Tamże, s. 96.

[11] C. Fink, „Living Silence in Burma. Surviving Under Military Rule”, Silkworm/Zed Books, Bangkok–London 2001.

Książka:

Grzegorz Stern, „Borderline. Dwanaście podróży do Birmy”, wyd. Czarne, Wołowiec 2019.

...czy możemy poprosić Cię o jeszcze chwilę uwagi? Mamy dla Ciebie ważną wiadomość.

„Kultura Liberalna” jest magazynem wydawanym społecznie: to znaczy, że ukazuje się dzięki osobom takim jak Ty. Patrzymy na ręce politykom wszystkich opcji. Bronimy wartości demokratycznych i wolnościowych. Pracujemy nad wizjami Polski na przyszłość. W czasach postępującej radykalizacji i rosnących podziałów politycznych tworzymy pismo, które niezmiennie idzie własną drogą.

Wspólnie tworzymy demokratyczne media. Jeśli czytasz „Kulturę Liberalną” i popierasz to, co robimy, wesprzyj nas.

SKOMENTUJ

Nr 535

(14/2019)
9 kwietnia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj