Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Stara, młoda czy...

Stara, młoda czy żadna? O przyszłości lewicy

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, Filip Konopczyński, Jan Śpiewak, Anna-Maria Żukowska,

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, Filip Konopczyński, Jan Śpiewak oraz Anna-Maria Żukowska rozmawiali o perspektywach polskiej lewicy w debacie „Kultury Liberalnej”.

Tomasz Sawczuk: Dlaczego tak trudno zjednoczyć lewicę w Polsce?

Agnieszka DziemianowiczBąk: Aby mógł powstać wspólny front lewicy, jego stworzenie powinno być celem wszystkich lewicowych aktorów. A tak dotąd nie było – często celem było raczej znalezienie kogoś, kogo można byłoby obarczyć odpowiedzialnością za to, że po raz kolejny nie udało się zawiązać porozumienia.

Tomasz Sawczuk: I kogo udało się obarczyć odpowiedzialnością?

Agnieszka DziemianowiczBąk: To zależy, kogo zapytać. Barbara Nowacka wskazywała swego czasu, że problemem jest ego Czarzastego i Zandberga, Włodzimierz Czarzasty z SLD obarcza odpowiedzialnością Roberta Biedronia, Krzysztof Gawkowski z Wiosny partię Razem, a partia Razem wszystkich wokół, tylko nie siebie. Moment zmiany nadejdzie wtedy, gdy naprawdę zacznie nam na tym zjednoczeniu zależeć.

Łukasz Pawłowski: Pani zdaniem, podczas ostatnich rozmów o koalicji na lewicy, żadnej stronie tak naprawdę nie zależało na tym, żeby się zjednoczyć?

Agnieszka DziemianowiczBąk: Nie przesadzałabym, bo w różnych momentach różnym ugrupowaniom na tym z pewnością zależało. Ale jednocześnie wszyscy starali się przede wszystkim pokazać, nawet jeśli to nie był jedyny cel, że to nie oni są winni fiaska porozumienia. Mam szczerą nadzieję, że to podejście się zmienia i wkrótce będzie lepsze niż w ciągu ostatniego roku.

AnnaMaria Żukowska: Moim zdaniem w rozmowach o koalicji na lewicy nie chodziło o to, by zwalić na kogoś winę. W kampanii samorządowej SLD startował w koalicji, w której było ponad 20 podmiotów. Natomiast pierwotnym powodem tego, że w ogóle trzeba rozmawiać o jednoczeniu lewicy, jest to, że SLD istnieje – uparcie, niezmiennie, nie chce zejść ze sceny od 20 lat. Powstają więc nowe partie polityczne, które definiują się jako lewicowe, progresywne. Był Twój Ruch, wcześniej Ruch Palikota, teraz Wiosna. Dopiero wtedy, kiedy okazało się, że te nowe partie nie sprawiły, że SLD przestał istnieć, zaczynały się rozmowy, że może jednak warto usiąść do stołu.

Tomasz Sawczuk: Czyli wszyscy powinni po prostu zapisać się do SLD?

AnnaMaria Żukowska: Nie, ale partia Razem czy Zieloni startowali w wyborach samorządowych samodzielnie, chcieli zmierzyć się z dużym wyzwaniem, jakim jest sformowanie list w całym kraju, zrobili to i skończyło się tak, że nie wzięli żadnych mandatów do sejmików. W 2015 roku Zjednoczona Lewica uzyskała w wyborach parlamentarnych 7,6 procent głosów. Jest to mój największy osobisty żal, że nie udało się tej koalicji utrzymać po wyborach. Mimo zapowiedzi, że będzie to koalicja na lata, rozpadła się w zasadzie dzień po głosowaniu. Gdyby tak się nie stało, być może w ogóle nie mielibyśmy takiego dylematu, czy tworzyć koalicję lewicy, bo byłoby jasne, że istnieje silna zjednoczona lewica. Teraz trzeba budować od nowa.

Łukasz Pawłowski: Filip Konopczyński współpracował z najnowszą inicjatywą rozłamową po lewej stronie, czyli Wiosną. Partia ta od początku stawiała na samodzielny start w wyborach.

Filip Konopczyński: W DNA Wiosny od początku zapisane było dążenie do tego, by przekroczyć dialektykę lewica–prawica i zmienić opowieść o Polsce, z którą mieliśmy do czynienia po 1989 roku. Do tej pory spory ideowe wyrażały się przede wszystkim w historycznych konfliktach tożsamościowych, biograficznych. Pomysł polegał na tym, żeby zaproponować nowy sposób organizacji sporu politycznego, dla którego punktem odniesienia byłby rok 2015, a nie rok 1989.

To się jednak nie udało. W wyborach europejskich okazało się, że duopol PO–PiS ma się całkiem dobrze. Wynik nieco powyżej 6 procent był w tych warunkach dobry. W kontekście oryginalnej narracji może pozostawiać pewien niedosyt, jednak faktem jest, że do Parlamentu Europejskiego dostali się kandydaci jedynie z trzech list wyborczych.

Tomasz Sawczuk: Jan Śpiewak także próbował rozbijać duopol – startując na prezydenta Warszawy w wyborach samorządowych z poparciem partii Razem.

Jan Śpiewak: Starcie z duopolem było bardzo bolesne, przez ostatnie dwa miesiące kampanii media nas w ogóle nie zapraszały i nie byliśmy w stanie nic z tym zrobić. Nie znam odpowiedzi na ten problem, ale myślę, że Wiosna była bliska osiągnięcia celu. Nie zgadzam się z poglądem, że dla sukcesu sił progresywnych potrzebna jest jedna lista lewicowa. W polityce naturalne jest to, że w pewnym momencie rośnie hegemon, który zgarnia głosy, i nie wydaje mi się, żeby uporczywe myślenie o budowaniu koalicji miało nas szczególnie posunąć do przodu. Bardziej interesuje mnie, co się wydarzyło z Wiosną. To jest bardzo ciekawe.

SLD jest jedyną partią lewicową, która rządziła, wspólnie z Unią Pracy. Jeżeli rozmawiamy o dawnych błędach, to warto zwrócić uwagę na fakt, że inni nawet nie mieli okazji ich popełnić.

Anna-Maria Żukowska

Łukasz Pawłowski: W tytule naszego spotkania jest mowa o „starej” i „nowej” lewicy. Czy po lewej stronie mamy do czynienia z pęknięciem pokoleniowym? Włodzimierz Czarzasty mówi, że jest chłopski, ludowy, pragmatyczny. Być może młoda lewica jest za bardzo akademicka?

AnnaMaria Żukowska: Moja partia jest rzeczywiście dość ludyczna w porównaniu z Razem czy PO. Jest coś takiego jak tożsamość organizacyjna. U nas jest ona swobodna, nie wbijamy się w identyczne koszule i garnitury ani nie nosimy wyłącznie ubrań z materiałów z upraw ekologicznych. Myślę, że to nie jest kwestia różnicy pokoleniowej, młodsi i starsi działacze są do siebie pod tym względem podobni.

Dlatego nie wydaje mi się, że są jakieś różnice pokoleniowe, które są nie do przekroczenia. Są raczej różnice historyczne. SLD ma dwudziestoletnią historię. Przed nim istniała PZPR, po czym utworzono SdRP. SLD nie jest następcą prawnym PZPR, powstał z połączenia się kilkudziesięciu organizacji lewicowych, więc ma trochę inny kod genetyczny. Jeżeli jednak dla kogoś stanowi to barierę do rozmów, że dany polityk był w PZPR, to rzeczywiście mamy tu problem.

Jest jeszcze jedna sprawa. SLD jest jedyną partią lewicową, która rządziła, wspólnie z Unią Pracy. Żadna z pozostałych partii lewicowych nie miała nigdy udziału w rządach, a to ma znaczenie. Jeżeli rozmawiamy o dawnych błędach, to warto zwrócić uwagę na fakt, że inni nawet nie mieli okazji ich popełnić.

Agnieszka DziemianowiczBąk: SLD rzeczywiście jest jedyną partią lewicową, która rządziła, jednak trudno jest uczciwie nazwać tamtą partię i politykę jej rządu lewicowymi. Przyjmuję natomiast za dobrą monetę deklaracje, że SLD przepracował pewne kwestie i dziś chce być lewicą w pełnym tego słowa znaczeniu.

Natomiast jeśli chodzi o kwestie pokoleniowe, powinno nas interesować nie to, co jest wewnątrz partii, nie skład osobowy partii, tylko elektoraty, do których te partie mówią i docierają. Ogromnym sukcesem i zasługą Wiosny, niezależnie od tego, że wynik był nieco poniżej oczekiwań, jest spora mobilizacja najmłodszego elektoratu, który niekoniecznie chciał pójść do wyborów. W tym sensie elektoraty SLD i Roberta Biedronia są raczej komplementarne niż konkurencyjne. To ma znaczenie, bo w tej chwili dla organizacji lewicowych nie mniej ważna od sojuszu ideowego jest kwestia sojuszu taktycznego na wybory.

Lewica potrzebuje funduszu mediowego, po to aby w perspektywie kilku lat stworzyła mocny fundament instytucjonalny, który obejmie internet, radio i telewizję.

Filip Konopczyński

Filip Konopczyński: Myślę, że podziały pokoleniowe są wśród wyborców bardzo mocne i jest to istotna kwestia, ale w nieco w innym znaczeniu, niż się o tym zwykle mówi. Chodzi mi o różnice związane z odmiennym doświadczeniem życiowym. Na SLD głosują przede wszystkim starsi wyborcy, czyli osoby, które miały doświadczenie nie-prawicowej wspólnoty. Nie mówię tylko o PZPR, ale o ruchach spółdzielczych, wiejskich, młodzieżowych, zakładowych i szeregu innych organizacji, które oferowały różne formy socjalizacji, wspólnotowości, które przynajmniej w pewnej mierze miały charakter lewicowy.

Z kolei duża część przedstawicieli dzisiejszej lewej strony wywodzi się z nowych ruchów społecznych. W przypadku Wiosny były to osoby z NGO-sów, ruchów miejskich, think tanków. To są ludzie, którzy całe życie musieli symulować, wymyślić lewicowy aktywizm w sytuacji, w której brakowało naturalnych nie-prawicowych wspólnot.

Prawicy się to udało – ma organizacje strzeleckie, ruchy neokatechumenalne, rekonstruktorów historycznych i inne oddolne inicjatywy, które nie mają charakteru liberalnego ani progresywnego czy lewicowego. Młodsze pokolenie trafia na lewicę poprzez lokalny aktywizm albo wiedzę zdobytą przez YouTube czy Netflixa. Na tej podstawie trudno budować szerszą wspólnotę. Myślę, że Wiosna była próbą zmiany tej sytuacji.

Tomasz Sawczuk: Jan Śpiewak to jeden z tych, którzy wołali, że znajdzie się cela dla Leszka Millera – a na razie znalazła się Bruksela.

Jan Śpiewak: Kto szykuje młodych do polityki? Prawo i Sprawiedliwość. Nowo powołany na ministra Michał Woś to pierwszy członek Rady Ministrów, który urodził się w wolnej Polsce. Do tego PiS wygrało wybory w najmłodszej grupie wyborców. To jest jednak dość niesamowite, że partia władzy, prawicowa, wygrywa wśród najmłodszych. Jeśli wygrywa, to rozumiem, że otworzyła drogi awansu, które wcześniej były zablokowane. PiS ma projekt budowy nowej, narodowej klasy średniej i sukcesywnie go realizuje, wciągając w ten projekt młodych. Natomiast opozycja miała na listach Leszka Millera, Marka Belkę, czyli osoby z poprzedniej epoki.

Nie jestem politykiem po to, żeby za wszelką cenę zdobyć miejsce w parlamencie, tylko po to, żeby coś zmienić. Dla mnie SLD nie jest wiarygodną propozycją zmiany, jest raczej ucieleśnieniem tego, z czym przez długie lata walczyłem w działalności publicznej. Młodzi, którzy myślą inaczej niż starzy, po prostu muszą sami wziąć władzę.

Nie jestem politykiem po to, żeby za wszelką cenę zdobyć miejsce w parlamencie, tylko po to, żeby coś zmienić. Dla mnie SLD nie jest wiarygodną propozycją zmiany.

Jan Śpiewak

AnnaMaria Żukowska: Być może dostaniemy się do Sejmu niezależnymi drogami, czego wszystkim ugrupowaniom lewicowym życzę, ale mam nadzieję, że w tym Sejmie wreszcie będziemy mogli współpracować i nie kłócić się już o to, kto jest bardziej lewicowy, kto popełnił błędy. SLD rządził 15 lat temu. To dużo czasu, zmieniło się przywództwo, zmienił się nasz program. Nie jesteśmy idealni, nigdy nie będziemy, a w partii, która ma 23 tysiące członków, zawsze trafi się jakiś baran. Można być partią bardzo ideową, gdy jest w niej 200 osób, tylko czy taka partia jest w stanie wprowadzić realne zmiany w polskiej polityce?

Jan Śpiewak: Lewica rządzi w wielu samorządach. SLD jest w nieformalnej koalicji z PO w Warszawie, a szef warszawskich struktur partii jest wicedyrektorem Pałacu Kultury i Nauki, w którym się dziś spotykamy. Jaka jest propozycja SLD dla tego miasta, dla mieszkańców? Nie ma. Dlatego dla mnie te zapewnienia o zmianie i o tym, że w SLD zostały wyciągnięte wnioski z dotychczasowych błędów, nie brzmią wiarygodnie.

Tomasz Sawczuk: Spróbujmy teraz uwolnić wyobraźnię. Co powinno być głównym tematem dla lewicy w Polsce na przyszłość?

Filip Konopczyński: W ostatnich kilku latach jednym z najważniejszych doświadczeń był dla mnie absolutny brak samodzielnego głosu lewicy w mediach masowych. Wszyscy, którzy mieli nadzieję na to, że uda się zdobyć przyczółek w tak zwanym mainstreamie informacyjno-medialnym, że bazując na osobistych sympatiach redaktorów politycznych czy poprzez poruszane tematy, coś im zostanie dane, sromotnie się przeliczyli. Uważam, że szeroko rozumiana lewica potrzebuje funduszu mediowego, po to aby w perspektywie kilku lat stworzyła mocny fundament instytucjonalny, który obejmie internet, radio i telewizję. To powinno być przedsięwzięcie, które łączy nawet te organizacje i partie, które nie będą wchodzić w koalicje.

Drugi punkt to lifestyle. Mam tu na myśli zdobywanie zainteresowania nie dzięki temu, że ma się najsłuszniejszą ideologię, tylko przez to, co robimy i jacy jesteśmy. Trzecia sprawa to ekologia. Zajmowanie się tym tematem będzie w Polsce coraz bardziej procentować. Borykamy się z wielkimi problemami, które mają jak najbardziej namacalny charakter.

AnnaMaria Żukowska: Żeby mówić o sobie, że jest się lewicą, trzeba stać na dwóch nogach: socjalnej oraz światopoglądowej. PiS nie jest lewicą, ponieważ ma tylko rozwiązania prosocjalne. Lewica musi zajmować się sprawami takimi jak emerytury, mieszkania i podatki progresywne. Ale za lewicę nikt nie wprowadzi związków partnerskich, liberalizacji przepisów dotyczących przerywania ciąży, nikt nie będzie także zajmował się takimi kwestiami równościowymi jak równouprawnienie kobiet i mężczyzn w sferze płac.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk: Wydaje mi się, że w polskiej demokracji coś bardzo dziwnego stało się ze zdolnością do tolerowania różnicy zdań. W debacie publicznej panuje ogromna presja, którą najmocniej wywiera obóz liberalny wobec całej opozycji, żeby wszyscy mówili tak samo. W tej chwili funkcjonujemy w takiej rzeczywistości politycznej, w której konflikt jest zawsze na śmierć i życie. Cała dyskusja o tym, że trzeba odsunąć PiS od władzy, jest podbudowana przekonaniem, że trzeba zlikwidować tę opcję polityczną, zniszczyć reprezentację sporej części społeczeństwa, bo to jest najgorsze, co się tej demokracji przytrafiło. Ale tego rodzaju presja obecna jest również na lewicy. Wiele osób myśli, że porozumienie koalicyjne musi opierać się na absolutnej zgodzie i zgodności przekonań – dlatego nawet małe różnice urastają do rangi nieprzezwyciężalnych murów. Moim zdaniem różnica, a nawet konflikt są w demokracji ogromną wartością.

Lewica powinna dogadać się co do podstawowej agendy, ale z akceptacją różnych podejść co do jej realizacji, a potem maksymalizować szanse na to, żeby w następnym Sejmie znalazł się ktoś, kto będzie nośnikiem tej agendy. Jaka to agenda? Po pierwsze, usługi publiczne – ochrona zdrowia, edukacja, czyli rzeczy, których nie da się kupić za pieniądze otrzymane z bezpośrednich transferów od rządu. Przykładowo, w Polsce brakuje pielęgniarek i żadne transfery finansowe nie sprawią, że ten problem zostanie rozwiązany – nie ma sklepów z pielęgniarkami, dodatkowe 500 złotych w portfelu nic tu nie pomoże. Druga oczywista kwestia to odpowiedź na kryzys klimatyczny. PiS ten problem ignoruje, ale nawet jeśli liberalna opozycja przejmie władzę i zacznie serio zajmować się polityką klimatyczną, to bez dodania do niej lewicowej perspektywy możemy się spodziewać neoliberalnego podejścia do tematu i prób radzenia sobie ze skutkami kryzysu bez oglądania się na los pracowników sektora energetycznego. Lewica jest potrzebna choćby po to, by upomnieć się o los górników z kopalń, które ze względów klimatycznych trzeba będzie w końcu zamknąć.

Trzecia kwestia, która nie może zostać pominięta, to sprawy wolności osobistych, równouprawnienia osób LGBT czy dostępu kobiet do aborcji. Niezależnie od tego, czy to jest politycznie opłacalne, czy nie, lewica nie może pozwolić sobie na to, by przestać się tymi tematami zajmować.

W Polsce brakuje pielęgniarek i żadne transfery finansowe nie sprawią, że ten problem zostanie rozwiązany – nie ma sklepów z pielęgniarkami.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk

Łukasz Pawłowski: Jan Sowa powiedział kiedyś w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej”, że jeśli lewica ma dojść do władzy i realizować postulaty socjalne, to musi rozmawiać także z młodą prawicą, na przykład Klubem Jagiellońskim. A dogadać można się z nią tylko „na trupie kobiety”, bo prawa kobiet, na przykład do przerywania ciąży, są dla prawicy nie do zaakceptowania.

Agnieszka DziemianowiczBąk: Zwracam uwagę, że powiedział to Jan Sowa, a nie żadna kobieta… Brak dostępu do aborcji ma także wymiar socjalny – najlepiej wiedzą o tym mniej zamożne kobiety z prowincji, których nie stać na wyjazd do zagranicznej kliniki.

Jan Śpiewak: To jest sedno problemu. Kapitalizm przeżywa potężny kryzys, a mimo to lewica nie zyskuje ani w Polsce, ani na Zachodzie. Beneficjentem tego kryzysu staje się prawica, która przejmuje postulaty socjalne, egalitarne, demokratyczne. PiS realizuje jakiś program społeczny, a druga strona broni oligarchii i status quo. Jest tutaj duże wyzwanie tożsamościowe, które mogliśmy obserwować w czasie ostatniej Parady Równości, gdzie JP Morgan i Goldman Sachs miały platformy tuż obok Razem czy Wiosny.

Tomasz Sawczuk: Powinny tych platform nie mieć?

Jan Śpiewak: Nie, ale sytuacja ta ilustruje proces, w którym liberalny świat przechwytuje postulaty obyczajowe, a jednocześnie uczestników parady zamienia w konsumentów. Wedle takiej wizji na paradzie ma być lifestyle, zamożni ludzie, których stać na to, by robić, co chcą, natomiast zanika jej wymiar egalitarny. Przecież wielkie instytucje finansowe zajmują się głównie wytwarzaniem nierówności i biedy, wyzyskiwaniem ludzi.

Dla mnie pierwsza sprawa to podatki. Mamy bardzo niesprawiedliwy system podatkowy, który jest degresywny, czyli obciąża bardziej klasę średnią i najuboższych, a od najbogatszych ściąga dużo niższe podatki. Nie da się zbudować szwedzkiego państwa za polskie pieniądze. PiS nie ma programu dla państwa, a ono jest w dalszym ciągu z tektury. Druga sprawa to ochrona środowiska i walka ze zmianami klimatu. W tej sprawie trzeba jasno powiedzieć, że w Polsce musi być elektrownia atomowa. Trzecia sprawa to kwestie tożsamościowe, których podejmowanie wpycha nas jednak w ramiona neoliberałów. To jest ogromny problem i nie wiem, jak można go ominąć.

Tomasz Sawczuk: Zostańmy przy temacie, który pojawił się w wypowiedzi Jana Śpiewaka. Jaki powinien być stosunek lewicy do PiS-u? Ostatnio ukazała się książka Rafała Wosia, który podejrzewa, że prawica może stać się nową lewicą i przekonuje, że lewica powinna się trochę uśmiechnąć do partii rządzącej.

Filip Konopczyński: Taktyka proszenia PiS-u o korekty jest po prostu szkodliwa. PiS wyznawało w przeszłości różne ideologie gospodarcze, niekiedy skrajnie wolnorynkowe. Teraz w pewnych aspektach jest prosocjalne, a w innych zupełnie nie. Po ostatnich czterech latach można śmiało powiedzieć, że PiS niczego lewicy nie da, ponieważ nie musi. PiS nie potrzebuje lewicy, chyba że po to, aby osłabić liberałów przed wyborami. Lewica powinna bronić konkretnych wartości, zamiast prosić się o sojusz, w którym partner nie będzie zainteresowany oddaniem jakiegokolwiek pola.

AnnaMaria Żukowska: Jarosław Kaczyński mówi to, co akurat ma ochotę powiedzieć, w związku z tym, komu ma ochotę się przypodobać. Jest tak cyniczny, że w ogóle nie przywiązywałabym się do tego, co robi i mówi. Lewica nie powinna stawiać się w pozycji skrobiącego do drzwi małego kotka, który bardzo by chciał i marzył o tym, żeby PiS wpuściło go do domu, bo jest największe. To byłoby całkowite zaprzeczenie celu istnienia partii politycznych, a przypomnę, że według ustawy o partiach politycznych istnieją one po to, żeby zdobyć władzę w celu realizacji własnych postulatów programowych – a nie po to, żeby robić dobrze innej partii politycznej.

Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości to są w dużej części wyborcy Sojuszu Lewicy Demokratycznej sprzed 20 lat. Tutaj mamy pytanie: rybki czy akwarium? SLD pod presją wielu środowisk i osób z dużym autorytetem poszedł słusznie w lewo ze swoim programem i w tej chwili jest niezaprzeczalnie partią lewicową, o czym świadczy chociażby zaproszenie mnie na tę wspaniałą dyskusję. Tego elektoratu lewicowego w Polsce nie ma tak dużo, jest to może 2–2,5 miliona osób, które chodzą na wybory. Zarzucanie nam, że mieliśmy kiedyś poparcie w wysokości 40 procent, a jednocześnie powinniśmy być jeszcze bardziej lewicowi, to zatem zupełna pomyłka.

Jeżeli chcemy odbudować elektorat lewicowy, to nie możemy także zapominać o jednej rzeczy. Wyborców w wieku senioralnym, z powodów demograficznych, jest znacznie więcej niż elektoratu młodego, w wieku lat dwudziestu kilku. Gdyby cały elektorat dwudziestoletni poszedł na wybory, to i tak będzie go mniej niż wyborców 50+, którzy do tego są zdyscyplinowani i chodzą na wybory. Jeżeli będziemy więc robić rozróżnienia na starą i nową lewicę, to nie będzie żadnej lewicy, ponieważ nigdy nie dostaniemy się do Sejmu. Jeżeli nie zdobędziemy tego parlamentarnego przyczółka, nie odzyskamy go dla takiej czy innej lewicy, to nic nie zrobimy. Trzeba przyznać, że jesteśmy w dupie i musimy spróbować z niej wyjść.

Agnieszka DziemianowiczBąk: Prawo i Sprawiedliwość jest partią otwarcie antypracowniczą, co pokazał ostatnio jej stosunek do strajku nauczycieli. PiS rozbroiło ten strajk w sposób, który jest sprzeczny z jakąkolwiek demokratyczną polityką socjalną i lewicowym podejściem do dialogu społecznego. Uruchomiono narzędzia medialnej propagandy, media publiczne zostały zaprzęgnięte do tego, żeby zohydzić pracowników, a prawo oświatowe zostało zmienione w taki sposób, żeby ukrócić protest. Nie wyobrażam sobie lewicy, która chciałaby mieć cokolwiek wspólnego z tak jawnie antypracowniczą partią.

 

* Debata zorganizowana we współpracy z Fundacją im. Róży Luksemburg.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 548

(27/2019)
9 lipca 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj