Wesprzyj Kulturę Liberalną
Kultura Liberalna istnieje dzięki osobom takim jak Ty. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Patrzyły na nas...

Patrzyły na nas oczy bez dna. O wspomnieniach Adiny Blady-Szwajgier „I więcej nic nie pamiętam”

Anna Olmińska

Lekarka, w czasie wojny pracownica szpitala dziecięcego w getcie warszawskim. Przez całe życie wzbraniała się przed opisem wojennych doświadczeń. Pod jego koniec, za namową Marka Edelmana i z obawy, że przed śmiercią nie zdąży opowiedzieć swojej historii, Adina zaczęła pisać. Tak powstało przejmujące świadectwo Zagłady.

1 września 1939 roku Adina Blady-Szwajgier miała 22 lata. Los jej sprzyjał – dzięki owalnej twarzy, niebieskim oczom, niedużemu nosowi i włosom w kolorze ciemny blond Adina nie wyróżniała się później z tłumu warszawiaków. A musiała często się w niego wtapiać, bo mieszkała razem z mamą w samym sercu warszawskiej Starówki, w kamienicy przy ulicy Świętojerskiej. Trochę to dziwne, zważywszy że od nieco ponad miesiąca miała męża. Był nim Stefan Szpigielman, student III roku prawa. Sama studiowała podówczas na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Młodzi mieszkali jednak osobno, bo zataili swój ślub przed rodzicami Stefana, którzy byli stanowczo przeciwni ich małżeństwu. Adina i Stefan nie chcieli jednak czekać z decyzją o ślubie. Między innymi dlatego, że już w zbliżającym się 1940 roku Adina miała otrzymać dyplom i prawo praktyki. Chciała mieć na dokumentach nazwisko męża.

Mądra, zdolna, zamężna. Życie Adiny układało się całkiem nieźle. Marzyła o pracy pediatry i wspólnym mieszkaniu z ukochanym. Kiedy wybuchła wojna, oba marzenia udało jej się spełnić. Paradoksalnie, właśnie dzięki rozpoczynającej się wojnie. W końcu zapotrzebowanie na lekarzy wyraźnie się wtedy zwiększyło i Adina bez problemu dostała się na staż na oddziale gruźliczym w Szpitalu Dziecięcym Bersohnów i Baumanów – placówce położonej w getcie warszawskim. Z kolei rodzice Stefana w ogarniętej wojną stolicy w mgnieniu oka zapomnieli o twardych zasadach dotyczących wspólnego życia dwojga młodych, kochających się ludzi.

Adina miała jeszcze jedno marzenie: chciała pisać. W realizacji tego marzenia wojna jej z kolei przeszkodziła. Dziewczyna stworzyła co prawda w Nowy Rok 1943 monodram o grabarzu grzebiącym Żydów w Treblince, ale po wojnie nie starała się o jego wystawienie i postanowiła sobie, że nigdy już nie chwyci za pióro. Uznała, że to, co przeżyła, „nie jest ani do pisania, ani do czytania”, a „o innych sprawach – codziennych, przedwojennych – pisać nie ma sensu” [s. 7].

Do pisania wróciła dopiero w latach 80. Wtedy Adina Blady-Szwajgier podupadła na zdrowiu i szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafiła do szpitala na oddział Marka Edelmana, swojego kolegi z czasów wojny, który pracował wówczas jako goniec w tym samym co ona szpitalu dziecięcym. W takich okolicznościach nie sposób było uciec od przeszłości. To właśnie za namową Edelmana i ze strachu, że przed śmiercią nie zdąży nikomu opowiedzieć swojej historii II wojny światowej, którą dotychczas skrzętnie przed wszystkimi ukrywała, Adina zaczęła pisać. Tak powstała książka „I więcej nic nie pamiętam”.

W 1988 roku wydały ją „Zeszyty Niezależnej Myśli Lekarskiej”. Potem pojawiły się wznowienia i tłumaczenia na języki obce: angielski, francuski, niemiecki. Historia młodej lekarki nie przestaje intrygować do dzisiaj. W kwietniu 2019 roku premierę w oficynie Nisza miało pierwsze poprawione wydanie wspomnień Adiny.

Kto nie widział takich oczu, ten nie wie, jakie może być życie

„I więcej nic nie pamiętam” to książka podzielona na dwie części, tak jak można wyodrębnić dwa zasadnicze etapy życia Adiny w czasie wojny. W pierwszej autorka pisze o codzienności lekarzy pracujących w szpitalu dziecięcym w getcie warszawskim, w drugiej – o życiu po aryjskiej stronie.
Najpierw czytamy więc, z czym wiązała się praca we wspomnianym szpitalu – przede wszystkim z podporządkowaniem wszystkiego dobru dzieci, które w nim przebywały, i wyznaczonej przez naczelną lekarkę, legendarną doktor Annę Braude-Hellerową, rutynie dziennej:

„Dzień szpitalny zaczynał się codziennie od raportu – odprawy u doktor Naczelnej, gdzie nie tylko omawiało się nowe lub trudne przypadki, ale trzeba było tłumaczyć się z każdego zgonu i udowodnić, że zrobiono wszystko, co możliwe, dla uratowania życia. A tych tłumaczeń było coraz więcej…” [s. 35].

Do codziennych obowiązków lekarzy należało też prowadzenie historii choroby każdego dziecka. Poza tym co dwa tygodnie w szpitalu odbywały się zebrania naukowe, na których omawiano co ciekawsze przypadki, dyskutowano nad metodami leczenia, a nawet wygłaszane były krótkie referaty teoretyczne. Był też w Szpitalu Dziecięcym Bersohnów i Baumanów zespół badający – niestety bardzo wówczas częstą – chorobę głodową. Jego ostatnie zebranie odbyło się w sierpniu 1942 roku. Dzięki jego pracom po wojnie, w roku 1946, ukazała się książka „Choroba głodowa. Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim z roku 1942”.

Ważnym momentem dnia było wspólne śniadanie pracowników – „zasadniczy”, jak pisze Adina, choć bardzo skromny, posiłek. Składał się zazwyczaj „z dziesięciu deko kartkowego chleba pokrajanego w cieniutkie kromki i jednego deko buraczanej marmolady lub pięciu gramów «małpiego smalcu». Do tego dochodził 1 – słownie jeden – 25-gramowy kieliszek spirytusu nierozcieńczonego, wypitego jednym zręcznym haustem” [s. 34]. Specjalny przydział spirytusu dla lekarzy miał niebagatelne znaczenie. To ten jeden kieliszek przezroczystego płynu dzięki swojej kaloryczności ratował lekarzy przed obrzękami głodowymi, a później również ułatwiał im coraz bardziej przygnębiającą pracę. Co ciekawe, nawet po zamknięciu getta w listopadzie 1940 roku przydział spirytusu dla lekarzy został utrzymany. Czyżby było to przeoczenie okupanta? – zastanawia się autorka.

Ten codzienny rytm, dążenie do tego, by wszystko działo się tak, jak gdyby wojny nie było, był szalenie ważny – zwłaszcza gdy wszystko wskazywało już na to, że praca lekarzy nie ma sensu, bo zdecydowanej większości pacjentów nie da się uratować; można im tylko zapewnić cichą, spokojną śmierć. Właśnie ten rytm oddalał moment pogrążenia się w rozpaczy i beznadziei. Naczelna szpitala wyznawała widać tę samą zasadę, którą w Auschwitz przekazał Primo Leviemu współwięzień Steinlauf: „Musimy glansować buty – nie dlatego, że tak każe regulamin, lecz dla zachowania godności. Musimy maszerować wyprostowani, bez szurania chodakami nie z poszanowania dla pruskiej dyscypliny, lecz aby pozostać żywymi, aby nie zacząć umierać” [1].

A nie było łatwo znosić widoku straszliwych cierpień małych pacjentów, przypominających albo szkielety, albo – w końcowej fazie choroby głodowej – ogromne, obrzęknięte istoty, w dodatku pełne pretensji do lekarzy i przekonane, że oni nie znają prawdziwego głodu i bólu. Jedne dzieci cierpiały przy tym na Durchfall, krwawą biegunkę głodową, i nie mogły nawet dojść do ubikacji; inne dopadały tyfus plamisty lub gruźlica, które gwarantowały szybką śmierć.

„Patrzyły na nas oczy bez dna – pisze Adina – oczy tak strasznie poważne i smutne, jakby cały żal dwóch tysięcy lat diaspory znalazł w nich wyraz. Na kołdrze bez ruchu leżały ręce – rączki dziecka o poobgryzanych paznokciach, opalone lub blade, te same, które jeszcze kilka miesięcy temu matka całowała i tuliła z miłością. Wiecznie ruchliwe, radosne ręce dziecka, teraz bezsilne i uspokojone […]. A kto nie widział takich oczu, takiej twarzy zagłodzonego dziecka z czarną jamą otwartych ust, ze zmarszczoną pergaminową skórą, ten nie wie, jakie może być życie” [s. 38; 52].

Tak było do ostatniej chwili. We wrześniu 1942 roku do szpitala, w którym pracowała Adina, przywieziono chorych ze wszystkich szpitali w getcie, a Adina dowiedziała się, że wszyscy Żydzi z getta mają się zebrać w czworoboku ulic Miłej, Zamenhofa, Gęsiej i Smoczej. Naczelna rozdała pracownikom szpitala dziecięcego numerki życia. Jeden otrzymała Adina. Zanim jednak opuściła szpital, „pchając się do życia”, w wyniku splotu różnych okoliczności udało jej się zdobyć morfinę. Wiedziała, co powinna z nią zrobić, by spełnić obietnicę daną dzieciom, że zostanie z nimi do samego końca. Gdy Niemcy i szaulisi zbierali chorych z sal do wagonów, Adina poszła najpierw do pokoju niemowląt, a potem do pokoju dzieci starszych – i wlała w otwarte buzie ostatnie lekarstwo.

Być normalnym człowiekiem na ulicy zwykłego miasta

25 stycznia 1943 roku, w piękny, słoneczny dzień, Adina wyszła na aryjską stronę. Od teraz jej zadaniem nie było już leczenie ludzi (przynajmniej nie w dosłownym sensie tego słowa), lecz szykowanie mieszkań i dokumentów dla Żydów wychodzących z getta. Powierzenie jej tej misji, wymagającej pokazywania się na ulicach miasta, Adina zawdzięczała przede wszystkim swojemu dobremu wyglądowi.

Szybko okazało się, że życie po tej stronie jest równie trudne jak za murami, a pod pewnymi względami może nawet trudniejsze. Dopiero tu Adina poznała prawdziwy strach i prawdziwą nienawiść – gdy parę razy spotkała swoich kolegów ze studiów, a oni „tak dziwnie patrzyli” [s. 99]. Musiała szybko nauczyć się kilku twardych zasad. Nikomu nie ufać. Uważać na szmalcowników. Unikać znajomych twarzy. Nie narażać przyjaciół i bliskich na zdemaskowanie (co często oznaczało: trzymać się od nich z daleka). Szybko pozbywać się pieniędzy. Zmieniać kwaterę natychmiast po jej „spaleniu” (czyli zaraz po tym, jak zostanie namierzona przez szmalcownika czy żądnego zysku sąsiada). Trzymać fason i nie zwracać na siebie uwagi. Zawsze być gotowym na najgorsze (najlepiej mieć przy sobie truciznę). A przy tym „być normalnym człowiekiem na ulicy zwykłego miasta”. I nigdy nie płakać na ulicy, nawet wtedy, gdy patrzy się z placu Krasińskich na płonące getto, stojąc – jak Adina Blady-Szwajgier – z bukietem żonkili w dłoni przy uwiecznionej przez Czesława Miłosza czynnej karuzeli. Albo gdy żegna się miłość swojego życia w Hotelu Polskim, odprowadzając ją wzrokiem do bud, które podjechały zamiast obiecanych autobusów, z nadzieją, że akurat ten transport nie pojedzie do Oświęcimia, że tym razem Żydzi, a wśród nich ten ukochany człowiek, trafią do lepszego świata – nie w niebie, ale tu, na ziemi.

W tej części „I więcej nic nie pamiętam” autorka zdaje relacje z dwóch lat swojego życia w ciągłym strachu przed zdemaskowaniem. I w ciągłym pośpiechu – pracy przy organizowaniu życia Żydom, którzy wyszli z getta, czy szukaniu nowych, bezpieczniejszych kwater, kupowaniu jedzenia i dokumentów było bowiem mnóstwo. Dzięki temu człowiek czuł się potrzebny. Poza tym, co nie mniej ważne, jak pisze autorka, nie było czasu na myślenie i na rozpacz.

O swoich przeżyciach Adina Blady-Szwajgier opowiada w prostych, niemal żołnierskich słowach. Jak nietrudno się domyślić, opisuje wiele wydarzeń tragicznych. Na przykład sytuację, gdy pozostająca w ukryciu Żydówka, której został na świecie tylko noworodek, zatyka mu buzię poduszką, żeby nikt nie usłyszał jego kwilenia. Chwilę potem Adina musiała wynieść zwłoki tego samego noworodka w tekturowym pudełku. Albo jak cztero- czy pięcioletnie dzieci, żyjące cały czas w ukryciu, z dala od swoich rówieśników, cofają się w rozwoju i zapominają mowy. I nawet bawić się nie umieją – bo gdzie miały się tego nauczyć? Pojawiają się też jednak we wspomnieniach Adiny ślady humoru. „Bo tak to już jest, że obok największej tragedii często jest coś do śmiechu” – wspomina autorka. Na przykład, pisze dalej, „Celek kiedyś w Międzylesiu na fałszywy alarm wyskoczył oknem półnagi i wpadł w maliny” [s. 186].

Na stronach wspomnień Adiny Blady-Szwajgier bardzo wyraźnie odbija się jedno z jej życiowych haseł: „Lekarzem jest się po to, żeby pomagać, nie po to, żeby roztkliwiać się nad sobą” [s. 157]. Zgodnie z nim starała się żyć do końca, usiłując być jednocześnie uczciwym, odpowiedzialnym, szlachetnym człowiekiem i na takich ludzi wychować swoje dzieci. Przez czterdzieści lat po wojnie z pełnym oddaniem leczyła więc pacjentów, a o głęboko skrywanych ranach nic nie mówiła. Starała się o nich zapomnieć. Nie udało jej się jednak i nigdy sobie nie wybaczyła, że zaczęła swoją karierę lekarską od prowadzenia ludzi ku śmierci zamiast ku życiu. Nie potrafiła przepracować tej traumy. Zapewne dlatego nigdy nie opowiadała o niej nawet swoim najbliższym.

Dopiero pod koniec życia postanowiła podzielić się swoimi wspomnieniami ze światem. Po ich spisaniu nałożyła nawet na swoją córkę, aktorkę Alinę Świdowską, „obowiązek przekazywania, niesienia dalej” tej opowieści [2], z którego córka wywiązała się, przygotowując monodram, odegrany na scenach warszawskich teatrów. Bez wątpienia jednak to właśnie skromna objętościowo książka „I więcej nic nie pamiętam” jest dla czytelnika najlepszą zachętą, żeby dzielić się z innymi pamięcią o ludziach w bieli, ich pacjentach i żyjących po aryjskiej stronie bojownikach, którzy wyszli z pożogi.

 

Przypisy:

[1] Primo Levi, „Czy to jest człowiek”, przeł. Halszka Wiśniowska, Warszawa 1996, s. 45.

[2] Beata Kęczkowska, „Obejrzała się tylko raz – rozmowa z Aliną Świdowską”, „Gazeta Wyborcza”, 31 stycznia 2010 [dostęp: 18 maja 2019].

Książka:

Adina Blady-Szwajgier, „I więcej nic nie pamiętam”, wyd. Nisza, Warszawa 2019.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 548

(27/2019)
9 lipca 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj