Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Tańce, hulanki, swawola....

Tańce, hulanki, swawola. Recenzja filmu „Na rauszu” w reżyserii Thomasa Vinterberga

Grzegorz Brzozowski

Najnowszy film Thomasa Vinterberga to diagnoza kultury przesiąkniętej alkoholem, a zarazem wizja męskiej duszy jako podatnej na demoniczne zakłady w zamian za obietnicę wiecznej młodości.

„Na rauszu” nie sprowadza się jedynie do perypetii czwórki nauczycieli prowincjonalnej szkoły podejmujących eksperyment z codziennym popijaniem. Alkohol w filmie Vinterberga to nie tyle problem jednostek, co społeczeństwa, które go potrzebuje, aby radzić sobie z doświadczanym na co dzień osądem i kruchością relacji. „Na rauszu” to niemal filmowy esej o dyskretnym uroku pijaństwa, w którym nie zabraknie znakomicie wplecionych w narrację aluzji do muzyki, literatury czy polityki robionych na rauszu, a nawet odwołania do filozofii Kierkegaarda (gdyby Vinterberg sięgnął do Wyspiańskiego, niewykluczone, że z ekranu usłyszelibyśmy „Chopin gdyby jeszcze żył, toby pił”).

Materiały promocyjne Best Film, fot. Henrik Ohsten

„Na rauszu” to zatem krytyka przesiąkniętej alkoholem kultury, w której staje się on nieodłącznym elementem każdego święta – przeciągnięcie rauszu do doświadczenia codzienności wydaje się zatem tylko logiczną konsekwencją jej założeń. Być może to właśnie trafność tej diagnozy zadecydowała o sukcesie filmu – obsypany Europejskimi Nagrodami Filmowymi (między innymi za najlepszy film, za najlepszą reżyserię i aktorską kreację Madsa Mikkelsena jako Martina), stał się pewnym kandydatem do oscarowych nominacji.

Młodzieńcze upojenie

Jedna z najbardziej przenikliwych myśli w filmie Vinterberga dotyczy powiązania rauszu z tęsknotą za doświadczeniem młodości. W filmie widzimy je nie tylko w obyczajach wychowanków szkoły – chociażby ich pijackiej sztafecie otwierającej film. Jak przyznaje zapytany w pewnym przez Martina chłopak, popijanie może wypełniać większość jego tygodnia. Przyzwolenie na eksperymenty z rauszem okazuje się prawem młodości także w jednej z najbardziej popularnych literackich wiwisekcji męskiego dojrzewania – „Mojej walce” Karla Ovego Knausgårda: „Nic nie mogło się równać z uczuciem wywołanym upojeniem narastającym przed południem […] czułem się tak, jakbym tylko ja miał rację, a wszyscy inni się mylili, jakbym był wolny, a wszyscy inni zniewoleni w codzienności” [1]. Dwudziestoletni bohater, sfrustrowany niepowodzeniami na kursie pisarzy oraz blokadą twórczą, postanawia doświadczyć stanu samotnego podchmielenia: „Upicie się w środku dnia okazało się całkiem przyjemne […] teraz, gdy nic mnie nie obchodziło, dzień nagle się otworzył i zaoferował zupełnie inne możliwości. Po pijaku samo przejście ulicą po gazety do kiosku stało się przeżyciem”. Dla bohatera – i alter ego – Knausgårda rausz okazuje się (zwodniczą w dłuższym planie) ścieżką do odkrycia podszewki rzeczywistości oraz budowania na tej podstawie przekonania o swojej wyjątkowej wrażliwości: „Wszystko wydawało mi się oblepione jakąś zgnilizną, jednocześnie towarzyszyły temu gwałtowne odczucia, bliskie triumfowi. Do diabła, byłem kimś, dostrzegałem coś, czego nie widział nikt inny, zaglądałem wprost w dziurę w świecie” [2].

O ile jednak w wersji Goethego o przegranym zakładzie miało zadecydować wypowiedzenie przez Fausta „trwaj chwilo! chwilo, jesteś piękną!”, pakt u Vinterberga ma odwrotną strukturę: „chwila” ma trwać wiecznie, rozciągnąć się na codzienność i całość życiowego doświadczenia bohaterów. Co więcej, ich pakt ma zakończyć się dopiero wtedy, gdy sami zdiagnozują ryzyko alkoholizmu.

Grzegorz Brzozowski

O ile bohater Knausgårda zagląda do kieliszka w poszukiwaniu egzystencjalnej głębi i pisarskiej inspiracji; bohaterowie „Na rauszu” pragną swoje „dziury w świecie” raczej zasypać (czy raczej: zalać). Tęskniąc za młodzieńczością, na co dzień zmagają się z kryzysem wieku średniego – zawodowym wypaleniem, obumierającymi związkami lub ich brakiem. Alkohol okazuje się tu swoistą magdalenką (mocno nasączoną), która jest w stanie stracony czas nie tylko przywołać, ale uobecnić – sprawić, że bohaterowie poczują się choć na chwilę niezależni od jego prawideł. Rzeczywiście, młodzieńczy wigor zdaje się wracać do nich i nasilać w miarę rozwijania eksperymentu: nie tylko zaczynają bardziej angażować się w „dorosłe” obowiązki zawodowe, ale też oddają coraz bardziej sztubackim rozrywkom. Wymykają się strażnikom sklepu, próbują własnoręcznie schwytać rybę czy zanurkować z baru prosto na ręce kolegów. Wzajemnie kryją swoje wpadki – chociażby w scenie, gdy jeden z nich chwiejnie szybuje w pokoju nauczycielskim, by ostatecznie wylądować na ścianie. A w momencie, gdy podopieczny jednego z nich, nieśmiały siedmiolatek, wreszcie trafia pierwszego gola, radość kibicujących nauczycieli nie różni się od jego rówieśników z drużyny. Grupa statecznych wychowawców przeistacza się niemal w bandę urwisów popijających na ostatnich siedzeniach autobusu colę z procentami podczas szkolnej wycieczki.

Mężczyzna i Mefistofeles

Bohaterowie szukają w alkoholu przede wszystkim powrotu do niewinności młodzieńczego upojenia – tym samym opowieść Vinterberga o alkoholu wymyka się schematom moralitetu o jednoznacznym delirycznym upadku, który znajdziemy chociażby w „Pętli” [1958] Wojciecha Hasa, „Pod wulkanem” [1984] Johna Hustona czy „Pod Mocnym Aniołem” [2014] Wojciecha Smarzowskiego. W filmie duńskiego reżysera perspektywa alkoholowej degradacji ma pozostać permanentnie odroczona – co nie znaczy, że stanie się mniej realna.

„Na rauszu” jest opowieścią o uwodzeniu przez alkohol – przyzwoleniu na pokuszenie, które ma pozostać pod kontrolą głównych bohaterów. Tym samym trudno nie dopatrzeć się w filmie Vinterberga ukrytego schematu opowieści o Fauście: w zamian za obietnicę wiecznej młodości, bohaterowie wchodzą w pakt z demonem. O ile jednak w wersji Goethego o przegranym zakładzie miało zadecydować wypowiedzenie przez Fausta „trwaj chwilo! chwilo, jesteś piękną!”, pakt u Vinterberga ma odwrotną strukturę: „chwila” ma trwać wiecznie, rozciągnąć się na codzienność i całość życiowego doświadczenia bohaterów. Co więcej, ich pakt ma się zakończyć się dopiero wtedy, gdy sami zdiagnozują ryzyko alkoholizmu.

To znamienne, że diabelski zakład przyjmuje tu postać metodycznego eksperymentu – demon ukrywa swoje oblicze pod pozorem racjonalnego naukowego badania na żywych organizmach – wkładu do filozoficznej teorii o zbawiennym wpływie rauszu na funkcjonowanie człowieka. Bohaterowie dokonują skrupulatnych pomiarów promili (które zostają precyzyjnie odnotowane na ekranie), metodycznie rozlokowują butelki w swoim miejscu pracy, wreszcie: ukrywają przed współpracownikami kolejne etapy pijaństwa w imię konsekwentnego zbierania danych.

Materiały promocyjne Best Film, fot. Henrik Ohsten

Literacki Mefistofeles przejawia, swoją drogą, skłonność do pojawiania się w sceneriach alkoholowych – by wspomnieć chociażby karczmę, w której objawia się mistrzowi Twardowskiemu z ballady Mickiewicza („diablik to był w wódce na dnie”). Mefistofeles z dramatu Goethego zabiera Fausta do piwnicy Auerbacha w Lipsku, gdzie dolewa grupie podchmielonych wesołków wina zmieniającego się w płomienie; jak przyznaje, jest ich stałym towarzyszem: „Diabeł tuż, tuż przy ich kołnierzu — nie wiedzą nic, że są w więcierzu” [3]. Swoją drogą, wspomniana sceneria to prawdziwa tawerna, na której ścianach widoczne były malowidła popijających biesiadników wspominających legendarnego Fausta. Sam młody Goethe miał uczęszczać tam jako student – być może pomysł na napisanie dramatu pojawił się właśnie przy okazji studenckiego rautu.

Jeśli w opowieści Vinterberga rzeczywiście ukryty jest demon, nie odsłania on wprost swojego oblicza – bohaterowie sami ustalają zasady eksperymentu, w którym mają mocować się poniekąd z samymi sobą – demonami depresji i poczucia życiowej porażki. Kusiciel w filmie Vinterberga pozostaje tak naprawdę niewidoczny – zakład z nim ma przemawiać przez wewnętrzne stany bohaterów. Trudno rozstrzygać, na ile film Vinterberga przesiąkł luterańskim duchem duńskiej kultury z tradycją „uwewnętrznionego doświadczenia zła”; Martin Luter miał nie tylko dopatrywać się Antychrysta na tronie papieskim, ale i być czujnym na działanie demona przede wszystkim w swoim wnętrzu – jest on „czynny w każdym z nas, poprzez nasze skrupuły, trwogi, pokusy, wszystkie owe Anfechtungen, które samego reformatora nieustannie dręczyły w życiu” [4].

Mefistofeliczny zakład zostaje w „Na rauszu” zsekularyzowany: nikt z bohaterów nie przypisze alkoholowi wprost diabelskiego oblicza – jednak ich eksperyment nie odbiega od faustowskiej trajektorii: pozornie obłaskawiony demon okaże się sprytniejszy od tych, którzy zaczęli się z nim mocować. W tym kontekście szczególnie ambiwalentny pozostaje ostatni zatrzymany kadr filmu – mógłby być ilustracją słów, którymi Mefistofeles Goethego dopiero na dobre otwiera swój pakt z bohaterem, zapraszanym do mistycznego lotu:

„Oto płaszcz rozwinę
i polecimy w wietrzne tonie!
Góry i chmury w locie minę!
Zamiast rumaków — wiew ognisty,
miast drogi ziemskiej — lot strzelisty!
To wszystko ostaw, niech w użycie
Faust wolny leci! — w nowe życie!!” [5]

Materiały promocyjne Best Film, fot. Henrik Ohsten

Whisky, moja żono

Rausz w filmie Vinterberga jest mężczyzną. Odnajdziemy tu spektrum męskich postaci podatnych na pokusę alkoholu na różnych etapach życia – zarówno starzejących się samotników, jak i mężów o zróżnicowanym stażu związku; pojawi się tu też student sparaliżowany strachem przed nadciągającym egzaminem, któremu z odsieczą przychodzi alkoholowy mentor.

Mocowanie się z demonami męskości okazuje się trwałym motywem twórczości Vinterberga: odnajdziemy go i w „Polowaniu” [2012] – opowieści o nauczycielu przedszkolnym posądzonym o pedofilię, jak i w „Festen” [1998], w którym skrzywdzony w dzieciństwie syn konfrontuje się z patriarchą rodu przy okazji celebrowania jego sześćdziesiątych urodzin. Struktura dramaturgiczna „Na rauszu” zdaje się jednak najbardziej przypominać „Moją drogą Wendy” [2005]. W scenerii południowoamerykańskiego miasteczka poznajemy grupę nastolatków, którzy postanawiają wydobyć się z poczucia życiowej porażki przez założenie strzelniczego klubu „Dandysów”. O ile nauczyciele w wieku średnim szukają źródeł życiowej mocy w regularnym popijaniu, młodzi Amerykanie zaczynają czuć się pełnoprawnymi mężczyznami dzięki noszeniu przy sobie na co dzień broni. Podobnie jak w „Na rauszu” uruchamiają przewrotny eksperyment: deklarują się jako pacyfiści, którzy nie użyją broni poza granicami swojego klubu (skupiają się tu głównie na bibliotecznych badaniach kulturowych kontekstów strzelania – ich wykłady są lustrzanym odbiciem lekcji prowadzonych przez podchmielonego Martina). Podobnie jak w przypadku bohaterów „Na rauszu”, także eksperyment nastolatków wymknie się spod kontroli, ukazując naiwność ich idealistycznych założeń (w przeciwieństwie do „Na rauszu”, ta część filmu – napisanego przez Larsa von Triera, który porachunkom z antychrystem poświęcił niejeden film – okazuje się jego najbardziej nieporadną i niewiarygodną częścią).

Znamienne, że tytułowa „Wendy”, do której główny bohater zwraca się w tytule oraz w miłosnym liście, wyznaczającym ramy filmowej narracji, okazuje się imieniem jego broni, którą chłopak traktuje z czułością na miarę osobowej partnerki – podobnie jak reszta grupy Dandysów, których „zaślubiny” z pistoletami odbywają się w oprawie specjalnego rytuału. Relacja z bronią staje się substytutem romantycznego związku, czy raczej: jakiejkolwiek relacji. Podobnie dzieje się w „Na rauszu” – alkoholowe akcesorium męskości głównych bohaterów okazuje się zastępować, a w szerszym planie: przyćmiewać perspektywę stworzenia związku lub wyjścia z jego kryzysu. Bohaterowie zdają się obcować z alkoholem czulej niż z życiowymi partnerkami.

Mężczyźni w filmach Vinterberga pozostają fundamentalnie samotni; nawet zawiązanie więzi między nimi nie może obyć się bez pretekstu w postaci akcesoriów militarnych czy alkoholowych. To dopiero w ich obecności mogą otworzyć się na emocjonalne wyznania – jak Martin, który dopiero po pierwszym kielichu wypitym na urodzinach kolegi, zaczyna zwierzać się z życiowego kryzysu. Alkohol podsyca temperaturę jego spowiedzi, która niebawem przechodzi w płacz, a zaraz po nim – w pocieszenie przez tańczącego między stolikami kolegę. To dopiero pod wpływem eksperymentu Martin przeżywa też wyczekiwane zbliżenie ze swoją żoną.

Problem z komunikacją w związku trudno zrzucić tylko na barki męskich bohaterów; kobiety w „Na rauszu” sprawiają wrażenie niedosiężnych i emocjonalnie wychłodzonych. Występują one tu poniekąd w roli instancji egzekwującej podział domowych obowiązków i oceniającej niewłaściwe postępowanie swoich mężów – niczym nauczycielki strofujące niesfornych uczniaków (swoją drogą, na czele szkoły bohaterów stoi również kobieta, inicjująca w pewnym momencie postępowanie dyscyplinarne wobec jednego z nich). To jednak właśnie perspektywa utraty związku okazuje się dla Martina ostatecznym sygnałem złego obrotu eksperymentu – o ile jego celem miało być naprawienie swojego życia, zaczyna dostrzegać, że nie ma ono sensu bez jego żony. Znamienne, że w balladzie Mickiewicza to też perspektywa konfrontacji z Panią Twardowską okazuje się ostateczną receptą na diabelskie zakusy; to wobec perspektywy rocznego związku z nią (oraz warunku bezgranicznego wobec niej posłuszeństwa), Mefistofeles „dotąd jak czmycha, tak czmycha”. Jeśli męskość w filmach Vinterberga jawi się jako nieodłączna od demonów, kobiecość okazuje się ich egzorcyzmem.

 

 

Przypisy: 

[1] Karl Ove Knausgård, „Moja walka. Księga piąta”, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie 2016, s. 294.
[2] Tamże, s. 274.
[3] Johann Wolfgang von Goethe, „Faust”, przeł. Emil Zegadłowicz.
[4] Alfonso M. Di Nola, „Diabeł”, Universitas, Kraków 2004, s. 206.

[5] Johann Wolfgang von Goethe, dz.cyt.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 632

(7/2021)
16 lutego 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj