Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Wszyscy jesteśmy z...

Wszyscy jesteśmy z Garwolina. Recenzja „Cukrów” Doroty Kotas

Sylwia Góra

Czy miejsce urodzenia nas definiuje? Czy można się od niego zupełnie odciąć? Zacząć od nowa? Proza Kotas pokazuje, że nie. Choć bardzo by chciała.

Bohaterkę „Cukrów”, niewątpliwie alter ego samej autorki, poznajemy „po wygraniu dużej nagrody w konkursie literackim” [s. 5]. Nadal mieszka w wielkim mieście, w kolejnym z mieszkań, które zresztą często zmienia. Czy można mówić o jakimś przełomie w jej życiu? Odbywa dużo spotkań autorskich online i odpowiada na pytania, „jaka jest rola literatury w czasach zarazy oraz czy czuje się już prawdziwą pisarką i po co obcięła włosy” [s. 6]. Widać nauczyła się już odgrywać różne role w teatrze, który autorka opisywała w swoim debiucie. Kotas we „Wstępie” stara się trochę wytłumaczyć i usprawiedliwić. Bo przecież jest teraz osobą publiczną. Została przedstawicielką osób wykluczonych, nieheteronormatywnych i nieneurotypowych (spektrum autyzmu). Oczekiwania rosną. Podobnie jak oczekiwania względem drugiej książki. W polskim środowisku literackim to już nie debiut, ale właśnie druga książka świadczy o autorze i autorce. Odpowiada za przyszły sukces albo porażkę.

Przedmioty

U Kotas wyjątkowe miejsce zajmują przedmioty. To one, a nie ludzie, określają przestrzeń. To, czy jest przyjazna, czy wroga, czy można w niej żyć i stworzyć dom. Mają swoją fakturę, zapach, dźwięk, a nawet smak. Podarowana toaletka zamieszkuje w swoim pokoju, zawłaszcza przestrzeń, estetyzuje ją, ale też oswaja. Przypomina o sobie, kiedy bohaterka patrzy w lustro i upewnia się o swojej obecności. Ale wystarczy sama obecność przedmiotów. Przywołują one również wspomnienie domu w Garwolinie. Pomarańczowy telefon stacjonarny, czerwony płaszcz z wełny, radio, cukrowy baranek, dwa fotele i ława, zielony maluch, czerwony polonez, granatowy golf. Powrót do przeszłości. Czy istniałaby Dorota Kotas, gdyby nie życie w Garwolinie?

Przenosimy się z bohaterką do wczesnego dzieciństwa, kiedy nie trzeba było się określać – dla matki była niezdarną córką, dla ojca pojętnym synem, z którym można było iść w las i ratować zwierzęta, których matka wyjątkowo nie lubiła. Chomik, kot, pies – wszystkie znikają w dziwnych okolicznościach. Matka jest zazdrosna o miłość córki do zwierząt. A ta objawia się między innymi tym, że od dziecka nie je mięsa. Przecież przyjaciół się nie zjada. To pierwsza skaza na idealnym porządku garwolińskich rodzin. Jest ich więcej. Fryzura, postawa ciała, zainteresowania, niechęć do uczestnictwa w rozrywkach „porządnej młodzieży”, pęd do nauki, życie w światach wyobrażonych. Bohaterka „Cukrów” nie pasuje, nie przystaje. Zamiast cieszyć się z przeprowadzki do bliźniaka, płacze za małym mieszkaniem w bloku (sąsiedzi akurat kupili jamnika, a to jedno z wielu marzeń o zwierzęcym przyjacielu).

Dorastanie jest jeszcze gorsze – pierwsza miesiączka, rosnące piersi. Ciało staje się obce, dziwne, nie sposób nad nim zapanować. Wszyscy patrzą jeszcze częściej, intensywniej. Inność się pogłębia. I wreszcie ucieczka. Trudno nazwać to inaczej. Bohaterka już jako dziecko ucieka. Do świata wyobrażonego. Podobnie jak ojciec. Ale uciekają w bardzo różne miejsca. Osobno. Narratorka „Cukrów” wyjeżdża do Warszawy. Jak najdalej od Garwolina. Można byłoby jeszcze dalej, ale ograniczenia ma wdrukowane w DNA.

Domy

Już w „Pustostanach” Kotas wyraźnie zaznaczyła, że dom jest tam, gdzie go sobie stworzy. Nie ma nic wspólnego z rodziną biologiczną. W „Cukrach” tylko nas w tym utwierdza. „Dzielenie ze sobą domów znaczy dla mnie bardzo wiele, więcej niż genotypy i grupy krwi, jest to też dla mnie bardziej zobowiązujące niż wspólne nazwisko. Domy znacznie lepiej scalają. Mam wrażenie, że osoby, które je zamieszkują, przesiąkają sobą. Jest to proces nieodwracalny” [s. 56]. Kolejne mieszkania, które wynajmuje przez kilka tygodni albo kilka miesięcy, mogłyby się raczej przyśnić niż istnieć naprawdę. Stara willa z nieodłączną hrabiną, dziewięćdziesięcioletnią Ireną, która oferuje pokój za darmo i kilkaset złotych za wykonywanie drobnych prac; mieszkanie na zapleczu zakładu pogrzebowego; dom zamieszkany przez duchy i rusałki niedaleko stacji kolejowej; wreszcie – mieszkanie na terenie dawnego getta. Narratorka zdaje się mieć niezwykły dar do przyciągania wydarzeń paranormalnych albo przynajmniej tak opowiedzianych. Ta metafizyka wbrew pozorom buduje swojskość, jest wpleciona w narrację w taki sposób, że przyjmujemy to jako najbardziej zwyczajne wydarzania.

Ojciec ocenia kolejne domy córki według skali: rudera – jeszcze większa rudera. Nie spodziewa się niczego innego, ale przyjeżdża czasem naprawić kran albo inną zepsutą instalację i zawsze czegoś zapomina, musi się wrócić. Nieudolnie szuka kontaktu z córką, który dla obojga jest nieco sztuczny, a dla niej obciążający emocjonalnie, ale w jakiś sposób oczekiwany. Ojciec to Garwolin. Przywozi go ze sobą za każdym razem. Córka nie może się uwolnić od tego miejsca. Płynie w jej żyłach, jest w każdym oddechu i ruchu. Nie może się z niego wyrwać.

Widać to wyraźnie w części „PKS do domu”, gdzie pisze: „Gdyby do autobusu linii PKS Garwolin wsiadła jakakolwiek znana osoba, nikt by jej nie poznał. Ale wszyscy podróżni poznaliby każdego, kto urodził się w tym mieście” [s. 147]. Czy miejsce urodzenia nas definiuje? Czy można się od niego zupełnie odciąć? Zacząć od nowa? Proza Kotas pokazuje, że nie. Choć bardzo by chciała. Ale można przepracować Garwolin, pisząc o nim. Pisanie, jak banalnie by to nie brzmiało, jest w przypadku tej autorki autoterapią, sposobem na przepracowanie emocji, zrozumienia świata: „Dla mnie pisanie to najwyższa konieczność. Jedyny w pełni skuteczny sposób na to, żeby zrozumieć, co się dzieje wokół mnie. Prawie wszystkiego nauczyłam się z książek, łącznie z wiedzą tajemną o tym, jak żyją ludzie, co mnie zawsze niezmiernie interesowało. Spędziłam wielką część życia, czytając, rysując i pisząc” [s. 34].

Do trzech razy sztuka

Zakończenia są trzy. Dwa pierwsze mogą się nie spodobać czytelnikowi i czytelniczce, a to martwi autorkę. Każdy lubi szczęśliwe zakończenia. Nieśmiertelne: i żyli długo i szczęśliwie. „Napiszę jeszcze jedno zakończenie, żeby nie było smutno. Chyba nikt nie lubi smutnych książek. Chcę napisać jeszcze o mojej dziewczynie, ponieważ ona na to zasługuje i czuję, że jest w tej książce niezbędna” [s. 159]. Czy to domknięcie? Czy jest jeszcze coś do opowiedzenia? Mam nadzieję, że dowiemy się już wkrótce. „Cukry” to książka bardziej przemyślana i dopracowana niż debiut Kotas. To wspólna podróż z bohaterką tropem miejsc, w których próbowała stworzyć dla siebie dom. To także opowieść o próbie dopasowania i ostatecznym zrozumieniu, że wcale nie musimy pasować, że możemy stworzyć sobie przestrzeń, w której będziemy się czuć dobrze i bezpiecznie na własnych warunkach.

 

Książka:

Dorota Kotas, „Cukry”, Wydawnictwo Cyranka, Warszawa 2021.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 645

(20/2021)
18 maja 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj