Bądź na bieżąco!

Zapisz się na newsletter
Kultury Liberalnej

Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Beztroskie grasowanie. Recenzja...

Beztroskie grasowanie. Recenzja książki Grzegorza Łysia „Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie”

Grażyna Kubica

Idea, żeby opowiedzieć o Bronisławie Malinowskim i jego epoce przez pryzmat „dzikich żądz”, wydawała mi się z początku zachęcająca. Podobnie jak pomysł wysłania antropologa z Wysp Trobrianda, gdzie Malinowski prowadził swoje badania terenowe, do Krakowa początku XX wieku, skąd pochodził, by ten badał życie seksualne tutejszej ludności. Autora zdecydowanie jednak poniosła literacka wyobraźnia.

Książka dziennikarza Grzegorza Łysia „Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie” jest reklamowana przez wydawcę jako „pierwsza polska biografia” antropologa. Dlatego chyba dobrze, żeby na jej temat wypowiedział się także jakiś przedstawiciel czy przedstawicielka tej dyscypliny. W moim przypadku ważną okolicznością jest fakt, iż byłam redaktorką jego słynnego „Dziennika w ścisłym znaczeniu tego wyrazu”, więc można powiedzieć, że miałam z Malinowskim „bardzo intymną” relację. Na tyle intymną, żeby ocenić działalność jego biografa.

Obiecujące zapowiedzi

Idea, żeby opowiedzieć o Bronisławie Malinowskim, autorze „Życia seksualnego dzikich”, i tamtym czasie przez pryzmat „dzikich żądz”, wydawała mi się z początku zachęcająca. Podobnie pomysł wysłania antropologa z Wysp Trobrianda, gdzie Malinowski prowadził swoje badania terenowe, do Krakowa początku XX wieku, skąd pochodził, by ten badał życie seksualne tutejszej ludności też dobrze rokował (choć nie jest oryginalny, słyszałam go wcześniej od antropologa i misjonarza, ks. Stanisława Wargackiego). Dalej też było całkiem nieźle: Kraków przełomu XIX i XX wieku, dulszczyzna i przybyszewszczyzna, ówczesne pracownice seksualne, strach przed chorobami wenerycznymi, ale też traktowanie trypra jak inicjacji do męskości.

Niestety, od początku lektury co rusz natykałam się na tyleż efektowne, co ryzykowne frazy w rodzaju: „Historia była pod Wawelem wszechobecna jak malaria w wizji Przybyszewskiego. Prawdopodobnie tym, między innymi, tłumaczy się pasja Bronisława Malinowskiego w atakowaniu dominujących na początku XX wieku szkół antropologicznych, wywodzących się z nauk historycznych – ewolucjonizmu oraz nurtu kulturowo-historycznego…”. Ewolucjonizm nie wywodził się z nauk historycznych – na boga! – tylko od Darwina. Ewolucjoniści faktycznie tworzyli schematy rozwojowe, ale to nie była historia. Krakowska malaryczna atmosfera miała zapewne wpływ na zdrowie przyszłego antropologa, ale raczej nie miała znaczenia dla Malinowskiego krytyki ewolucjonizmu.

Prohabsburski Galicjanin 

Kolejne pochopne twierdzenia autora „Dzikich żądz” były następujące: na przykład obarczanie winą historycznej szkoły krakowskiej zalecającej lojalność wobec Habsburgów za „usankcjonowanie oportunizmu i otwarcie drzwi dla jego niemiłych sióstr: obłudy i podwójnej moralności” [s. 30]. Tę drugą Łyś nazywa „symbolem kulturowej zdobyczy Galicji i innych krajów c.k. monarchii” [s. 33]. Nie pisze natomiast, że Malinowski uważał rządy Habsburgów w Galicji za korzystne, a szczególnie doceniał to, że pozwalały one na rozkwit polskiej kultury, choć oczywiście ograniczały aspiracje polityczne, zapewniając jednocześnie obronę militarną. Brytyjski antropolog Ernest Gellner wnikliwie analizował te kwestie w swojej książce „Language and Solitude. Wittgenstein, Malinowski and the Habsburg Dilemma” [1998]. Co się zaś tyczy „podwójnej moralności”, to była ona cechą charakterystyczną patriarchalnego modelu europejskiej rodziny i całej związanej z nią formacji kulturowej. I Galicja nie była raczej w tym względzie liderem.

Malinowski – uczeń ojca?

Autor brawurowo pisze kilka stron dalej: „Metodę intensywnych badań terenowych, która dla uczonych z Zachodu stanowiła zdumiewającą innowację i do dziś uchodzi za jego najtrwalszy wkład w rozwój antropologii, Bronisław Malinowski najpewniej zaobserwował u swojego ojca” [s. 49], który – w czasie „podróży etnograficznej po Szląsku” – „potrafił prowadzić badania na prawdę intensywne. W ciągu niespełna trzymiesięcznej wyprawy w okolice Cieszyna dotarł do ponad sześćdziesięciu miejscowości i rozmawiał z setkami górali…”.

Brzmi to dobrze, ale jest nieprawdziwe. Lucjan Malinowski swoją podróż odbył w 1869 roku, czyli piętnaście lat przed urodzeniem syna, więc trudno byłoby mu to obserwować (choć oczywiście rodzic mógł mu o tym później opowiadać). Podróż trwała trzy miesiące i polegała na objeżdżaniu wielu miejscowości Śląska od Wrocławia do Cieszyna. Można to uznać co najwyżej za przykład badań ekstensywnych. Intensywne by były wtedy, gdyby siedział w jednym miejscu co najmniej rok, jak postulował później jego syn i nie badał tylko dialektów, ale całokształt życia „tubylców”. Nie każdy wyjazd badawczy można nazwać badaniami terenowymi, a już na pewno nie – intensywnymi. Model badań terenowych wypracowany przez Bronisława Malinowskiego był zupełnie inną metodą niż wypady na wieś polskich ludoznawców.

Co zaś do jakoby „zdumiewającej innowacji”, jaką stanowiły badania młodszego Malinowskiego, to też przesada. William Rivers pierwszy sformułował zasady metody intensywnych badań terenowych. Malinowski je w sposób niemal doskonały wcielił w życie i dopracował. Był świetnym etnografem w antropologicznym znaczeniu tego słowa, czyli właśnie badaczem terenowym i autorem terenowych monografii, cenionych do dzisiaj i uważanych za wzorcowe dzieła etnograficzne.

Niemal cały fragment książki Grzegorza Łysia dotyczący relacji między ojcem i synem jest oparty na biografii Bronisława Malinowskiego autorstwa brytyjsko-australijskiego antropologa Michaela Younga, „Bronisław Malinowski. Odyseja antropologa 1884–1920” [pol. wyd. 2008]. Łyś korzystał z tej książki bardzo „intensywnie”, nie zawsze to zaznaczając, a nie znając dobrze kontekstu naukowego i historycznego, dokonywał przekłamań. Zniuansowane analizy Younga zmieniał w toporne, choć atrakcyjnie brzmiące, tezy.

Etnograficzny czas teraźniejszy

Innym grzechem książki „Dzikie żądze” jest stosowanie bezczasowej perspektywy, gdy mowa o Trobriandczykach, na przykład, że „nadal nie wiedzą – stwierdzenie tego deficytu wiedzy należy do najbardziej szokujących odkryć Malinowskiego – że ciąża i rodzenie dzieci to następstwo życia seksualnego” [s. 32]. Antropolog Johannes Fabian już dość dawno temu napisał książkę „Time and the Other. How Anthropology Makes Its Object” [1983], gdzie krytykował podejście antropologów umieszczające „tubylców” w tak zwanym etnograficznym czasie teraźniejszym, czyli w bezczasowej perspektywie, różniącej się od czasu, w którym działali sami etnografowie. Łyś powiela ten błąd, gdy pisze o Trobriandczykach.

Co zaś się tyczy problemu nazywanego w antropologii „nieznajomością fizjologicznego ojcostwa”, to toczyła się na ten temat debata, w której inni badacze krytykowali Malinowskiego za branie deklaracji Trobriandczyków zbyt dosłownie. Wybitny antropolog Edmund Leach zauważył, że przekonanie o nieznajomości fizjologicznego ojcostwa było dla Trobriandczyków rodzajem formuły mitycznej, w którą antropologowie też chętnie wierzyli, bo odpowiadało to ich wyobrażeniu o „naturalnej niewiedzy dziecinnych dzikich”. Leach porównał ten dogmat „niewiedzy” z wiarą w cudowne narodziny Jezusa, bożego syna, z dziewicy Maryi. Ta opowieść nie świadczy o niewiedzy chrześcijan na temat fizjologicznego ojcostwa, wręcz przeciwnie, podkreśla, że syn dziewicy jest bożym synem. Nie wyklucza też wiary w socjologiczne ojcostwo świętego Józefa.

Co więcej – nieznajomość fizjologicznego ojcostwa raportował przed Malinowskim inny etnograf, W.E. Roth, badający plemiona w australijskiej prowincji Queensland. A James Frazer upowszechnił tę wiedzę w swoich pracach. Nie dokonał więc Malinowski specjalnie „szokującego odkrycia”.

(Nad)interpretacje

Od czasu do czasu w książce „Dzikie żądze” pojawia się pewien refren (w różnych sformułowaniach): „Mogło to fatalnie zaważyć – z niepowetowaną stratą dla antropologii i mieszkańców Trobriandów – na naukowej karierze Malinowskiego” [s. 253]. O ile strata dla antropologii (gdyby Malinowski nie pojechał na Nową Gwineę) jest dość zrozumiała, to nie wiem dlaczego mieliby odczuwać jakąś stratę Trobriandczycy. To jest raczej przejaw etnocentrycznego myślenia autora.

Czasami ujawnia on bardzo fragmentaryczną wiedzę na temat badań Malinowskiego i „dopowiada” braki. Pisze na przykład, że autorytet wodza Touluwy został nadwyrężony uwięzieniem go „pod zarzutem uprawiania czarów” i daje odnośnik do książki Younga. Wydało mi się to dziwne, bo na Trobriandach czarownictwa raczej nie karano, co więcej – magia była jedną z najważniejszych instytucji. Gdy sięgnęłam do książki Younga, okazało się, że Touluwa został faktycznie uwięziony przez lokalnego urzędnika kolonialnego, ale nie podano przyczyny. Łyś ją po prostu wymyślił, bo w następnym fragmencie biografii Younga jest mowa o ograniczaniu udziału wodza w czarownictwie.

Dziennik jednak do druku

Oczywiście książka nie składa się z samych lapsusów i nadinterpretacji, są tam też ciekawe fragmenty, jak na przykład zestawienie opisu nabożeństwa na Mailu, które Malinowski zapisał w dzienniku, z życiem religijnym zakopiańskich górali. Te zestawienia sugerują ciekawe perspektywy interpretacyjne.

Autor dużo korzysta z „Dziennika w ścisłym znaczeniu tego wyrazu” Malinowskiego. I dobrze. Ale przy okazji trochę „podkręca” interpretacje. Na przykład jeden z fragmentów, pisany na wyspie Mailu, opatruje następującą uwagą: „W tym nieprzeznaczonym do druku rejestrze faktów, przeżyć i myśli, obejmujących kilkanaście lat jego życia…” [s. 118–119]. We „Wstępie” do „Dziennika” sformułowałam swoją opinię na temat „przeznaczenia” czy „nieprzeznaczenia” zapisków Malinowskiego do publikacji. Czyniłam to na podstawie swojego intensywnego obcowania z tym dokumentem podczas jego opracowywania. Na postawie treści i formy zapisów doszłam do wniosku, że pierwsze fragmenty dziennika (pisane na Wyspach Kanaryjskich) zdecydowanie były przeznaczone tylko do użytku samego Malinowskiego w jego projekcie pracy nad sobą, natomiast dzienniki późniejsze: z podróży do tropików, z pobytów na wyspie Mailu i na wyspach Trobrianda mają już inny charakter: są bardziej czytelne w sensie dosłownym i metaforycznym. Ten drugi został nawet przez diarystę opatrzony tytułem: „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu” właśnie. Z czego wnosiłam, że autor mógł rozważać ich opublikowanie. Już po ukazaniu się „Dziennika” znalazłam w spuściźnie Mariana i Marii Dąbrowskich (BUW) korespondencję dziennikarza z Malinowskim, z której wynikało, że Dąbrowski zamówił u niego relację z podróży, która miała być publikowana w którymś z krajowych pism. Jest zatem bardzo prawdopodobne, że Malinowski traktował dziennik jako pisany na bieżąco reportaż. Wybuch Wielkiej Wojny zniweczył plany publikacyjne, ale Malinowski kontynuował ten sposób pisania dziennika. Nigdy go później nie opublikował, ale część terenową mógł pisać z myślą o publikacji.

Bronio i Staś

Bardzo dużą część książki Łysia zajmuje relacjonowanie zawiłości przyjaźni Malinowskiego ze Stasiem Witkiewiczem. Moim zdaniem zbyt dużą. Staś wypycha czasami Bronia z jego własnej biografii. Witkiewicz pojawia się w niej bardzo często w różnych odsłonach: jako autor powieści „622 upadki Bunga, czyli demoniczna kobieta”, która jest obszernie omawiana i cytowana przez autora biografii; Staś Witkiewicz występuje również jako korespondent; a także jako postać z „Dziennika” przyjaciela. Jak na książkę mającą w tytule „Dzikie żądze” przystało, skwapliwie jest relacjonowany homoseksualny akt między powieściowym Księciem Nevermore (którego pierwowzorem był Malinowski) a Bungiem (Witkiewiczem). I dobrze, że jest to opisane, bo pozwala na głębsze zrozumienie postaci bohatera biografii (jednak należy pamiętać, że ta sytuacja miała miejsce w powieści).

W tym kontekście pewne uwagi Łysia są dość kuriozalne. Pisze on, że ta erotyczna przygoda „Dała też asumpt niektórym znawcom jego biografii do twierdzeń, że w ten sposób wkroczył – w przeciwieństwie do młodego Witkiewicza, który otrząsnął się z niej jak pies wrzucony do zimnej wody – na zdradliwą drogę biseksualizmu” [s. 202]. Ciekawe którym znawcom biografii? Tego oczywiście nie wiadomo. Autor daje przypis do artykułu Lecha Sokoła na temat postaci Lorda Nevermore’a, ale Sokół pisze tam jedynie: „Dla Bunga był to zdecydowanie akt jednorazowy, dla Edgara początek albo kontynuacja postawy biseksualnej”. Nie ma tam nic o „zdradliwej drodze”. To już zapewne inwencja stylistyczna Łysia. Ale cóż by to miało znaczyć?

Kolejna „sensacja”: „Przypuszcza się niekiedy, że Malinowski dopuścił się w Toowoomba molestowania seksualnego wobec swego tradycyjnie zorientowanego w tych kwestiach przyjaciela” [s. 327]. Kto tak przypuszcza? Znów nie wiadomo. Autor dalej daje tylko odnośnik do artykułu Petra Skalnika, który nic takiego nie pisze. Jedynie przytacza przypuszczenia Jana Stanisława Witkiewicza (krewnego Witkacego) o „homoseksualnej motywacji Malinowskiego w zaproponowaniu wspólnej podróży” i opatruje uwagą, że to są tylko spekulacje [s. 57].

Psychoanaliza, joga i obrona doktoratu

W książce „Dzikie żądze” trochę miejsca poświęcono też oczywiście psychoanalizie [s. 137–138], ale autor nie napomknął, że to właśnie Malinowski w pracy „Seks i stłumienie w społeczności dzikich” podważył tezę Freuda o uniwersalności kompleksu Edypa, dając przykłady matrylinearnych Trobriandczyków, którzy nie wpisywali się łatwo w psychoanalityczną teorię.

Zaciekawiło mnie zdanie z książki Łysia dotyczące jogi (za sprawą Krzysztofa Koneckiego zainteresowanego tematem): „Po «Rozwój potęgi woli» [Wincentego Lutosławskiego] sięgał także interesujący się jogą Malinowski” [s. 140]. Nigdy się wcześniej nie spotkałam z taką informacją. Autor nie dał tutaj żadnego odnośnika, więc nie wiadomo, skąd wie o lekturze książki Lutosławskiego przez Malinowskiego i jego zainteresowaniu jogą. Udało mi się ustalić, skąd się wzięła ta druga kwestia. Wzmiankuje ją Michael Young, pisząc, że Kazimiera Żuławska wspominała, że Bronio „ćwiczył jogę” [s. 111]. Young dał odnośnik do posłowia do „Argonautów” autorstwa Andrzeja Waligórskiego (ucznia Malinowskiego), ale tam jest: „cechą wątłego Malinowskiego było wyrabianie w sobie siły i sprawności, siły woli przede wszystkim, nawyków niemal jogistycznych, co osiągnął wspinając się sam na niebezpieczne skałki czy kominy”. Czyli Żuławska porównała ćwiczenia wykonywane przez Malinowskiego do jogi, a nie twierdziła, że ćwiczył jogę. Ćwiczył natomiast intensywnie gimnastykę szwedzką, o tym w „Dzikich żądzach” jest mowa wielokrotnie. W tym wypadku główną winę za przekłamanie ponosi Young, ale Łyś bezkrytycznie je powielił, dorzucając jeszcze Lutosławskiego.

Drobna rzecz: Malinowski z matką udał się na dłuższy pobyt na Wyspy Kanaryjskie nie przed obroną doktoratu, jak chce Łyś, a przed promocją doktorską. Nie było wtedy czegoś takiego jak obrona doktoratu. Rozprawę oceniano i delikwenta dopuszczano do rygorozów, czyli egzaminów końcowych. Po ich zdaniu otrzymywał tytuł doktora filozofii.

Jednak autor się bardzo przywiązał do idei obrony przez Malinowskiego doktoratu i wspomina jeszcze o tym, gdy relacjonuje – opisane w „Dzienniku” – spotkanie etnografa z motuańską starszyzną i „speszenie tym konklawe” oraz dodaje: „czuł się niemal jak przed przybranym w gronostaje senatem uniwersytetu, gdy bronił pracy doktorskiej” [s. 337]. Malinowski oczywiście nic takiego w „Dzienniku” nie pisze.

Kilka ryzykownych tez i redaktorskie pomyłki

Podczas lektury irytowały mnie podawane z absolutną pewnością zdania oceniające bohatera, jak na przykład to: „Malinowskiego zawsze nadzwyczaj szczerze cieszyły wyróżnienia i zaszczyty – dzień promocji wywarł na nim niezatarte wrażenie…” [s. 217] – niczego potwierdzającego ten osąd autor nie podaje. Skąd to wziął? Od Younga. Znalazłam w jego biografii zdanie dotyczące tego wydarzenia: „Wywarło ono na Malinowskim bardzo wielkie wrażenie i potem przez całe życie gustował w dostojnych rytuałach przejścia, które wzmacniały jego poczucie wartości” [s. 184]. Gustowanie w rytuałach przejścia, czyli obrzędach znaczących zmianę statusu, nawet gdy wzmacniają poczucie własnej wartości, to jednak co innego niż „cieszenie się z zaszczytów”, w dodatku „nadzwyczaj szczerze”.

Kolejna ryzykowna teza: „Forma publikacji naukowych Malinowskiego nie zdradza gruntownego obycia autora z językiem nauk ścisłych. Ujawnia za to […] talenty zgoła beletrystyczne…” [s. 144]. Nie jest jasne, na czym miałby polegać według autora ów wpływ języka nauk ścisłych na formę pisarstwa antropologa. Na stosowaniu równań? Używaniu greckiego alfabetu do oznaczania zmiennych? Pisaniu w punktach? A wpływ języka nauk ścisłych w twórczości Malinowskiego jest oczywiście widoczny: w stosowaniu tablic synoptycznych czy w częstym odwoływaniu się do metodologii nauk ścisłych. Studiował w Krakowie, a później w Lipsku fizykę i chemię i gruntownie się z nimi obył. I widać to w jego dziełach, co jednak nie jest w sprzeczności z ich walorami literackimi.

Czasami w książce pojawiają się potencjalnie ciekawe, ale niezbyt trafne myśli, jak ta łącząca działalność patriotyczną Piłsudskiego i Strzelców z pisaną wtedy przez Malinowskiego pracą o tajnych związkach mężczyzn w Australii, „rzecz w ówczesnych warunkach w kraju bardzo a propos” [s. 255], jak pisze Łyś. Ta błyskotliwa uwaga jest niestety dość powierzchowna, bo Malinowski nie pisał o tajności w kontekście władzy politycznej (co dotyczyło Strzelców), ale o tajności przed kobietami i o koncentracji władzy w rękach nielicznych najstarszych mężczyzn, co miało miejsce wśród Aborygenów australijskich. Ciekawe byłoby zastosować tę wczesną analizę genderową Malinowskiego z artykułu o tajnych związkach do ówczesnego galicyjskiego społeczeństwa. Autor jednak jej nie podjął, a jedynie skupił się na „Pani Dulskiej i ladacznicach” – jak obwieszcza tytuł jednego z rozdziałów.

Oprócz omówionych tu uchybień (a nie są to wszystkie problematyczne kwestie) w książce „Dzikie żądze” znalazłam też proste błędy, które mogła wychwycić redakcja, ale tego nie uczyniła. Na przykład: „Znany brytyjski antropolog, profesor jego macierzystej London School of Economics, Jean La Fontaine” [s. 122] – wszystko się zgadza, z tym, że Jean La Fontaine jest kobietą. Są w książce także pomyłki w imionach, nazwiskach i zawodach wzmiankowanych osób. Ale najpoważniejszy problem dotyczy odnośników: bardzo często są błędne. Najpewniej jest to wynik skrótów czynionych przez redakcję i nie sprawdzenia, czy w nowej wersji przypis jest właściwy. To bardzo poważny zarzut, bo w wielu miejscach nie sposób sprawdzić, na czym właściwie się autor opiera.

Temperament reportażysty

Generalnie rzecz biorąc, nie widać w książce „Dzikie żądze” jakiegoś krytycznego podejścia autora do materiałów, z których korzysta. A korzysta jedynie z cudzych tekstów, sam nie robił poszukiwań archiwalnych, bazuje tylko na tym, co znaleźli i opracowali inni. Bierze z tych opracowań to, co mu się akurat podoba, bez zbytniego zastanowienia, czy to jest zasadne, uprawnione i sensowne. Stąd tytuł mojej recenzji.

Ale przede wszystkim książka robi wrażenie dzieła dość anachronicznego. Gdyby została napisana trzydzieści lat temu (i nie zawierała tylu błędów i przekłamań), byłaby pewnie uznana za dobrą biografię. Głównie irytuje mnie sposób przedstawienia w niej kobiet: są bezbarwnymi statystkami w dramacie głównych (męskich oczywiście) bohaterów. A były to niezwykłe kobiety: artystki, uczone, tłumaczki, lekarki, czyli kobiety nowoczesne z początku XX wieku. Ich głosu w tej książce nie słychać zupełnie.

Poza tym autor nie bierze pod uwagę tekstualnego charakteru swoich źródeł. Przede wszystkim „Dziennika” Malinowskiego i powieści „622 upadki Bunga” Witkacego. Traktuje je jak rezerwuary informacji o swoich bohaterach. Poza tym korzysta ze starych opracowań w większości pochodzących z lat osiemdziesiątych. Autor natomiast nie przeczytał nowszych rzeczy, które mogłyby go przed anachronizmem uchronić. Powinien był też sięgnąć w większym stopniu do współczesnej literatury antropologicznej, która nie skończyła się na Cliffordzie Geertzu.

Mam wrażenie, że główny problem polega na tym, że autor nie mógł się zdecydować, jaką biografię pisze: naukową czy literacką. Obecność przypisów sugeruje, że chciał zachować sztafaż naukowy, ale często ponosił go jednak temperament reportażysty, nie liczący się zbytnio z kontekstem historycznym czy teoretyczno-antropologicznym.

Można także argumentować, że te wszystkie kwestie, o których tu piszę, są mało ważnymi drobiazgami, jakimiś szczegółami istotnymi może dla kilku antropologów i antropolożek, ale nie dla tak zwanej szerokiej publiczności, która jednak się czegoś ciekawego dowie o postaci Bronisława Malinowskiego i jego czasie, doceni dokonania i będzie się grzać w cieniu międzynarodowej sławy „rodaka”, o której wcześniej nie miała pojęcia. No i przecież książkę tak „dobrze się czyta”! No cóż, jak komu.

 

Książka:

Grzegorz Łyś, „Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie”, wyd. W.A.B., Warszawa 2021.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 682

(5/2022)
1 lutego 2022

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj