Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Od artysty wymagajmy...

Od artysty wymagajmy więcej

Andrzej Szczerski

Dyskutując o granicach wolności artystycznej we współczesnym świecie, należy przede wszystkim zwrócić uwagę, że nigdy nie mamy do czynienia z całkowitym brakiem ograniczeń – twierdzi Andrzej Szczerski, wiceprezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki, komentując dyskusję wokół „Golgota Picnic”.

Jak powszechnie wiadomo, granice wypowiedzi artystycznej wyznacza zarówno prawo, penalizujące na przykład naruszenie dóbr osobistych, jak i godność drugiego człowieka, którą nawet w popkulturze traktuje się jako granicę „mojej własnej” wolności. Dużo bardziej skomplikowane jest istnienie rozproszonych poziomów cenzorskiej ingerencji, które nie są tak widoczne i rozgrywają się na poziomie „mikrowładzy”.

Przede wszystkim funkcjonuje rozpowszechniony standard różnorodnych „politycznych poprawności”, które promują zestaw problemów, sądów czy nazwisk uznawanych za autorytety, z jakimi się nie dyskutuje. Skutkuje to wykluczeniem z pola dyskusji nie tylko konkretnych osób, ale i całych zagadnień czy problemów, które nie mają już szans pojawić się na agorze.

Artysta w naszym kręgu kulturowym wciąż traktowany jest jako ważny aktor na scenie życia publicznego. To on wyznacza granice debaty i jej temat. Od jego postawy zależy więcej i więcej należy od niego wymagać.

Andrzej Szczerski

Antidotum na presję takich poprawności powinna być transparentna sfera publiczna, do której dostęp mają wszyscy na równych prawach i gdzie prowadzona jest stała wymiana poglądów, dzięki czemu dana grupa ludzi może razem funkcjonować, mimo dzielących ją różnic. Warunkiem istnienia takiej sfery jest akceptacja odmiennych poglądów, ale i zgoda na specjalne traktowanie tych kwestii, które mogą okazać się szczególnie wrażliwe, m.in. dotyczących przekonań religijnych.

Jednak we współczesnym świecie sfera publiczna często poddawana jest dekompozycji i oddawana w ręce grup interesów. Grupy te bardzo chętnie wykorzystują ją do promowania konkretnych wartości. Czynią to najczęściej w imię interesu publicznego – mimo że de facto propagują tylko jeden, własny punkt widzenia w przekonaniu, że to oni mają rację albo też znają kierunek reform, jakie należy wprowadzić. Na poziomie instytucjonalnym wyraża się to na przykład w postaci priorytetów grantowych czy wspierania jednolitej linii ideowej od poziomu talk-shows po kulturę wysoką. Istniejący obok sfery publicznej mecenat prywatny także ma swoje konkretne programy i wspiera twórców, którzy działają po jego myśli.

Najbardziej wątpliwa jest jednak autocenzura artystów, którzy w obliczu tak rozproszonych narzędzi kontroli i wywierania presji mają tak naprawdę dwa rozwiązania. Mogą zdecydować się na prowadzenie gry w obronie swobody wypowiedzi, która nie ma jednak wiele wspólnego z wolnością twórczą. Mogą też sami wprowadzić autocenzurę, wiedząc że pewnych tematów lepiej nie podejmować – a jeżeli już, to tylko zgodnie z obowiązującymi kanonami interpretacji. W efekcie pojawia się „sztuka według teorii”, niewynikająca z chęci odkrywania świata i zadawania trudnych pytań, ale dopasowania się do siatki pojęć teoretycznych przyjętych ex cathedra. Tylko jeżeli je przyswoimy, nauczymy się języka wypowiedzi, który może zostać usłyszany – czyli zaakceptowany.

W efekcie wielu artystów, reagując dramatycznymi gestami sprzeciwu, jednocześnie sytuację tę akceptuje, a w konsekwencji poddaje się jej regułom. Artyści ocenzurowani – czyli sformatowani do wypowiadania narzuconych tez – próbują ukryć swoją porażkę, tym bardziej wyraziście głosząc zaakceptowane już idee jako własne. Powstająca w ten sposób sztuka jest agitacyjna, nie akceptuje istnienia oponentów, często ilustruje z góry przyjęte założenia i w dużej mierze szkodzi debacie publicznej.

Jeżeli sferę publiczną traktujemy jako miejsce konfrontacji, a nie negocjacji, dzieła sztuki będą w niej funkcjonować tylko jako hasła. Nikt nie zada sobie trudu, aby się z nimi zapoznać.

Andrzej Szczerski

Artysta traci więc rolę inspiratora zmiany, osoby która zadaje niewygodne pytania czy prowadzi do aktów transgresji – zamiast tego zajmuje się produkcją działań czy obiektów, które są wtórne wobec polityki, przemian społecznych czy rozwoju nauki. W efekcie demokracja agoniczna jest zagrożona i zamiast dyskusji może pojawić się groźba użycia siły. A sztuka traci swoją uprzywilejowaną pozycję jako platforma debaty, stając się częścią „społeczeństwa spektaklu”, w ogóle lub niewiele różniącą się od świata mediów. Gubi tym samym realny wpływ na rzeczywistość – i co najwyżej może wywoływać kontrowersje wśród tych, których nie akceptuje i nie dopuszcza do głosu. W ten sposób nie tylko nie zbuduje się płaszczyzny porozumienia, ale pogłębi już istniejące podziały.

Sytuacja ta jest o tyle trudna do zaakceptowania, że artysta w naszym kręgu kulturowym, a szczególnie w Polsce, wciąż traktowany jest jako ważny aktor na scenie życia publicznego. Posiada w związku z tym przewagę nad odbiorcą, również dlatego, że to on wyznacza granice debaty oraz jej temat. Od jego postawy zależy więcej – i więcej należy od niego wymagać.

Trzeba również zdawać sobie sprawę z tego, że jeżeli sferę publiczną traktujemy jako miejsce konfrontacji, a nie negocjacji, dzieła sztuki będą w niej funkcjonować tylko jako hasła. Nikt nie zada sobie trudu, aby się z nimi zapoznać, ponieważ w popularnym osądzie będą zaledwie narzędziami walki ideologicznej, których treść zna się już przed wejściem na wystawę czy do teatru. Wszelkie subtelności ideowe pozostaną niewidoczne, a nawet najlepsze prace zostaną poddane uproszczonemu osądowi jako narzędzia walki, a nie wolności poszukiwań, stwarzającej warunki do budowy społeczeństwa obywatelskiego.

SKOMENTUJ

Nr 286

(26/2014)
3 lipca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail