Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Czyja władza, czyja...

Czyja władza, czyja siła? [Wybory szefa Komisji Europejskiej]

Simon Glendinning

W ostatnich dniach, niedługo przed decydującymi szczytami z udziałem szefów państw Unii Europejskiej, ukazał się list wpływowych europejskich akademików i intelektualistów wzywający członków Rady Europejskiej do wysunięcia kandydatury Jean-Claude’a Junckera na stanowisko szefa nowej Komisji Europejskiej.

Powołując się na zmiany w procedurze wybierania Przewodniczącego Komisji zawarte w Traktacie Lizbońskim, zarysowujące nową rolę Parlamentu Europejskiego, sygnatariusze listu przekonują, że to właśnie ta nominacja jest jedyną właściwą. Podkreślają, że proponując kandydata, Rada Europejska „powinna uwzględnić wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego”, a Przewodniczący Komisji zostać wybrany przez Parlament Europejski.

Podstawą do twierdzenia, że jedynym politycznie akceptowalnym kandydaturem jest Juncker jest tzw. proces Spitzenkandidaten. Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego każda z frakcji nominowała swojego kandydata. Zgodnie z wynikami wyborów Partia Ludowa jest obecnie największą grupą w PE, więc to jej kandydat powinien zostać nominowany na szefa Komisji. „Proponowanie kogoś innego niż Juncker byłoby nieuznaniem zmian, jakich dokonano w Traktacie”, tłumaczą. Nie jest to jednak takie oczywiste.

Traktat nie wzywa Parlamentu lub frakcji do nominowania kandydatów. Zwolennicy tej „inicjatywy” przedstawiają to jako „dobrowolne” działanie grup politycznych; rozwiązanie, które rozwija „demokrację” w Unii Europejskiej. Ale ten argument nie przekonuje: preferowany kandydat największej grupy w Parlamencie Europejskim nie ma przecież większej legitymizacji demokratycznej niż ktoś wybrany przez (także wybranych w wyborach) przywódców państw. Zasadniczo, właśnie po to są wybierani polityczni liderzy w krajach, by reprezentować swoich obywateli i mówić w ich imieniu, także w zakresie polityki zagranicznej. Nie można jednak zaprzeczyć, że europejskie grupy polityczne także mówią w imieniu „europejskich obywateli” – a więc kandydat największej grupy również jest „wyborem Europejczyków”.

Zderzają się tu dwie różne, choć w równym stopniu pro-europejskie wizje zjednoczonej Europy. Z jednej strony, Unii zorganizowanej na poziomie porozumień między krajami członkowskimi; z drugiej – Unii, w której krajom pozostaje jedynie rola maszynki implementującej rozwiązania opracowane na ponadnarodowym poziomie. Ta „dobrowolna” inicjatywa grup politycznych nominujących kandydatów – będąca próbą osłabienia roli Rady Europejskiej – jest charakterystyczna dla drugiej opcji, usilnie skłaniającej Unię do tego, by stała się ponadnarodowym państwem. Zatem poparcie dla forsowanej opcji zależy od indywidualnego wyobrażenia o przyszłości Unii Europejskiej. Pytanie, przed którym dzisiaj stają państwa członkowskie brzmi zatem: czy powinna to być wspólnota niezależnych państw czy „Stany Zjednoczone Europy” („united Europe of States or a United States of Europe”)?

Na to pytanie wciąż brakuje odpowiedzi. Pewne jest jedno: nie powinno się tego rozstrzygać przez pospieszne „przejęcie władzy”, ale przez prawdziwe porozumienie pomiędzy członkami wspólnoty. Dopóki porozumienia nie ma, jedynym demokratycznym wyjściem jest podążanie bezpośrednio zgodnie z literą traktatu i nie nadużywanie jej do swojej politycznej agendy.

Ci, którzy podpisali list – i ich zwolennicy – przekonują, że ich poglądy mają umocowanie w Traktacie Lizbońskim. Trudno się z tym jednak zgodzić. Zapis brzmi tak: „Uwzględniając wybory do Parlamentu Europejskiego i po przeprowadzeniu stosownych konsultacji, Rada Europejska, stanowiąc większością kwalifikowaną, przedstawia Parlamentowi Europejskiemu kandydata na funkcję przewodniczącego Komisji. Kandydat ten jest wybierany przez Parlament Europejski większością głosów członków wchodzących w jego skład”. Jest w tym potężne prawo weta przyznane Parlamentowi Europejskiemu i wymóg wobec Rady, aby patrzyła dalej niż tylko na własne racje i interesy. Koniec końców jednak to Rada kwalifikowaną większością podejmuje decyzję o nominacji, nie robi to za nią Parlament, proponując jej kandydata. To stosunkowo proste zdanie zawiera bardzo mocny komunikat o wizji Europy, jaką przygotowali twórcy Traktatu: Unii i jej suwerenności jako tworu poszczególnych państw członkowskich.

Dyskusja wokół nominowania nowego szefa na stanowisko Komisji Europejskiej, to nie kolejna dyskusja o „demokracji” Unii Europejskiej, ale o realnym przywiązaniu do „rządów prawa”. Ta fraza jest często nadużywana przez polityków i sprowadzana do jednostronnego wywodu: o byciu dobrym obywatelem, który nie łamie prawa. To jej błędne rozumienie, bowiem zasada „rządów prawa” dotyczy przede wszystkim tych, którzy rządzą obywatelami: wymaga, aby wykonywali swoje działania w ramach ustanowionych granic, a nie naginali je arbitralnymi decyzjami wywodzonymi z posiadania władzy lub umiejętności wpływu i przekonywania. Demokracja to oczywiście coś więcej niż „rządy prawa”, ale bez nich nie może być w ogóle mowy o jej zaistnieniu.

Biorąc pod uwagę dzisiejszy stan Unii Europejskiej oznacza to, że Rada Europejska musi być po odpowiedniej konsultacji sama zdecydować, czyją kandydaturę zaproponuje do zatwierdzenia Parlamentowi Europejskiemu. Ta decyzja nie może być podjęta za nią.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 285

(25/2014)
26 czerwca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj