Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > BIELIK-ROBSON, HARTMAN, SZAHAJ:...

BIELIK-ROBSON, HARTMAN, SZAHAJ: Liberalizm... w Polsce? Dyskusja przed Kongresem „Wolność w nowoczesnym świecie”!

Szanowni Państwo,

20 lat temu wydawało się, że myśl liberalna na dobre zatryumfuje w Europie Środkowo-Wschodniej. Słynna książka Francisa Fukuyamy o końcu historii budziła intelektualne zastrzeżenia, ale na ogół rozumiano, że „trafiła w swój czas”. Po kryzysie na rynkach finansowych o beztroskim optymizmie sprzed lat nie ma mowy, ale pytanie o idee, stojące u podstaw polskich przemian, pozostają niezmiennie aktualne. Dziś możemy podjąć próbę oceny, jak wygląda dziś polski liberalizm? Czy stał się ofiarą własnego sukcesu? Czy wydarzenia tego roku coś zmieniają w tej perspektywie?

Na te wszystkie pytania spróbują odpowiedzieć uczestnicy Kongresu Wolność w nowoczesnym świecie, który rozpocznie się już w najbliższy piątek w Trybunale Konstytucyjnym i na Uniwersytecie Warszawskim. Inicjatorem Kongresu jest Profesor Zbigniew Pełczyński. To bezprecedensowe wydarzenie ma stać się pomostem pomiędzy różnymi środowiskami liberalnymi w Polsce i między teorią a praktyką. Wystąpią w jego ramach tak cenione autorytety, jak i liczni przedstawiciele organizacji pozarządowych. Organizatorami Kongresu są: Projekt: Polska wraz z Fundacją Obywatelskiego Rozwoju (FOR) oraz Kulturą Liberalną przy wsparciu Fundacji im. Friedricha Naumanna na rzecz Wolności. Partnerem Kongresu jest Pracownia Badań i Innowacji Społecznych Stocznia. Patronat medialny nad wydarzeniem objęły „Gazeta Wyborcza” oraz „Liberte!”. Więcej informacji znajduje się na stronie www.czymjestwolnosc.pl

A my już dziś zapraszamy do lektury tekstów, które na ten temat napisali dla nas Agata Bielik-Robson, Jan Hartman i Andrzej Szahaj. Przypominamy, iż niektóre wątki zostały podjęte na naszych łamach przez Jerzego Szackiego, Wojciecha Sadurskiego, Bohdana Wyżnikiewicza oraz Andrzeja Sadowskiego – w związku z gorącą dyskusją pt. „Liberalizm po kryzysie”. Ponadto do aktualnej kondycji polskiego liberalizmu nawiązuje w swoim tekście w zakładce „Czytając” Karolina Wigura.

Zapraszamy!

Redakcja



W temacie tygodnia:

AGATA BIELIK-ROBSON: Nowy etos liberalnej inteligencji
JAN HARTMAN: Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej
ANDRZEJ SZAHAJ: Hybrydy polskiego liberalizmu



***

Agata Bielik-Robson

Nowy etos liberalnej inteligencji

Pytanie o kondycję myśli liberalnej w Polsce nie jest chyba najszczęśliwiej postawione, bo zakłada, że w ogóle coś takiego, jak myśl liberalna w Polsce istnieje. A to, jako presuppositio questionis, wydaje się bardzo wątpliwe. Teoria liberalna nie ma w Polsce dużej tradycji, podobnie jak praktyka liberalna, której Polacy uczą się bez podstaw i bez przygotowania – od razu rzuceni na głęboką wodę.

Szybki kurs liberalizmu, jaki swej wspólnocie politycznej zaproponowała część inteligencji, przyniósł w ciągu ostatniego dwudziestolecia skutki odwrotne do zamierzonych. Nawet jeśli inteligencji tej przyświecały najszlachetniejsze etosowe intencje, tempo tego „przyspieszonego kursu” z liberalnych zasad społecznego funkcjonowania oraz jego nieunikniony paternalizm stały w jawnej sprzeczności z głoszonymi ideami. Nieliberalna forma tej – w intencji przynajmniej – liberalnej nauki dość szybko przysłoniła istotę liberalnego przesłania; w ciągu zaledwie kilku lat inteligencja porzuciła oakeshottowski ideał „konwersacji ludzkości” i przeszła w stan otwartej wojny ze środowiskiem, które uznała za absolutnie „niewyuczalne”, czyli trwale niepodatne na liberalną reedukację. Podobnie jak zniecierpliwiony nauczyciel porzuca w końcu swoją misję pedagogiczną wobec szczególnie niewdzięcznych wychowanków, odcięła ona paternalistycznym gestem całkiem pokaźną resztę społeczną, nazywając ją wprost – obraźliwie i boleśnie – „ciemnogrodem”.

Ale – czy można było liczyć na inny wynik? Teraz, z perspektywy dwudziestu lat, widać wyraźnie, że sytuacja ta była nieunikniona. Szybki kurs liberalizmu, w którym inteligencja, pomimo swych paternalistycznych zapędów, okazała się równie początkująca, co edukowana przez nią masa, musiał zaowocować gwałtownym rozpadem wspólnoty i jej wewnętrznym podziałem na „liberałów” i „anty-liberałów”. Sęk w tym jednak, że choć osią tego podziału pozostaje liberalizm – czy to wyznawany, czy kontestowany – to żadna ze stron nie ma pojęcia, co tak naprawdę wyznaje bądź kontestuje. Cały ten pełen emocji taniec odbywa się wokół pustego chochoła. A to dlatego, że myśl liberalna jeszcze się w Polsce nie narodziła.

W Polsce jest dużo inteligencji, jest więc też dużo myśli – ale nie myśli liberalnej. Inteligencja, która u progu transformacji nazwała siebie liberalną, w istocie realizowała paternalistyczny etos pedagogiczny w stylu Krzywickiego, Brzozowskiego i Korczaka: etos, jaki Andrzej Mencwel nazywa słusznie szeroko pojętym „etosem lewicy”, w istocie mającym bardziej zabarwienie promodernizacyjne niż otwarcie lewicowe. Liberalizm jawił się tej części inteligencji jako światopogląd najlepiej realizujący założenia modernizacyjne w danej chwili historycznej – i jako taki, a więc właśnie jako środek modernizacji Polski, został on przez nią użyty. Użycie było tu jednak pierwsze; sam liberalizm został więc potraktowany dość instrumentalnie, także jako poręczne narzędzie w bojach z antymodernizacyjnym „ciemnogrodem”, przeciwstawiającym się w Polsce „postępom postępu” (Zdzisław Krasnodębski) i „przemocy tolerancji” (Ryszard Legutko).

Została tym samym zaprzepaszczona szansa na pojawienie się w Polsce nowej myśli i nowego etosu, szansa na prawdziwą inicjację Polaków w liberalne arkana. Liberalizm został bowiem wciągnięty w odwieczny układ domyślny, jakim rządzi się polskie życie społeczne, układ bardzo typowy dla krajów peryferyjnych: wojny między modernizatorami i antymodernizatorami. Dla tych pierwszych liberalizm stał się poręcznym instrumentem w zwalczaniu prawicowego tradycjonalizmu. Dla tych drugich – niebezpieczną „opcją dominującą”, która wciąga polską specyfikę lokalną w globalne tryby „cywilizacji śmierci”.

Tymczasem liberalizm, wciągnięty w ten kontekst domyślny, zupełnie nie miał szans pokazać się jako myśl, której istotą jest właśnie mediacja: pokojowe pośrednictwo między wojującymi stronami, wyrosłe z traumatycznego, wczesno-nowoczesngo doświadczenia wojen religijnych. Liberalizm nie lubi wojny, ale nie jest w swym pacyfizmie naiwny: pluralistyczny system demokracji parlamentarnej wymyślił po to, by kanalizować – nie neutralizować – konflikty społeczne, a tym samym nie dopuścić do kolejnego wybuchu wojny domowej.

W Polsce dopiero teraz zaczyna wyrastać pokolenie, które może – i chyba także chce – przyjąć myśl liberalną za swoją; wsłuchać się w jej moralne przesłanie, bez odruchu automatycznego wciągania liberalizmu w odwieczne polskie spory, zbyt dobrze czujące się w gorącej atmosferze quasi-wojennego konfliktu. Ta młoda inteligencja ma już za sobą fatalne doświadczenie „wojny na górze”, która rozgorzała w latach dziewięćdziesiątych, pozostawiając trwałe ślady w dzisiejszych podziałach; jest zmęczona nieparlamentarnym charakterem konfliktów, którym nie towarzyszy żaden „agoniczny respekt” w stosunku do przeciwnika. Niewykluczone jednak, że to doświadczenie wzajemnie wyniszczającej i politycznie jałowej wojny domowej było konieczne, by mogła narodzić się prawdziwa intuicja liberalna, która zawsze wyrasta ze sprzeciwu wobec traumatycznego spektaklu społecznej przemocy. Dopiero teraz, kiedy wśród młodej polskiej inteligencji zaczyna pojawiać się wątpliwość co do politycznej skuteczności przemocy realnej i symbolicznej, może zacząć wyłaniać się autentyczna „kultura liberalna” i nowy liberalny etos.

* Agata Bielik-Robson, profesor filozofii.

Do góry

* * *

Jan Hartman

Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej

Postępy liberalnej demokracji w Polsce w przeciągu minionego dwudziestolecia dokonywały się, rzekłbym, powoli i niesystematycznie. Mimo to przeszliśmy już długą drogę i nie myślimy z niej zawracać. Zawarcie w 2005 roku groteskowej a groźnej koalicji PiS, LPR i Samoobrony na salonach kurii warszawskiej i pod okiem kamer Rydzyka było wydarzeniem tej samej kategorii, co zdobycie 25 proc. głosów przez Stanisława Tymińskiego w roku 1990 – było wydarzeniem z kategorii takich, które mogą mieć miejsce tylko raz. Potrzebowaliśmy tych przeżyć jak politycznej szczepionki i wierzę, że jesteśmy już odporni na dziecięce choroby demokracji. Co więcej, powolne dojrzewanie polskiej „klasy politycznej” przy jednoczesnym psuciu się jej w zachodniej Europie doprowadziło dość niespodziewanie do zbliżenia się standardów politycznych starej i nowej Europy. Nie sądzę, żeby klimat polityczny w Polsce był gorszy niż we Włoszech, a w porównaniu z Grecją wypadamy nawet lepiej. Mamy więc wiele powodów do zadowolenia.

Przed dwudziestoma laty przejmująca na krótko władzę inteligencja, postanowieniem swych rządzących reprezentantów postanowiła zhołdować Polskę Watykanowi, najwyraźniej wierząc, że tylko poparcie Kościoła daje gwarancję, iż naród wytrzyma konieczne reformy. W moim przekonaniu Tadeusz Mazowiecki i jego ludzie mylili się w tym względzie, a co więcej, przypuszczam, że mocując Kościół na pozycji państwa w państwie, co potwierdzone zostało zawartym następnie konkordatem, działali w poczuciu słuszności. Od początku główną przeszkodą na drodze budowy demokracji było oddanie Kościołowi, wraz z quasi-państwową autonomią wewnętrzną i wybujałymi przywilejami materialnymi, władzy symbolicznej w państwie polskim. Państwo to stało się na wpół oficjalnie państwem wyznaniowym, a symbolika katolicka oraz katolickie poglądy w kwestiach moralnych i obyczajowych zostały jak najgłębiej uwewnętrznione przez władze publiczne na wszystkich szczeblach, wypierając niemal całkowicie ducha naszej konstytucji, która wyjąwszy nakaz zawarcia konkordatu, ma treść w pełni liberalną.

W pewnym swym wymiarze budowa ustroju wolności przebiega więc w Polsce, podobnie jak we Włoszech czy Hiszpanii, pod postacią walki o uniezależnienie się państwa od ideologicznego protektoratu watykańskiego. Twierdzę wszelako, iż zaszliśmy już w tym procesie emancypacji ideowej państwa i sfery publicznej na tyle daleko, że przestał on być głównym wyznacznikiem postępów demokracji liberalnej w Polsce. Obecnie jest nim już – podobnie jak na Zachodzie – szerzenie się roszczeń wolnościowych wśród grup zainteresowanych własną emancypacją, a więc świadomość liberalna jako taka. Dawno już aspiracje wolnościowe Polaków przestały ograniczać się do swobody podróżowania, prowadzenia działalności gospodarczej oraz udziału w wolnych wyborach. Są one dzisiaj, zwłaszcza w młodszej połowie społeczeństwa, niemal takie same, jak na Zachodzie i dotyczą zabezpieczenia sfery prywatnej przez autorytarnymi bądź patriarchalnymi zakusami rządu. Większość młodych Polaków zastrzega sobie prawo samodzielnego stanowienia o swoim życiu i nie życzy sobie, aby państwo ograniczało ich wybory lub angażowało się w jakąkolwiek indoktrynację.

Naturalne poczucie wolności jest ponadto, w wypadku naszego kraju, wzmocnione pewnym pierwiastkiem anarchicznym. Polacy, nie będąc wcale krewcy, niechętnie poddają się dyscyplinie, a nadmierne restrykcje często bojkotują, podobnie zresztą jak rozmaite dobrze uzasadnione przepisy porządkowe. Słabość władzy i policji, biurokratyczna inercja utrudniająca centralne zarządzanie państwem, a także lokalne egoizmy i kunktatorstwo stanowią naturalną zaporę dla zapędów autorytarnych. Osobliwością naszego kraju jest ponadto występowanie efektu niezamierzonej liberalności praw w tych dziedzinach, w których rozwój prawodawstwa, zmierzający do nałożenia pewnych ograniczeń na takie czy inne praktyki, hamowany jest przez wolę Kościoła. I tak na przykład korzystamy w Polsce z nadmiernej wolności w dziedzinie sztucznie wspomaganej rozrodczości, gdyż przyjęcie regulacji ograniczających tę wolność było przez lata blokowane przez Kościół, zainteresowany wyłącznie takimi przepisami, które ustanawiałyby całkowity zakaz zapłodnienia in vitro, a sprzeciwiający się wszelkim regulacjom zawierającym jakiś element przyzwolenia. Wygląda jednak na to, że takie czy inne prawo w tej dziedzinie mimo wszystko w Polsce powstanie.

Tym, co napawa mnie wszak największym optymizmem, jest pojawianie się tu i ówdzie w życiu publicznym symptomów przebijania się do świadomości elit podstawowej dla liberalizmu idei rządu ograniczonego. Coraz większa liczba komentatorów zdaje sobie sprawę, że warunkiem uczciwego stanowienia prawa i wykonywania władzy jest dokładanie starań, aby akty władzy w najmniejszym możliwym stopniu ograniczały wolność obywateli oraz w najmniejszym możliwym stopniu odzwierciedlały poglądy rządzących odnośnie do tego, jakie przekonania, wierzenia, zachowania i style życia są lepsze od innych. Coraz częściej spotykamy się też z odwołaniami do konstytucji, co jest wyraźnym objawem wzrastania świadomości obywatelskiej. Ogromny postęp widać w kwestii mniejszości i ich dyskryminowania. Prawie wszyscy Polacy uważają dziś rasizm i antysemityzm za złe i zawstydzające, a wkrótce zapewne podobnie stanie się z homofobią. Kto wie, czy wszechobecność i dominacja Kościoła w przestrzeni publicznej i państwowej nie zacznie być wkrótce postrzegana przez Polaków jako przejaw niesłusznego uprzywilejowania Kościoła i niezgodnej z konstytucją stronniczości państwa. Mamy w Polsce bardzo silne poczucie równości. A od egalitaryzmu niedaleka prowadzi już droga do liberalnej idei równej wolności.

Jestem, jak wiać, optymistą w ocenie postępów liberalnej demokracji i kultury liberalnej w naszym kraju. Sądzę, że za kolejne dwie dekady będziemy w podobnym miejscu, w którym dziś znajdują się, powiedzmy, Czechy. Jeśli komuś wydaje się to nieprawdopodobne, niechaj zważy, ile to nieprawdopodobnych rzeczy zdarzyło się dwadzieścia lat temu.

Czy polscy autorzy liberalni przyczynili się do wzrostu świadomości liberalnej? Sądzę, że poniekąd tak. Ich wypowiedzi i publikacje miały szansę dotrzeć incydentalnie do większości Polaków, a tym samym większość Polaków mogła zarazić się którąś z prostych idei, takich jak idea bezstronności państwa w kwestiach sumienia i wyznania albo idea znana jako „co nie jest zabronione, to jest dozwolone”. Myślę, że również w upowszechnieniu w społeczeństwie polskim przekonania, że złe jest dyskryminowanie mniejszości wszelkiego rodzaju, a osoby, które żyjąc inaczej niż pozostali, nikogo nie krzywdzą, powinny być pozostawione w spokoju, w jakiejś części zasługę ponoszą pisarze liberalni. Swoją drogą jest rzeczą ciekawą, że polscy liberałowie, czyli obrońcy wolności, najczęściej z osobistych przekonań są lewicowi. Ułatwia to przeciwnikom wolności modelowanie propagandowej zbitki: liberał-komunista-Żyd (w wersji pełnej) lub liberał-komunista (w wersji lekkiej). Wciąż jeszcze słowo „liberał” stanowi w ustach duchownych katolickich obelgę, a Kościołowi udaje się utrzymywać przesąd, jakoby słowo „liberalizm” oznaczało co do teorii stanowisko antykatolickie i antykościelne, a w praktyce rozwiązłość, permisywizm moralny, żeby nie powiedzieć – bezbożny kosmopolityzm, wojujący ateizm, a nawet rządy żydowskie nad światem.

Coraz więcej ludzi zaczyna wszelako pojmować, że wolność nie jest tym samym, co oddanie się z pełnym przekonaniem pod kierownictwo Kościoła i jego nauk, lecz prawem każdego do dokonywania wyborów i kształtowania swego życia, a nawet szkodzenia samemu sobie. Nie nauczyła ich tego jednakże „Gazeta Wyborcza”, lecz samo doświadczenie życia w wolnym kraju. Potęga liberalizmu polega bowiem na tym, że gdzie zwycięża wolność, gdzie obywatele zakosztowali swobód, tam nikt nie chce już powrotu rządu autorytarnego lub choćby paternalistycznego. Nikt dorosły nie chce przecież na powrót stać się dzieckiem. Wydaje się przeto, że nasza wolność, która ma już lat dwadzieścia, stała się dorosła i nigdy nie powróci do stanu dziecięcego. Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej!

* Jan Hartman, profesor filozofii.



Do góry

* * *

Andrzej Szahaj

Hybrydy polskiego liberalizmu

Jasną rzeczą jest, że polski liberalizm znajduje się dzisiaj w defensywie. Trzeba się jednak najpierw zastanowić, czy takie zjawisko jak polski liberalizm kiedykolwiek naprawdę istniało. Jeśli nawet założymy, że liberalizm w Polsce istniał, to z pewnością w okresie transformacji przybierał formę neoliberalizmu ekonomicznego, który z liberalizmem sensu stricte ma niewiele wspólnego. Liberalizm głównego nurtu, liberalizm „postmillowski”, czy liberalizm socjalny (szczególnie mi bliski), są w Polsce nieomal nieobecne. Polski wariant liberalizmu, jeśli w ogóle można o nim mówić, zmierza do jego formy skrajnej, tj. do libertarianizmu.

Częstokroć ludzie, którzy mienią się w Polsce liberałami, nie wiedzą, czym jest liberalizm, albo też świadomie prezentują jego zdeformowaną formułę. Tradycja liberalna właściwie nie istnieje na scenie publicznej. Pokazały to dobitnie wydarzenia ostatnich tygodni, kiedy stało się jasne, że nasza świadomość, przynajmniej w kwestii przeżywania narodowej żałoby, jest zagospodarowana przez orientacje, którym daleko do liberalizmu, czyli przez orientacje konserwatywno-narodowe. Dopiero w późniejszych komentarzach do głosu dochodziły wątki liberalne.

Powtórzę, dramatem polskiego liberalizmu było to, że swego czasu utożsamiono z liberalizmem jego skrajną formę, czyli libertarianizm, stanowiący ekonomistyczne skrzywienie liberalizmu, do niego czasami dolepiany był liberalizm głównego nurtu, ale jedynie na płaszczyźnie politycznej. Doszło do bardzo szkodliwego zjawiska: liberalizm, który jest przecież orientacją umiarkowaną, zaczęto utożsamiać, przynajmniej w kategoriach ekonomicznych, z radykalizmem, głównie ekonomicznym. W wypadku wielu liberalnie nastawionych Polaków to właśnie doświadczenie tej skrajności doprowadziło do pewnego zniechęcenia ideologią liberalną jako taką.

Do dzisiejszego wizerunku liberalizmu w oczach Polaków doprowadziły także inne błędy, między innymi paternalizm przebijający z poglądów i zachowań ludzi, którzy zwą się polskimi liberałami, chyba nie bardzo zdając sobie sprawę, czym liberalizm naprawdę jest. To oczywiście paradoks, bo przecież liberalizmem zawsze z paternalizmem walczył.

Kapitalne znaczenie dla zmiany tego stanu rzeczy mają postawy ogółu społeczeństwa, kształtowane głównie przez szkołę i media. Uważam, że nie są to niestety instytucje, które sprzyjałyby propagowaniu rozsądnego, umiarkowanego liberalizmu, co wynika z wielu przyczyn, głównie ze słabości naszej rodzimej tradycji liberalnej oraz z braku wiedzy co do głównych idei liberalizmu i jego wewnętrznego zróżnicowania. Zresztą znajomość podstaw filozoficznych liberalizmu, i tego, czym naprawdę jest liberalizm, jest niewielka nawet wśród ludzi, którzy zwą się inteligentami. Brak im podstawowej wiedzy, która mogłaby umożliwić obronę idei liberalnych. Gołym okiem widać zresztą, że na wszystkich politycznych orientacjach w Polsce, nie tylko na liberalizmie, mści się słaby poziom wykształcenia nawet tych ludzi, którzy uchodzą za elitę, nie wspominając już o społeczeństwie jako takim.

Powinniśmy się kształcić, kształcić i jeszcze raz kształcić. A pierwszym rzędzie powinni się kształcić politycy, którzy posługują się czasami językiem filozofii polityki, czyniąc to z reguły niefortunnie oraz dziennikarze, którzy pełnią na całym świecie funkcję pośredników, przekazujących wiedzę specjalistyczną tym, którzy chcą ją poznać w formie popularnej. Poziom pracy polskich dziennikarzy pozostawia pod tym względem wiele do życzenia. Nieraz chwytam się za głowę, gdy mam okazję czytać najróżniejsze enuncjacje na temat liberalizmu. Jak już wspomniałem dotyczy to zresztą nie tylko ideologii liberalnej, ale lewicy, prawicy, konserwatyzmu, właściwie wszystkich pojęć politycznych, którymi dziennikarze, a następnie tzw. zwykli ludzie posługują się na co dzień, często nie mając zielonego pojęcia o tym, czym te orientacje de facto są i jaka jest ich treść ideowa.

Zjawiska te wynikają przede wszystkim z braku długofalowej edukacji filozoficznej, braku popularnych książek, które wprowadzałyby w temat i wyjaśniały, na czym polega na przykład podejście liberalne i czym różni się od innych stanowisk. Ponownie niefortunną rolę odgrywają tutaj media, które po prostu chwytają etykietki niefrasobliwe rzucane w przestrzeni publicznej przez polityków, przyjmują je i nierozumnie powielają. Większość polityków i dziennikarzy zwyczajnie nie wie, o czym mówi i używa pojęć politycznych zupełnie bezrefleksyjnie, bez jakiejkolwiek znajomości stojącej za nimi tradycji.

Przed nami wiele pracy, aby ten stan rzeczy zmienić. Miejmy nadzieję, że zbliżający się Kongres będzie tej pracy początkiem.

* Profesor Andrzej Szahaj, dziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, kierownik Zakładu Filozofii Współczesnej w Instytucie Filozofii UMK.

Do góry

* Autor koncepcji numeru: Jarosław Kuisz
** Współpraca: Łukasz Pawłowski, Tomasz Jarząbek
*** Autor ilustracji: Rafał Kucharczuk

„Kultura Liberalna” nr 71 (21/2010) z 18 maja 2010 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 72

(21/2010)
18 maja 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj