Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > KUĆMIERZ: Futurystyczne zabawki...

KUĆMIERZ: Futurystyczne zabawki – i tyle. „Elizjum” Neilla Blomkampa

Tomasz Sawczuk

Karol Kućmierz

Futurystyczne zabawki – i tyle

Po niespodziewanym sukcesie „Dystryktu 9”, który kosztował zaledwie trzydzieści milionów dolarów, a prezentował się lepiej niż niejeden rasowy hollywoodzki blockbuster, oczekiwania wobec kolejnego filmu Neilla Blomkampa zaczęły gwałtownie rosnąć. W swoim debiucie południowoafrykański reżyser zuchwale połączył mock documentary z alegorycznym science-fiction, skutecznie zintegrował analogowe efekty specjalne z komputerowymi, zainscenizował szereg widowiskowych sekwencji akcji i odkrył dla reszty świata charyzmę Sharlto Copleya. Powyższe osiągnięcia ustawiły go na wysokiej pozycji w kolejce do panteonu mistrzów kina gatunkowego.

Najnowsze dzieło Blomkampa miało rozstrzygnąć, czyimi śladami podąży jego twórca: Johna Carpentera („Coś”; „Ucieczka z Nowego Jorku”; „Oni żyją”), Paula Verhoevena („RoboCop”; „Pamięć absolutna”; „Żołnierze kosmosu”) czy też Jamesa Camerona („Terminator”; „Obcy – decydujące starcie”), jednak ostatecznie nie przynosi satysfakcjonujących odpowiedzi. W „Elizjum” reżyser robi jeden krok do przodu, żeby za chwilę cofnąć się o dwa kroki, co czyni oglądanie filmu frustrującym doświadczeniem. Chociaż tym razem Blomkamp dysponował prawie czterokrotnie wyższym budżetem i w obsadzie pojawiło się kilka znanych nazwisk, to jego drugi film wydaje się znacznie uboższą wersją „Dystryktu 9”.

99% versus 1%

Świat przedstawiony w „Elizjum” opiera się na prostej dychotomii. W 2154 roku na tytułowej stacji kosmicznej żyje najbogatsza część ludzkości, która dzięki zaawansowanej technologii medycznej pozostaje właściwie nieśmiertelna, podczas gdy na Ziemi, a konkretnie w Los Angeles, panuje postapokaliptyczne piekło – przeludnienie, bieda, bezrobocie albo mordercza praca, choroby, wysoka przestępczość oraz stały nadzór ze strony robotów, które potrafią m.in. wyczuwać sarkazm. Naszym przewodnikiem po tej ziemskiej egzystencji jest Max Da Costa (Matt Damon), niegdyś słynny złodziej samochodów, a obecnie skromny pracownik fabryki maszyn w ramach zwolnienia warunkowego.

Początkowo Max to typowy „bohater z konieczności” w rodzaju Johna McClane’a ze „Szklanej pułapki”. Postanawia dostać się na Elizjum z czysto egoistycznych pobudek – zostaje napromieniowany podczas wypadku na linii produkcyjnej i chce się wyleczyć – ale w końcu przeistacza się w prawdziwego herosa klasy pracującej, który z całkowitym poświęceniem dokona sprawiedliwej redystrybucji dóbr. Reżyser podkreśla wzniosłość tej przemiany, kilkakrotnie powracając do retrospekcji z dzieciństwa Maxa w sierocińcu: siostra zakonna przekonuje go (a także widzów), że jest on stworzony do wielkich czynów.

Neill Blomkamp nie grzeszy w „Elizjum” subtelnością – alegoria, na której opiera się jego film, to zupełnie przejrzysty komentarz do współczesności, odwołujący się choćby do haseł amerykańskiego ruchu Occupy Wall Street (podział na 99% i 1%). O mieszkańcach Elizjum wiemy tylko tyle, że są bogaci, piękni i młodzi oraz że spędzają większość swojego czasu na przyjęciach nad basenem i pogawędkach po francusku. Bliżej poznajemy jedynie Sekretarz Obrony Jessikę Delacourt (Jodie Foster) i dyrektora korporacji Armadyne Johna Carlyle’a (William Fichtner), parę komiksowych czarnych charakterów, bezwzględnych i żądnych władzy za wszelką cenę. Delacourt bez mrugnięcia okiem każe wyeliminować trzy statki z nielegalnymi imigrantami, próbujące dostać się na powierzchnię stacji, a Carlyle tak bardzo brzydzi się swoimi podwładnymi na Ziemi, że ci muszą zasłaniać usta, aby nie obrazić go swoim oddechem. Mieszkańcy Los Angeles to z kolei w większości drobni przestępcy o złotym sercu, którzy przede wszystkim pragną darmowej opieki medycznej dla wszystkich. Istotną rolę w rozwoju fabuły odgrywa również grupa najemników pod dowództwem niejakiego Krugera (Sharlto Copley), groteskowego barbarzyńcy, dla którego sianie zniszczenia i zadawanie bólu słabszym to chleb powszedni. Najbardziej rozbudowaną postacią okazuje się w tym układzie Max Da Costa, chociaż w dużej mierze pozostaje to zasługą warsztatu Matta Damona, potrafiącego wyrazić wiele za pomocą ograniczonej ilości środków aktorskich, a nie scenariusza.

Gadżetomania

Najmocniejszą stroną Blomkampa pozostaje jego pomysłowość w zakresie projektowania futurystycznej technologii i jej zastosowań. Za scenografię w „Elizjum”, podobnie jak w „Dystrykcie 9”, odpowiadał Philip Ivey, mocno zainspirowany twórczością Syda Meada („Łowca androidów”; „Obcy – decydujące starcie”; „Tron”). W rezultacie reżyser i jego współpracownicy przygotowali wizję przyszłości, która mocno imponuje na poziomie detalu. Poszczególne gadżety, uzbrojenie, miejsca i pojazdy wyglądają niezwykle przekonująco, m.in. egzoszkielet Maxa, design robotów, rozmaite rodzaje broni, całość stacji Elizjum, podziemna siedziba hakerów w Los Angeles oraz promy kosmiczne.

Na bazie tych elementów zaaranżowano również większość sekwencji akcji – najbardziej porywająca z nich to napad na Johna Carlyle’a, mający na celu ściągnięcie odpowiednich danych bezpośrednio z jego umysłu. Blomkamp radzi sobie w takich scenach wręcz brawurowo: doskonale wie, co zrobić z kamerą, żeby ujęcie jak najsilniej potrząsnęło widzem, w którym momencie odpalić wybuchową niespodziankę, żeby w nieprzewidywalny sposób urozmaić przebieg akcji oraz jak niepostrzeżenie scalić efekty komputerowe z praktycznymi. W „Elizjum” reżyser zrezygnował z estetyki mockumentary, którą z powodzeniem zastosował w „Dystrykcie 9”, przez co jego styl stał się jeszcze bardziej bezpośredni, zwarty i oszczędny. Blomkamp zadbał także o odpowiednie tempo filmu – nie ma w nim miejsca na żadne przestoje, narracja nieustannie pędzi do przodu, nie dając widzom czasu na zbędne wątpliwości.

Dopiero po zakończonym seansie świat przedstawiony „Elizjum” zaczyna pokazywać liczne braki i pęknięcia. Neill Blomkamp tak bardzo skupił się na detalach technologii przyszłości i na tym, żeby elementy scenografii prezentowały się jako odpowiednio sfatygowane, że zupełnie pominął kluczowe problemy widoczne w skali makro. Nie pada ani słowo wyjaśnienia, co doprowadziło do sytuacji, w której znaleźli się mieszkańcy Ziemi i Elizjum w roku 2154. Perspektywa jest znacznie zawężona – śledzimy jedynie wydarzenia rozgrywające się w Los Angeles i na stacji kosmicznej, a zupełnie pominięto resztę Stanów Zjednoczonych i świata. Technologia medyczna, magicznie uzdrawiająca wszystkie możliwe schorzenia, to z kolei coś w rodzaju MacGuffina – nie bardzo wiemy, dlaczego mieszkańcy Elizjum tak zazdrośnie strzegą swoich osiągnięć i jakimi kierują się motywacjami (poza tym, że są ewidentnie źli do szpiku kości i nienawidzą biednych ludzi). Wszystkie te wątpliwości sprawiają, że rzeczywistość „Elizjum” zostaje zdemaskowana jako czysta konstrukcja, a obie strony konfliktu jako podstawione figurki.

Reżyser powinien wziąć przykład z Guillermo del Toro, który w „Pacific Rim” niezwykle sprawnie i szybko naszkicował wymyślony przez siebie świat (wraz z pobieżnym, ale istotnym spojrzeniem na historię, ekonomię i kulturę), podobnie zresztą jak zrobił to sam Blomkamp w „Dystrykcie 9”. Autor „Elizjum” to ewidentnie bardzo uzdolniony filmowiec, który bryluje w sekwencjach akcji, efektach specjalnych i projektowaniu scenografii, jednak żeby mógł stanąć w jednym szeregu z takim twórcami jak John Carpenter czy Paul Verhoeven, musi zwrócić uwagę także na szczegóły innego rodzaju – charakterystykę postaci, wiarygodność świata przedstawionego oraz całościową wymowę swoich dzieł. Powiązanie kilku zasłyszanych haseł i pełne futurystycznych gadżetów sceny akcji nie wystarczają, żeby blockbuster science-fiction skłonił widzów do przemyśleń na temat współczesności.

„Elizjum” to również dzieło pełne sprzeczności. Neill Blomkamp stara się sygnalizować, że jest reżyserem ambitnym, ale zamiast spełnić te ambicje podcina swoje własne skrzydła. Ideologiczne przesłanie filmu osłabia już sam casting – mieszkańcy Los Angeles z 2154 to w większości Latynosi, jednak to Matt Damon został ich wybawicielem, a nie na przykład występujący w roli drugoplanowej Diego Luna. „Elizjum” otrzymało w Stanach Zjednoczonych kategorię wiekową „R”, co oznacza, że twórcy mogli sobie pozwolić na ostrzejszy język i brutalne sceny przemocy, lecz zabrakło im odwagi na uwzględnienie bardziej subwersywnych treści – taka tematyka aż się prosi o satyryczną obróbkę w stylu Verhoevena. Bez tego „Elizjum” pozostaje kolejną wysokobudżetową, wakacyjną produkcją, która traktuje siebie zbyt poważnie – machina Hollywoodu najwyraźniej nie jest odpowiednim środowiskiem dla Blomkampa.

Film:

„Elizjum”, reż. Neill Blomkamp, USA 2013, dystr. UIP United International Pictures

*Karol Kućmierz, absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Współpracownik portalu Esensja i czasopisma „Nowe Zagłębie”. Interesuje się współczesną kulturą audiowizualną, muzyką i literaturą. Laureat III nagrody Konkursu im. Krzysztofa Mętraka w roku 2012, ponownie wyróżniony w 2013.

„Kultura Liberalna” nr 241 (34/2013) z 20 sierpnia 2013 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 241

(34/2013)
20 sierpnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj