PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Żyjemy mitem wojny....

Żyjemy mitem wojny. Jak fotografować Białoruś? Rozmowa z Andreiem Liankevichem z kolektywu Sputnik Photos

Agnieszka Wójcińska

„Mylne okazało się wrażenie, że w państwie dyktatury cały czas ktoś z KGB ma cię na oku. Jeśli zaczniesz szukać tych ludzi na ulicach, to zaczniesz ich widzieć. Odkryciem dla mnie było to, że można się nie bać robić niektórych zdjęć. Zrozumiałem, że ta paranoja jest w mojej głowie” – o wyzwaniach pracy niezależnego fotografa na Białorusi oraz obalaniu mitów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej z Andreiem LIANKEVICHEM z kolektywu Sputnik Photos rozmawia Agnieszka WÓJCIŃSKA.

Agnieszka Wójcińska: Kolektyw fotograficzny Sputnik Photos postanowił sfotografować Białoruś. Ty zająłeś się tematem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Jak funkcjonuje ona w społecznej świadomości na Białorusi?

Andrei Liankevich: Jest wydarzeniem, od którego historia współczesnego państwa się zaczyna i na którym w pełni się opiera. Poświęcane są jej muzea i parady. Jesteśmy bohaterami, bo wygraliśmy wojnę, jesteśmy słynni, bo wygraliśmy wojnę, jesteśmy najlepsi na świecie, bo wygraliśmy wojnę. I nikt nam w tym nie pomagał. Ale ciekawe jest też coś innego. Na potrzeby tego projektu zebrałem bardzo dużą kolekcję pocztówek upamiętniających wojnę. Okazało się, że te dedykowane weteranom dostępne są tylko 9 maja oraz w parę innych dni, podczas gdy inne kartki okolicznościowe można kupić przez cały rok. To pewien paradoks.

W byłych krajach Związku Radzieckiego obowiązuje uproszczony obraz wojny?

Mity, na których opiera się myślenie o wojnie – na przykład na Białorusi – są bardzo silne. Choćby ten, że zaczęła się w 1941 roku, kiedy to 22 czerwca w ramach operacji „Barbarossa” Rzesza zaatakowała ZSRR. Taką datę wskazałoby, gdyby ich zapytać, 99% Białorusinów. Milczy się o tym, że wojna trwała już wtedy dwa lata, a Związek Radziecki patrzył, jak Niemcy szli przez Europę. Jest wiele podstawowych faktów, które w ogóle zostały przemilczane, zarówno w szkole, jak i w rodzinach. Nie pada na przykład pytanie o to, czemu możliwa była blokada Leningradu. Jest przyjęte, że miała miejsce po prostu dlatego, że przyszli Niemcy. Tak jak przyjęte jest to, że przyszli źli faszyści, a my ich zabiliśmy i wygraliśmy wojnę.

 

PHOTO 1 AndreiLiankevich_Masherova_street

 

Sfotografowałeś stare zdjęcia i kojarzące się z wojną militarnie przedmioty. Jaką historię opowiadasz?

Dotykam tematów, o których się dotąd nie mówiło. Staram się pokazać, że wojna nie jest prostą, czarno-białą sprawą, gdzie po jednej stronie są dobrzy ludzie ze Związku Radzieckiego, a po drugiej źli Niemcy, którzy ich zaatakowali. To wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Weźmy na przykład perspektywę prostego człowieka, który mieszkał w zapadłej wsi na Kresach Wschodnich, gdzie najpierw była Polska, a potem ZSRR. Przychodzą Niemcy, on tracił bliskich i majątek podczas represji stalinowskich. Jaki wybór podejmuje? Czy zaczyna współpracować z Niemcami, którzy obiecują, że pomogą mu odzyskać utraconą pozycję? Jedni w to wchodzą, inni nie. Chciałem zrozumieć, jakich wyborów dokonywały jednostki.

Z drugiej strony jednak piszesz w książce „Stand By”, która zawiera zdjęcia z projektu Sputnika, że wojna i przekaz o „co czwartym mężczyźnie, który zginął wtedy pośród Białorusinów”, nigdy nie były bliskim ci tematem. Co spowodowało, że postanowiłeś się tym zająć?

Jako były dziennikarz czuję, że to dobry czas, by zacząć o tym mówić. Weteranów wojennych zostało niewielu, nie trzeba się już bać, że kogoś się obrazi lub skrzywdzi. I można wyjść poza oczywiste odpowiedzi, a bez tego moim zdaniem nie może być mowy o kroku naprzód w interpretacjach faktów dotyczących wojny. Dla Polaków jest oczywiste, co się wydarzyło podczas drugiej wojny światowej: wiedzą, że były różne armie, ugrupowania, partyzanci, że każda z tych frakcji podejmowała inne działania. Naród białoruski – rosyjski zresztą też – nigdy się z tym nie rozliczył, nie zszedł do poziomu obiektywnego, zróżnicowanego obrazu. Nie rozliczyliśmy się choćby z pytaniem o to, kim był Stalin. Efektywnym menedżerem? To jeden z mitów, na którym opiera się narracja czasu wojny, podczas gdy zabił on więcej ludzi niż Hitler. Wszystkie te ważne pytania, których nikt nie zadawał przez siedemdziesiąt lat, skłoniły mnie, by tym się zająć.

Co przedstawiają sfotografowane przez ciebie stare zdjęcia?

Mojego ojca i jego kolegów z wojska, których uwiecznił towarzyszący im fotograf. To historia o moim tacie, który był w wojsku w miejscu, w którym dla Związku Radzieckiego wojna się rozpoczęła – w twierdzy w Brześciu, przez którą faszyści weszli do ZSRR. To miejsce z czasem stało się symbolem walki i heroizmu żołnierzy radzieckich, choć – jeśli wrócimy do prawdziwej historii – nie grało faktycznie żadnej roli. Niemcy przeszli przez Brześć w ciągu kilku godzin, tymczasem dwadzieścia, trzydzieści lat po wojnie powstał jeden z najważniejszych mitów, na którym stoi ideologia współczesnej historii białoruskiej czy ogólnosowieckiej. Mit ten mówi o żołnierzach, którzy walczyli do ostatniej kropli krwi. Tak naprawdę ci, którzy oddali tam swoje życie, zrobili to bez sensu.

Fotografuję Polaroidem to, co powstało w tym miejscu później – muzeum i wszystkie umieszczone w nim symbole, i zestawiam z nimi czarno-białe zdjęcia z czasu wojny. Pokazuję, jak z czasem zmienia się rozumienie historii i jak w tę historię wpisana jest historia prostego człowieka, mojego ojca, który jako jedyny z rodziny był w wojsku.

Niektóre wykonane przez ciebie zdjęcia portretów są nieostre. Co chcesz przez to powiedzieć?

Historię odwrotną do tej o twierdzy w Brześciu. Zdjęcia przedstawiają portrety bohaterów wojennych, którzy jeszcze 20, 30 lat temu byli najważniejszymi osobami w historii radzieckiej czy białoruskiej. Wszyscy ich znali, pociągi, parki narodowe nosiły ich imiona. Teraz ich wizerunki można znaleźć tylko w muzeum i nikt już nie pamięta, kim byli. Fotografowałem tych bogów, którzy po cichutku znikają z historii. Zdjęcia uzupełniłem wycinkami fragmentów z Google Maps, przedstawiającymi ulice noszące imiona tych zapomnianych bohaterów. Sześćdziesiąt procent ulic w Mińsku nosi nazwy od nazwisk ludzi bądź wydarzeń związanych z wojną, ale okazuje się, że to puste symbole. Ludzie nie mają pojęcia, kim są patroni ich ulic.

Są jeszcze w twoim materiale zdjęcia militarnie przybranych butelek.

W związku z tym projektem zgromadziłem kolekcję współczesnych gadżetów upamiętniających wojnę – wspomniane butelki, karabiny ze szkła, flagi. Bardzo dobrze wizualizują dzisiejsze rozumienie znaczenia wojny – kicz, w jaki obrosła, i jednocześnie dystans do tego, czym była naprawdę, z całym swoim bólem i powagą.

Dokąd doprowadziła cię ta podróż w poszukiwaniu prawdy o wojnie?

Z jednej strony zobaczyłem inne rozumienie historii, stworzyłem dla siebie jej alternatywną wersję. Z drugiej, odtworzyłem historię swojej rodziny i przez to zrozumiałem dobrze, kim jestem, ale też kim dla ZSRR byli Polacy mieszkający na Kresach Wschodnich. Moja rodzina ze strony taty ma polskie korzenie. Mój dziadek był obszarnikiem, który dostał wyrok kryminalny za posiadanie ziemi „zabranej kołchozowi”. Ani on, ani nikt z mojej rodziny, poza ojcem, który był szeregowcem i kierowcą w armii, nie był w wojsku radzieckim. Generałowie sowieccy nie ufali Polakom z Kresów Wschodnich, bo nie byli pewni, w którą stronę będą strzelać po dwóch latach mieszkania w ZSRR.

PHOTO 2 AndreiLiankevich_Varvasheni_street_

A skąd tytuł twojego projektu „Żegnaj ojczyzno”?

Odwołuję się do ostatnich słów, jakie żołnierze pisali na murach twierdzy w Brześciu. Ten projekt to także moje pożegnanie z historią i mitami państwa, w którym mieszkam. Po trzecie – jestem w momencie bardzo trudnej, a zarazem łatwej dla siebie decyzji, że nie chcę cały czas żyć na Białorusi. Bo ta estetyka i atmosfera nie są do końca moje. Będę mieszkać pomiędzy – studiuję w Niemczech, wykładam na Uniwersytecie na Litwie, czekają mnie kolejne projekty ze Sputnikiem w różnych miejscach.

Na „Stand By” składa się praca siedmiu fotografów ze Sputnik Photos: są tu też projekty Agnieszki Rayss, Rafała Milacha, Janka Brykczyńskiego, Adama Pańczuka, Justyny Mielnikiewicz i Mancy Juvan. Skąd wam się wziął pomysł na projekt o Białorusi?

Dwa lata temu powiedziałem pozostałym członkom Sputnik Photos: idą wybory prezydenckie na Białorusi, Łukaszenko zaczął grać w dziwną demokrację. Mamy ciekawe czasy, w których kraj może pójść w różnych kierunkach. To historyczny moment dla sztuki białoruskiej i samej Białorusi. Mamy szansę sfotografować kraj, którego już nigdy nie będzie, albo zrobić pierwszą fotograficzną książkę o współczesnej Białorusi. Pomysł się spodobał, dostaliśmy grant od European Cultural Foundation i projekt ruszył. Dla Sputnika okazał się on kontynuacją projektów na temat państw byłego bloku sowieckiego – sputników Rosji. A dla mnie jego realizacja była osobiście ważna.

Dlaczego?

W sztuce białoruskiej brakuje poważnych projektów. „Stand By” to taki prekursor sztuki krytycznej, punkt, od którego mogą odbić się inni artyści białoruscy. To także odpowiedź na często stawiane pytanie – jakie tematy na Białorusi mogą być ciekawe dla fotografa, także zachodniego. Okazuje się, że w powietrzu wiszą miliony takich tematów, które trzeba zacząć realizować już teraz. Od grafitti, które pokazał Rafał Milach, a które mówią o sytuacji politycznej, ale też o sztuce abstrakcyjnej, po poważne projekty reporterskie, jak ten o weterankach, realizowany przez Agnieszkę Rayss. Kobiety weteranki w ogóle nie istnieją w historii Związku Radzieckiego. Są tylko weterani – nie ma wojny kobiecej ani dziecięcej.

Tej, o której pisze Swietłana Aleksijewicz w swoich książkach „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” i „Ostatni świadkowie”. Ona pierwsza pochyliła się nad tym tematem w reportażu.

W fotografii nie zrobił tego nikt do tej pory.

PHOTO 3 Andrei Liankevich_Stand by_Sputnik Photos w Leica Gallery Warszawa

Patrząc z polskiej perspektywy, o Ukrainie wiemy coraz więcej, o Białorusi prawie nic.

Przez ostatnie lata od pomarańczowej rewolucji Ukrainie udało się stworzyć mit o istnieniu nacji ukraińskiej. Białorusi się to nie udało. Na Zachodzie znani jesteśmy tylko w kontekście Czarnobyla, Łukaszenki, no i wsi. Artyści przyjeżdżający do nas w 99% procentach odtwarzają te klisze. „Stand By” był dla mnie bardzo ważną próbą opowiedzenia o tym, co na Białorusi dzieje się z prostymi ludźmi. O tym, jak żyją młodsi i starsi, jakie mają dobre i złe momenty – bez użycia czarno-białej farby i ograniczenia się do klisz, że żyje tu naród zniewolony przez dyktatora Łukaszenkę. Bo to takie samo uproszczenie jak mity na temat wojny, o których rozmawialiśmy. Justyna Mielnikiewicz, na przykład, pokazuje problem imigracji kobiet, które szukają mężów za granicą. Janek Brykczyński z kolei opowiada o współczesnej Puszczy Białowieskiej na Białorusi i o tym, czym jest w życiu zwykłych ludzi. To niby proste tematy, ale gdy czytasz teksty do nich dołączone, zaczynasz rozumieć białoruską rzeczywistość.

Ta książka i projekt są ważne dla sztuki białoruskiej z jeszcze jednego powodu. Pokazują różne rodzaje fotografii współczesnej – od „polaroidów” Rafała Milacha, przez moje wycinanki z Google Maps, średni format Janka Brykczyńskiego, po iPhonową fotografię Justyny Mielnikiewicz. To kompendium najbardziej dziś rozpowszechnionych języków fotograficznych.

Czy mieliście problemy z realizacją tego projektu?

Janek Brykczyński został zawrócony do Polski z prośbą o załatwienie dodatkowej zgody na fotografowanie w strefie przygranicznej. Były z tym problemy, więc skupił się na dokumentowaniu obrzeży Puszczy, gdzie mógł się poruszać swobodnie. Na Agnieszkę Rayss obraził się szef organizacji weteranów, twierdząc, że realizuje projekt bez jego pozwolenia. Musiała jechać robić zdjęcia w innej miejscowości. Ale z drugiej strony mylne okazało się wrażenie, że w państwie dyktatury cały czas ktoś z KGB ma cię na oku. Jeśli zaczniesz szukać tych ludzi na ulicach, to zaczniesz ich widzieć. Odkryciem dla mnie było to, że można się nie bać robić niektórych zdjęć. Zrozumiałem, że ta paranoja jest w mojej głowie.

Funkcjonujesz na Białorusi jako niezależny fotograf. Jak wygląda twoja praca w tamtejszej rzeczywistości?

Dziennikarstwo nie jest bezpiecznym zawodem w jakimkolwiek państwie na świecie. Pracuję dla zachodnich mediów, tak jak Andrzej Poczobut, ale nigdy nie byłem tak naprawdę krytyczny i nie poruszałem jak on zagrażających tematów, jednoznacznie krytykując sytuację w kraju. Jako fotograf pokazuję rzeczy, które po prostu są, trudno zaprzeczyć ich istnieniu. Jasne, miałem różne niebezpieczne sytuacje. Parę lat temu miałem złamany nos, a dwa lata temu, podczas wyborów zabrano mi cały sprzęt i oczywiście nie oddano. Tak jak inni koledzy czekałem aż przyjdą i zabiorą mój twardy dysk, kiedyś siedziałem jedną noc w więzieniu. Ale takie są realia. Z drugiej strony spokojnie pracuję nad książkami, realizuję własne projekty. Chyba nie boję się o swoje życie.

Wystawę „Stand By” autorstwa Sputnik Photos można oglądać w Leica Gallery Warszawa na ul. Mysiej 3 od 10 grudnia 2013 r. do 26 stycznia 2014 r.

Sputnik Photos – międzynarodowy kolektyw fotografów dokumentalistów pochodzących z Europy Środkowo-Wschodniej. Artystów połączyło doświadczenie transformacji tego regionu, pasja obserwowania i opisywania tego, co ich otacza, a co jest w ciągłej zmianie.

Skład kolektywu: Andrej Balco, Jan Brykczyński, Manca Juvan, Andrei Liankevich, Michał Łuczak, Justyna Mielnikiewicz, Rafał Milach, Adam Pańczuk, Agnieszka Rayss. Koordynacją projektów zajmuje się Marzena Michałek.

Więcej tutaj

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 258

(51/2013)
17 grudnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj