0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Ukraina] Pełzająca rebelia

[Ukraina] Pełzająca rebelia

Krzysztof Renik

O sytuacji w Słowiańsku i Doniecku na podstawie swoich doświadczeń z pobytu we wschodniej Ukrainie pisze Krzysztof Renik.

Wydarzenia następują tak szybko, że to co dzisiaj bywa aktualne już za kilka dni – ba! nawet za kilka godzin – przestaje już taką aktualnością być. Mimo wartkiego biegu wypadków to, co dzieje się na Ukrainie całkiem zasadnie nazwać można pełzającą rebelią. Tli się ona w określonych punktach, by następnie rozpalać ogień antyukraińskich wystąpień w kolejnych miejscach. Jednym z takich miejsc był z całą pewnością Słowiańsk.

Miasto prorosyjskiej rebelii

Do Słowiańska jechałem pociągiem. Wybrałem ukraińskie InterCity, by w miarę szybko pokonać ponadstukilometrowy dystans dzielący to miasto od Doniecka. Kiedy w donieckiej kasie kolejowej poprosiłem o bilet do Słowiańska, kasjerka spojrzała na mnie przenikliwie. Bez trudu rozpoznała we mnie zagranicznego dziennikarza. Bez zbędnych pytań wydała mi bilet, informując dosadnie, że znajdę się w Słowiańsku po dwóch godzinach podróży.

W Słowiańsku z pociągu wysypał się tłum podróżnych. Na świeżo odremontowanym, zadbanym dworcu kolejowym stało dwóch ukraińskich milicjantów w kuloodpornych kamizelkach. Nie mieli przy sobie broni. Nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy chcieliby uczestniczyć w jakimkolwiek starciu. Podróż do centrum miasta minęła bez specjalnych wrażeń. Zwykłe posowieckie miasto, w którym ponad dwadzieścia lat ukraińskiej niepodległości zmieniło niewiele. Wyboiste chodniki, dziury w jezdniach, rozklekotane trolejbusy, zrujnowane przez czas i brak konserwacji zakłady przemysłowe.

W Słowiańsku najważniejsze były dwa gmachy: budynek służby bezpieczeństwa Ukrainy, czyli SBU, oraz budynek rady miejskiej. Oba zajęte przez prorosyjskich rebeliantów. Gmachu służby bezpieczeństwa nie dane mi było obejrzeć z bliska – może na szczęście. Przy barykadzie utworzonej z worków z piaskiem, desek, opon oraz betonowych bloków stali ubrani w paramiltarne stroje ludzie z bronią w rękach i w kominiarkach na twarzach. Zdecydowanym ruchem pokazali mi bym się do gmachu służby bezpieczeństwa nie zbliżał. Ich ruchy zdradzały zawodowstwo. Fachowo obchodzili się z bronią, profesjonalnie trzymali w rękach owe mityczne automaty Kałasznikowa i pistolety Makarowa. Gdzieś w dali dostrzegłem ludzi z karabinami snajperskimi SWD. Tak – to byli zawodowcy w ubraniach bliżej nieokreślonych formacji paramilitarnych w barwach kamuflażowych.

Ze zbliżeniem się do drugiego gmachu zajętego przez prorosyjskich rebeliantów poszło mi znacznie łatwiej. Do gmachu rady miejskiej Słowiańska trafiłem, szukając kontaktu z samozwańczym merem miasta – Wiaczesławem Ponomariowem. Miał mieć konferencję prasową dla tłumu dziennikarzy, którzy zjechali do Słowiańska. By wejść wystarczyła legitymacja prasowa. Po jej okazaniu należało przecisnąć się wąskim przesmykiem pomiędzy workami z piaskiem. Przesmyk był kręty i długi. Miał dobrych kilkanaście metrów długości. Worki sięgały wysokości prawie dwóch metrów i tworzyły coś w rodzaju rozbudowanej barykady. Ponad nimi rozpięta była stalowa siatka uniemożliwiająca wrzucenie do środka petrd i granatów hukowych. Ktoś, kto budował tę barykadę broniącą dostępu do wnętrza gmachu z pewnością posiadał fachową wiedzę na temat obrony budynku przed atakiem sił specjalnych. Zresztą samozwańczy gospodarze bardzo pilnowali, by w trakcie przeciskania się owym przesmykiem-korytarzem nikt nie próbował filmować lub fotografować fortyfikacji.

W holu gmachu dziennikarzy witali milczący mężczyźni wyposażeni głównie w automaty Kałasznikowa. Też w strojach kamuflażowych, niektórzy z twarzami ukrytymi pod kominiarkami. Oszczędni w ruchach, zdecydowani – bez watpliwości specjaliści od operacji specjalnych.

Wiaczesław Ponomariow był inny. W sportowej koszulce i dżinsach, wyluzowany, obdarzający dziennikarzy szerokim uśmiechem odsłaniającym jego dwa, a może trzy złote zęby. Po konferencji prasowej – która nie przyniosła żadnych rewelacji, a jedynie solenne zapewnienie ludowego mera, iż ruch, któremu przewodzi to pospolite ruszenie zwykłych obywateli chcących niepodległości Donbasu, a może i zjednoczenia z Rosją – próbuję umówić się z nim na rozmowę. Jest otwarty – zaprasza następnego dnia.

Rebelia emerytów

Na spotkanie Ponomariow spóźnia się prawie godzinę. Zaprasza jeszcze kilku innych dziennikarzy. Częstuje herbatą i ciastem. Ten poczęstunek ma znaczenie symboliczne – dzień wcześniej rebelianci pochowali swego towarzysza zabitego w walce z siłami ukraińskimi. Dzisiaj rodzina dzieli się z nimi pożywieniem. Ludowy mer zaprasza do wspólnej biesiady, czeka na pytania.

Pytam kim są ludzie, którzy chodzą po mieście z bronią, którzy strzegą dostępu do gmachów zajętych przez zwolenników powołania samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Ponomariow uśmiecha się szeroko i odpowiada rozbrajająco: „To nasi ludzie, to nasi przyjaciele, którzy podzielają nasze poglądy, wspierają nasze dążenia”. Ale kim oni są, skąd pochodzą? Czy są mieszkańcami Słowiańska, jego okolic? Ludowy mer spogląda przenikliwiej, znowu się uśmiecha błyskając złotozębnym garniturem i wyjaśnia: „Są tacy i tacy, miejscowi i nie. A przyjeżdżają zewsząd, bo mamy przecież wielu przyjaciół”. A skąd konkretnie przyjeżdżają? Ponomariowa nie niepokoi to pytanie – przynajmniej takie stwarza wrażenie. Beztrosko i bez wahania odpowiada: „Są ze wschodniej Ukrainy, ale są i z zachodniej, są także z zagranicy – na przykład z Mołdawii, tam mamy wielu przyjaciół”. Znowu się uśmiecha. „Wielu przyjechało z Krymu, niektórzy przybyli z Rosji. O, są nawet tacy, którzy przyjechali z Czeczenii… Tak, mamy wielu przyjaciół, musicie to zrozumieć” – mówi nieco już rozmarzony ludowy mer Słowiańska.

Pytam, czy wie, co to są za ludzie. Oczywiście, że wie. „To są emeryci, przecież ja też jestem emerytem i mam wielu przyjaciół emerytów w wielu miejscach na Ukrainie i poza nią. Na pytanie o to, jakie zawody reprezentowali jego przyjaciele-emeryci Ponomoriow odpowiada krótko: „A czy ja wiem. Pewnie różne. Ważne, że są naszymi przyjaciółmi, którzy wspierają nas w tych trudnych chwilach. A co to ma za znaczenie, kim byli w przeszłości…. Ja na przykład – dodaje Ponomariow – służyłem niegdyś w sowieckiej marynarce wojennej, a teraz jestem producentem mydła. Ekologicznego mydła” – dodaje z dumą i podkreśla, że był jednym z liderów ruchu Zielonych w Słowiańsku.

I tak oto podczas wspólnego biesiadowania z Wiaczesławem Ponomariowem dowiedziałem się, że ci oszczędni w ruchach, zdecydowani i fachowo obchodzacy się z bronią ludzie, to po prostu zwykli emeryci. Ot, przyjaciele innego emeryta, którzy wspólnie z nim zajmują się na emeryturze antyukraińską rebelią określaną przez nich mianem pospolitego ruszenia ludności Donbasu.

Te surrealistyczne opowieści mojego słowiańskiego gospodarza, który kilkakrotnie powtarza, iż zatrzymani przez rebeliantów dziennikarze są w Słowiańsku jego gośćmi, których być może zwolni w zamian za aresztowanych towarzyszy, każą mi przywołać dawne informacje o redukacjach w rosyjskiej armii. Rzeczywiście był taki czas, gdy w Rosji poszło na wcześniejsze emerytury sporo oficerów i podoficerów. Czy ktoś śledził ich emerycki los? Czym się zajmowali? Czy tworzyli stowarzyszenia wojskowych emerytów, a może raczej tworzyli struktury paramilitarne, których członkowie gotowi byli służyć w charakterze najemników? Jeżeli tak, to czy – i jakie – nici łączyły i łączą te struktury z oficjalną armią Federacji Rosyjskiej? Podobnie jakie powiązania istniały i istnieją pomiędzy strukturami siłowymi Rosji, a ruchami kozackimi, których członkowie odegrali swoją rolę w aneksji Krymu, a którzy pojawiają się także w Donbasie oraz innych regionach wschodniej i południowej Ukrainy. I nie chodzi tu o kozactwo ukraińskie, ale kozactwo z rosyjskiego Kubania i znad Donu. Jaką rolę te ruchy odgrywają w pełzajacej rebelii na Ukrainie? To są pytania, na które nie tylko dziennikarze powinni szukać odpowiedzi.

Doniecki sztab z jedenastego piętra

W Doniecku, stolicy Donbasu, chciałem poznać przywódców rebeli, która według nich ma doprowadzić do powstania Donieckiej Republiki Ludowej, a może także Charkowskiej i Ługańskiej. Ich siedzibą był w czasie mego pobytu w Donbasie budynek Rady Obwodowej w Doniecku. Wysoki na wysokość jedenastu pięter gmach w centrum miasta, przy prestiżowej ulicy Artioma. Rada obwodu została zajęta przez prorosyjskich rebeliantów już kilka tygodni temu. Wokół skweru otaczającego budynek separatyści powbijali zielono-czerwono-czarne słupy graniczne, wytyczające samozwańcze terytorium Republiki Donieckiej. Rzecz jasna ich ambicje terytorialne wykraczają znacznie dalej i sięgają granic całego Donbasu, górniczego zagłębia Ukrainy.

Dostępu do gmachu rady obwodu bronią barykady i zasieki. Podobnie jak w Słowiańsku, do budynku prowadzi wąski przesmyk wytyczony przez ułożone na wysokość prawie dwóch metrów worki z piaskiem. Ale wcześniej wejścia na teren okupowany bronią zasieki, a przed małą przerwą w zasiekach stoją zamaskowani mężczyźni z pałkami i stalowymi prętami, którzy przepuszczają wchodzących dopiero po sprawdzeniu dokumentów. Ja, czyli zagraniczny dziennikarz, muszę poczekać na kogoś z biura prasowego rebeliantów, bo i taką instytucję powołali. Wreszcie przychodzi – czerwona, sportowa kurtka, urywane zdania i szeroki uśmiech. „Jestem pisarzem”, powiada, ale jego powierzchowność wskazuje raczej na przynależność do jakiegoś lumpenproletariatu. A może to tylko pozory.

Oleg prowadzi mnie przez kolejne bramki. Wreszcie wchodzimy do budynku. Patrzy na mnie badawczo. „Windy nie działają. Sztab jest na jedenastym piętrze. Dojdziesz?”. Co robić – ruszam dość obskurną klatką schodową. Co kilka pięter klatka zablokowana jest świeżo przyspawanymi stalowymi blachami. To na wypadek szturmu sił ukraińskich. Oleg nie ma wątpliwości, iż „nasi ludzie – jak powiada – będą się mogli skutecznie bronić”. Co jakiś czas pomiędzy piętrami miga mi postać z bronią i nie jest to broń wyciągnięta z kolekcjonerskich zbiorów lub przechowywana na wszelki wypadek od czasów II wojny światowej. To broń nowoczesna, prosto z magazynów. Tylko pytanie: magazynów jakiej armii?

Wreszcie jedenaste piętro wieżowca. Tu mieści się sztab rebeliantów. Moim rozmówcą jest Władimir Iwanowicz Makowicz. Jak sam się przedstawia – jest przewodniczącym parlamentu Donieckiej Republiki Ludowej. W jego głosie brak wahania: powstanie Republiki Donieckiej jest koniecznością. Wschodnia Ukraina różni się zdecydowanie od zachodniej – kultura, obyczajowość, korzenie cywilizacyjne tego obszaru są odmienne od Ukrainy zachodniej i nie ma powodu, by oba regiony pozostawały w jednym organiźmie państwowym. A poza tym – jak twierdzi Makowicz – ostatnie dwadzieścia lat to czas upadku Donbasu. Winny jest Kijów, który wysysa z Donbasu wszystkie pieniądze i bogactwa. Mówiąc to, przedstawiciel rebeliantów nie przyjmuje do wiadomości, iż Donbas jest tak zwanym regionem dotacyjnym, czyli otrzymuje z budżetu centralnego więcej, aniżeli do tego budżetu wnosi.

Wchodząc w tony znane z narracji rosyjskich mediów przekonuje, iż prawa ludności rosyjskiej w tym regionie były gwałcone, że rugowano język rosyjskich i odcinano ludność od łączności z Rosją. Kiedy pytam, jaką przyszłość przewiduje dla Donbasu po samozwańczym powołaniu Donieckiej Republiki Ludowej, nie słyszę jednoznacznej odpowiedzi. Raczej enigmatyczne zaklęcia, iż to naród powinien w przyszłości zdecydować, czy chce pełnej niepodległości, czy wejścia w ramy Federacji Rosyjskiej. Dla Makowicza nie ulega jednak wątpliwości, iż przyszłość Donbasu musi być związana bardziej z Rosją, aniżeli z pełną niepodległością, a już w żadnym wypadku nie z Ukrainą.

„Donbas wstawaj raboczyj kłas” – te słowa towarzyszą mi, gdy opuszczam okupowany przez rebeliantów gmach rady obwodu donieckiego. To słowa pieśni, która płynie z głośników ustawionych przed budynkiem. Ale w tej pieśni są także i słowa o tym, że w tej chwili ludziom Donbasu potrzebna jest jedynie Rosja, i że Rosja jest ich jedyną nadzieją. Podobne pieśni słyszałem wcześniej na Krymie. W tym samym wykonaniu, w podobnej aranżacji, nagrywane w rosyjskich studiach. Kiedy słucham tej pieśni Oleg mówi konfidencjonalnie: „Pracowaliśmy nad tym już od 2005 roku”.

Trudno nie pamiętać, że w ostatnich miesiącach 2004 roku zwyciężała na Ukrainie Pomarańczowa Rewolucja. Zwyciężała idea ściślejszych związków z Europą. Dlatego trudno też oprzeć się wrażeniu, że już wówczas rosyjscy stratedzy uznali, iż może to zagrozić utratą wpływów Rosji na Ukrainie. To, co dzieje się obecnie wydaje się być jedynie realizacją pisanego od tamtego czasu scenariusza podziału Ukrainy.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 278

(18/2014)
8 maja 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj