Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Myśli] Słabość UE?

[Myśli] Słabość UE?

Jan Tokarski

Zagarnięcie Krymu przez Rosję było wstrząsem dla europejskich elit politycznych. Zwłaszcza u nas, w Polsce, doprowadziło do czegoś, co dotąd w sferze medialnej było właściwie nie do pomyślenia: do szerokiej krytyki Unii Europejskiej.

Unii zarzucamy nieskuteczność, brak proaktywności w działaniu, niezdolność do racjonalnego rozpoznania, czym właściwie jest współczesna Rosja i kim jest Władimir Putin. Sankcje wobec Rosji, na których zastosowanie UE (po długim wahaniu) w końcu się zdecydowała, wydają się niewspółmierne, zupełnie nieadekwatne, by nie powiedzieć – śmieszne – gdy zderzyć je ze skalą rosyjskich wykroczeń. Czy słusznie jednak krytykujemy Unię za to, że – nie po raz pierwszy przecież – okazała się bytem politycznie słabym?

Wydaje mi się, że nie; że w tego typu komentarzach więcej jest emocji, niż trzeźwej analizy; zaprawionej lękiem goryczy, aniżeli starannego rozważenia racji. Aby jednak wyjaśnić, dlaczego gotów jestem odpowiedzieć na tak postawione pytanie w sposób negatywny, musimy wykonać spory krok wstecz i znaleźć odpowiedź na inne, bardziej zasadnicze pytanie: Czym właściwie jest Unia Europejska.

W tym celu posłużę się przemyśleniami Roberta Coopera – znakomitego brytyjskiego dyplomaty i analityka sceny międzynarodowej. W opublikowanym przed dwoma laty na stronach Instytutu Nauk o Człowieku eseju Cooper porównywał UE do monarchii habsburskiej. Obydwa podmioty, zauważał, upodabnia do siebie to, że nie są państwami narodowymi, ale ich amalgamatem, że łączą scentralizowaną biurokrację z lokalną niezależnością. Obydwa scalały międzynarodowe (lub chociaż ponadnarodowe) elity: w przypadku monarchii habsburskiej były to elity wojskowe oraz służb cywilnych, w przypadku UE – elity biznesowe oraz urzędnicze. Obydwa wreszcie wytworzyły pewien parasol ochronny dla mniejszych państw, które w innym przypadku – zapewne – byłyby terenem rywalizacji mocarstw.

W tym punkcie na powierzchnię wychodzą różnice – i są one o wiele bardziej istotne, aniżeli podobieństwa. Parasol ochronny stworzony przez monarchię habsburską był bowiem polityczny w ścisłym sensie słowa – stała za nim konkretna militarna siła. Co więcej, to monarchia habsburska była prawdziwym suwerenem – całość stała w ramach jej konstrukcji ponad częściami. W przypadku Unii Europejskiej jest tymczasem dokładnie odwrotnie: suwerenne są poszczególne państwa członkowskie. To dopiero za ich pośrednictwem do UE „przypływa” przynależny jej zakres władzy. „W ciągu pięciu stuleci swego istnienia monarchia habsburska była w stanie zapewnić ład polityczny przede wszystkim poprzez odpieranie zagrożeń zewnętrznych. (…) Tymczasem, najbardziej widoczne korzyści płynące z istnienia Unii Europejskiej to dobrobyt, jaki była zdolna wytworzyć na nowym, bo pozbawionym granic kontynencie, a także (…) bezpieczeństwo we wzajemnych relacjach politycznych państw członkowskich” [1] – zauważa Cooper. Poprzez tworzenie wspólnych regulacji prawnych oraz rynku, połączyła ona państwa europejskie ze sobą w tak ścisły sposób, że pomimo licznych różnic politycznych interesów, konflikt zbrojny na terenie samej Europy jest czymś absolutnie nie do pomyślenia.

Innymi słowy, siła Unii leży w jej zdolności budowania i rozszerzania stabilizacji wewnętrznej, poprzez użycie ekonomicznego oprzyrządowania. Nie jest natomiast instytucją, która potrafiłaby szybko i skutecznie uzgodnić interesy swoich państw członkowskich w zakresie polityki zewnętrznej, w szczególności zaś – szerszej, ogólnoświatowej power politics. Tam bowiem, gdzie w grę wchodzi użycie siły, kompetencje Unii się wyczerpują. Więcej: nie jest ona całością (jaką była np. monarchia habsburska), ale – przede wszystkim – zbiorem części. Rolę gwaranta bezpieczeństwa mógłby prędzej odgrywać Sojusz Północnoatlantycki. NATO, przynajmniej od początku wieku, wydaje się jednak ciałem pozbawionym wyraźnego celu własnego istnienia. Tam zaś gdzie nie ma jasnego poczucia celu, klarownie zdefiniowanego interesu, którego trzeba byłoby bronić – trudno mówić o możliwości skutecznego politycznego działania.

Istota problemu nie polega więc na tym, że Unia Europejska „robi za mało”, że nie jest dość aktywna czy asertywna na arenie międzynarodowej. Chodzi raczej o to, że nie jest instytucją, która byłaby zdolna odpowiedzieć na stricte polityczne wyzwanie – takie choćby, jakie stanowi dzisiejsza, imperialna, Putinowska Rosja. Unia bardziej przypomina elitarny klub golfowy niż ochotniczy oddział policji. Jest przede wszystkim bytem o ekonomicznej i społecznej, a nie politycznej naturze – jeżeli ów ostatni termin zawęzimy do problematyki siły i porządku międzynarodowego. Ład polityczny Unia potrafi wzmacniać poprzez budowanie prosperity i zacieśnianie więzi między państwami. Nie jest jednak w stanie zbudować go od podstaw jako korzystający czasem z posiadanej siły militarnej hegemon stosunków międzynarodowych. Prościej: rzecz nie w tym, że istniejące w Europie instytucje nas zawodzą, ale w tym, że nie mamy politycznych instytucji, które byłyby w stanie skutecznie odpowiadać na polityczne wyzwania naszych czasów – takie, jakie stanowi choćby imperialna Rosja Putina. Nie zawiodła nas więc opieszałość czy brak dobrej woli europejskich urzędników; raczej nasza własna zdolność przemyślenia otaczającego świata.

Przypis:

[1] R. Cooper, „The European Union and the Habsburg Monarchy”, [email protected] online, 2012 [link].

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 278

(18/2014)
9 maja 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj