Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Orlando chybiony, czyli...

Orlando chybiony, czyli inauguracja festiwalu „Dramma per musica”

Szymon Żuchowski

Warszawa doczekała się drugiego wrześniowego wydarzenia, które stanowi alternatywę dla „Warszawskiej Jesieni” o diametralnie odmiennym charakterze. W tym roku w Łazienkach Królewskich po raz pierwszy odbył się Festiwal Oper Barokowych „Dramma per musica”.

Podczas festiwalu można było usłyszeć dwie opery Händla, jedną Sarriego oraz operę-balet Rameau, którym towarzyszyło kilka koncertów recitalowych i jeden oratoryjny [1]. Całość imprezy była ponadto integralnie związana z warsztatami mistrzowskimi dla śpiewaków i instrumentalistów.

Gwoździem festiwalowego programu miał być z pewnością „Orlando” Georga Friedricha Händla w Teatrze Stanisławowskim pod dyrekcją Lilianny Stawarz, a w reżyserii Natalii Kozłowskiej. To pierwsza polska inscenizacja tego utworu prawykonanego w Londynie w 1733 r. Zeszłoroczna polska prapremiera „Agrippiny” [2] w Teatrze Stanisławowskim ustawiła poprzeczkę całkiem wysoko. Był to spektakl udany koncepcyjnie, do tego zadowalający wykonawczo zarówno ze strony wokalnej, jak i instrumentalnej. Natalia Kozłowska pokazała klasę, dała Händlowskiemu dziełu przejrzystą i dość dyskretną oprawę, reżyserując ku muzyce, a nie mimo lub przeciw niej, dzięki czemu wykonawcy, z Anną Radziejewską i Barbarą Zamek na czele, mieli szansę się wykazać. Reżyserka nie uległa pokusie, której nie może się oprzeć wielu inscenizatorów, i nie przesadziła z liczbą środków, skupiła się za to na ich jakości, z pożytkiem dla efektu końcowego. Spektakl został powtórzony na tegorocznym festiwalu.

Niestety w przypadku „Orlanda” nie można mówić o sukcesie. A chciałoby się, bo wystawienie tej opery to idea ze wszech miar słuszna. Trud zajęcia się utworem, który przez prawie trzysta lat nie mógł zagościć na polskiej scenie, i wysiłek szkolenia młodych artystów w niedocenianym wciąż w Polsce wykonawstwie muzyki dawnej są godne aprobaty, wręcz podziwu. Niestety, ta partytura reprezentuje olimpijski poziom trudności, zwłaszcza pod względem wokalnym, a siły, którymi dysponowały realizatorki, były raczej na miarę Płaskowyżu Nałęczowskiego.

„Orlando” to opera tyleż specyficzna, co w jakiejś mierze typowa dla londyńskiej twórczości Händla: ni to seria, ni to buffa, bardziej stawiająca sobie za cel odmalowanie odcieni rozmaitych nastrojów niż zawartość i zwartość epicką. Wobec tego nie była złym pomysłem scenografia (Julia Skrzynecka): obsypane liśćmi rozłożyste drzewo na tle soczystej zieleni trawnika i krzewów, budzące oczywiste skojarzenia z Edenem, przy okazji niejako zapraszająca parkowe zewnętrze do wnętrza Starej Pomarańczarni. Drzewo obsypane jabłkami zdobią inicjały zaświadczające o miłości Angeliki i Medora, jak zresztą chce Ariosto w swoim „Orlandzie szalonym”; nasi bohaterowie nie zostają jednak wygnani z ogrodu, lecz przez bite trzy akty tkwią w nim bez przerwy, czy też raczej się po nim miotają.

Wizja Händla bowiem, niewątpliwie pomyślana jako oniryczna, jest również bardzo długa i oczekiwałoby się, że przez trzy godziny zobaczymy coś więcej niż mniej lub bardziej udane kaskaderskie popisy wokalne solistów zawieszone w inscenizacyjnej próżni na zielonej trawce. Zabrakło budowania napięcia w makroskali. Kulminacyjna scena szaleństwa Orlanda pojawia się w pewnym sensie znikąd, jej dramatyzm nie został „podprowadzony” tym, co działo się wcześniej, bo działo się za dużo, aby można było wskazać jakiś konkretny kierunek rozwoju akcji dramatycznej. W mikroskali też nie było za dobrze: reżyseria postaci kobiecych krążyła wokół huśtawki (ileż arii na huśtawce może być w jednej operze?). Oprócz tego panie solidarnie z panami gustowały w histerycznym padaniu na scenę i innych konwulsjach, niczym w kabaretowej parodii przedstawienia operowego na koturnie wysokości szczudeł, mimo kilku nieśmiałych prób uwspółcześnienia (robienie pompek pod okiem Zoroastra czy pomysłowy „kaftan bezpieczeństwa” Orlanda zrobiony z ubrania założonego tył na przód). Jeśli było to bicie piany, to nawet nie z jajek, tylko z wody, takie, po którym nie zostaje nic oprócz coraz bardziej widocznego zmęczenia wykonawców.

Wśród solistów dawała się zauważyć ta zadyszka, rujnująca im kantylenę, rzucająca się na dykcję i znacznie utrudniająca realizację popisowych przebiegów w ariach. Niestety, nie byli to też w większości śpiewacy o zaletach Zamek czy Radziejewskiej. Stosunkowo najlepiej wypadł Artur Janda (Zoroastro), któremu skupienie na roli i samoświadomość nie pozwoliły na to, czym usiłowali popisywać się jego koledzy w rolach kontratenorowych, Artur Monowid (Orlando) i Damian Ganclarski (Medoro). Pierwszy, całkiem skuteczny, o ile się ścierpi jego nosową barwę, śpiewał coraz bardziej neurotycznie aż do granic czkawki (w „Cielo, se tu ilconsenti”), a drugi przez cały czas starał się pokrywać brawurą niepewność intonacyjną i nierówność barwową. Aleksandra Zamojska (Angelica) łączyła nieadekwatne do tak małej sali i orkiestry fortissimo w długich nutach w górnym rejestrze z wydyszanymi, ledwo zrozumiałymi środkiem i dołem. Robiąca lepsze wrażenie Dagmara Barna (Dorinda) za bardzo wzięła sobie do serca recytatywność recytatywów i miejscami nieomal je mówiła zamiast śpiewać.

Ostatecznie mimo niewielkich rozmiarów sceny i widowni oraz niewielkiego zespołu instrumentalistów przez dużą część czasu śpiewaków było słychać zaskakująco słabo i nieselektywnie. Jak na nieszczęście w tercecie „Consolati, o bella” słyszalność była aż za dobra i nie pozostawiała wątpliwości co do nieczystego brzmienia. Ładniej, równo i dość przekonująco wypadł za to przejmujący duet „Finchèprendi ancora ilsangue” Angeliki i Orlanda, to jednak za mało, żeby uratować stronę wokalną przedsięwzięcia.

Równie dużym, co przykrym zaskoczeniem była również orkiestra. Oczywiście, instrumenty typu barokowego brzmią inaczej niż konstrukcji współczesnej, ale da się odróżnić brzmienie specyficzne i czyste od specyficznego i nieczystego. I o ile w „Agrippinie” z akompaniamentem nie było problemów, to w „Orlandzie” z nieznanych względów orkiestra miała spore kłopoty ze złapaniem i utrzymaniem stroju. Działo się niedobrze zwłaszcza w głównym basso continuo, podczas gdy pomocniczy zespół b.c. (klawesyn, teorba i wiolonczela) ustawiony na proscenium dawał sobie świetnie radę. Szczególnie bolesne były też ustępy solowe fletów prostych, a stanowiący smaczek finału duet wiol obbligato też nie przyczynił się do wykreowania funeralnego, podniosłego nastroju.

Wygląda na to, że realizatorki, które nie raz udowodniły już, co potrafią, tym razem przeceniły nieco swoje możliwości. „Orlando” to utwór na tyle monotonny fabularnie, że aby osiągnąć efekt, potrzeba z jednej strony bardzo sprawnego wykonania, a z drugiej reżyserii niepozwalającej widzowi zagubić się w meandrach nastrojów. Bo ów widz może odpłynąć, i to bynajmniej nie w rajską dziedzinę ułudy, tylko tam, gdzie „Morfeusz swoimi mackami gładzi me skronie” (jak można było przeczytać w tłumaczeniu libretta wyświetlanym nad sceną).

Przypisy:
[1] Pełny program festiwalu można znaleźć tutaj.
[2] O inscenizacji „Agrippiny” pisaliśmy szerzej z Gniewomirem Zajączkowskim w „Zeszytach Literackich” 2014, nr 128, s. 194–197.

Opera:

„Orlando”, polska premiera 4 września 2015.

Muzyka: Georg Friedrich Händel, dyrygent: Lilianna Stawarz, reżyseria: Natalia Kozłowska.

Teatr Stanisławowski, Łazienki Królewskie w Warszawie.
Wydarzenie w ramach I Festiwalu Oper Barokowych „Dramma per musica”, 4–20 września 2015.

SKOMENTUJ

Nr 351

(39/2015)
29 września 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj