Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Kto zabił „Króla”?...

Kto zabił „Króla”? 50. rocznica zamachu na Martina Luthera Kinga

Łukasz Pawłowski

4 kwietnia 2018 roku minie dokładnie pół wieku od zabójstwa Martina Luthera Kinga. Zginął w Memphis na balkonie słynnego w okolicy motelu Lorraine. Hampton Sides w pasjonujący sposób opisuje ostatnie miesiące życia ofiary i przygotowania zamachowca.

ogar_piekielny_okladka

To nie jest biografia Martina Luthera Kinga (MLK) – nie skupia się bowiem na kolejach losu swojego bohatera ani tym bardziej nie usiłuje przedstawić jego intelektualnego dorobku. Kto szuka w niej opisu dzieciństwa pastora, wpływów ideowych, ewolucji poglądów, rozwoju osobowości, bliższych i dalszych przyjaźni, które przez lata zawierał, opisów życia rodzinnego czy związków z licznymi kochankami – ten bez wątpienia będzie zawiedziony.

Ale Sides, pochodzący z Memphis biały (w kontekście tej sprawy to ważne) reporter, stawia sobie zupełnie inny cel: jak najdokładniej opisać miesiące, tygodnie, a wreszcie dni prowadzące najpierw do zabójstwa Kinga, a następnie ujęcia sprawcy. Pisze znakomicie, w oparciu o dziesiątki przeanalizowanych zeznań, wspomnień, książek, wreszcie podróży śladem swoich bohaterów.

Pokój 306 w motelu Lorraine, przed którym zastrzelono Martina Luthera Kinga. Dziś w budynku mieści się National Civil Rights Museum. Fot. Łukasz Pawłowski.

Pokój 306 w motelu Lorraine, przed którym zastrzelono Martina Luthera Kinga. Dziś w budynku mieści się National Civil Rights Museum. Fot. Łukasz Pawłowski

„Ogar piekielny ściga mnie” to reportaż, który czyta się jak dobrą powieść kryminalną. Sides naprzemiennie opisuje równoległe epizody życia Kinga i jego zabójcy – Jamesa Earla Raya – wówczas 40-letniego białego mężczyzny, który znaczną część swojego dorosłego życia spędził za kratkami, między innymi za napady i fałszerstwa. Rok przed zabójstwem Kinga Ray w tajemniczych okolicznościach uciekł z więzienia w Jefferson City w stanie Missouri, chowając się do ciężarówki wywożącej pieczywo do więziennego gospodarstwa rolnego. Jest to wydarzenie, stanowiące punkt wyjścia książki. I chociaż od początku wiemy, kto zabije i kto zginie, Sides potrafi do ostatnich stron utrzymać napięcie. Krótkie rozdziały krok po kroku przybliżają czytelnika do dwóch punktów kulminacyjnych – zabójstwa Kinga w Memphis oraz ujęcia sprawcy, poprzedzonego dziesięciotygodniowym pościgiem, którego trasa wiedzie przez Stany Zjednoczone, Kanadę, Portugalię i Wielką Brytanię.

„To brzmiało jak strzał”

Zabójstwo Kinga nigdy nie budziło takich kontrowersji jak wcześniejszy o niespełna pięć lat zamach na prezydenta Johna Kennedy’ego. Nic dziwnego – związanych z nim niewiadomych było o wiele mniej. Ray strzelał do Kinga z odległości nie większej niż 100 metrów, a pastor stał nieruchomo, zupełnie nieosłonięty, na galerii pobliskiego motelu. Rozmawiał ze współpracownikami. Za chwilę z całą grupą miał ruszyć na proszoną kolację. Inaczej niż w przypadku słynnego zamachu w Dallas na głowę państwa, po wydarzeniach w Memphis nikt nie kwestionował, że strzał z takiej odległości mógł, a nawet musiał być celny, tym bardziej że Ray używał kupionego kilka dni wcześniej celownika optycznego. Nikt też nie twierdził, że w kierunku ofiary padło więcej strzałów z różnych kierunków. Na jednym ze zdjęć zrobionych tuż po zamachu, kiedy ciało Kinga leży jeszcze na balkonie motelu, jego współpracownicy – w odpowiedzi na pytanie policjanta o to, skąd nadleciała kula – zgodnie wskazują zapuszczoną, czynszową kamienicę po drugiej stronie ulicy.

James Ray – w tym czasie przedstawiający się między innymi jako Eric S. Galt i John Willard – wynajął pokój w budynku kilka godzin wcześniej, a tuż przed zamachem zabarykadował się w znajdującej się na korytarzu łazience, skąd miał najlepszy widok na pokój Kinga. Chwilę po tym, jak mieszkańcy kamienicy usłyszeli strzał, Ray wyszedł z łazienki, niosąc pod ręką długi tobołek. Kiedy jeden z lokatorów zagaił go w biegu, mówiąc: „To brzmiało jak strzał”, miał odpowiedzieć: „Bo to był strzał”.

Okno z widokiem na motel Lorraine w kamienicy czynszowej, z której strzelał Ray. Fot. Łukasz Pawłowski

Okno z widokiem na motel Lorraine w kamienicy czynszowej, z której strzelał Ray. Fot. Łukasz Pawłowski

Wspomniany tobołek policja znalazła kilkanaście metrów dalej. Znajdowała się w nim nie tylko broń z odciskami palców, ale także między innymi paczka z tym samym rodzajem nabojów, które utkwiły w ciele Kinga, i inne osobiste rzeczy Raya. Dlaczego zabójca wyrzucił tak cenny materiał dowodowy? Spanikowany miał go porzucić w drodze z kamienicy do samochodu, widząc kręcących się w pobliżu policjantów. Gdyby przed zamachem udało mu się zaparkować kilkadziesiąt metrów bliżej, a tobołek zamiast na poboczu znalazł się bagażniku jego jasnożółtego Forda Mustanga, być może nigdy nie poznalibyśmy tożsamości zabójcy.

Śledztwo natychmiast przejęło FBI na polecenie ówczesnego prokuratora generalnego Ramseya Clarka, progresywnego liberała i sympatyka Kinga. Po dwóch miesiącach, zaangażowaniu tysięcy agentów i wydaniu dwóch milionów ówczesnych dolarów, zamachowca aresztowano 8 czerwca w Londynie. Sides dokładnie opisuje trasę, jaką pokonał zbieg. Z Memphis najpierw udał się na południe do Birmingham w stanie Alabama i Georgii w Atlancie, a następnie do kanadyjskiego Toronto, skąd po kilku tygodniach pod fałszywym nazwiskiem udało mu się odlecieć do Wielkiej Brytanii.

Teoria wielkiego spisku

Wszystko wydaje się więc jasne. A jednak, po początkowym przyznaniu się do winy, Ray wycofał swoje zeznania, argumentując, że złożył je pod naciskiem prawników, w obawie przed karą śmierci, i zaczął utrzymywać, że został w zabójstwo wrobiony. Mało tego, w 1997 roku, na kilkanaście miesięcy przed śmiercią, poważnie już chory Ray spotkał się w więzieniu z najmłodszym synem MLK, Dexterem Scottem Kingiem. Pytany raz jeszcze, czy to on pociągnął za spust w Memphis, ponownie zaprzeczył, a syn pastora powiedział, że… rodzina Kingów mu wierzy i uznaje za niewinnego. Sides nie znajduje żadnych dowodów na niewinność Raya, choć jak sam przyznaje, z początku nie wykluczał, że niegrzeszący wybitną inteligencją rabuś – nawet jeśli dokonał zamachu – mógł być jedynie pionkiem w znacznie poważniejszej grze.

„Kiedy zaczynałem robić badania do tej książki, bardzo poważnie podchodziłem do hipotezy, że za zamachem może kryć się spisek”, pisze autor [s. 441], a następnie otwarcie wymienia cały szereg pytań, na które do tej pory nie udało się znaleźć odpowiedzi. Nie wiemy na przykład, kto pomógł Rayowi w ucieczce z więzienia w Jeff City? I co dokładnie, dzień po dniu, robił między ucieczką a zabójstwem Kinga? Czy utrzymywał się wyłącznie z przestępstw? Dlaczego po zamachu pojechał z Londynu do Lizbony, by wkrótce potem znów wrócić do Wielkiej Brytanii? To tylko niektóre z pytań, które sprawiają, że w 2008 roku w spisek stojący za śmiercią Kinga wierzyło 50 proc. białych Amerykanów i aż… 88 proc. czarnych [s. 439].

Książka Sidesa to jeden wielki dowód na to, że spisku nie było. A już z pewnością nie spisku, który obejmowałby najwyższe władze państwowe z ówczesnym dyrektorem FBI J. Edgarem Hooverem – który, nawiasem mówiąc, Kinga nie znosił – czy prezydentem Lyndonem Johnsonem, który krótko przed zamachem w Memphis ogłosił, że nie będzie się ubiegał o kolejną kadencję.

Społeczeństwo na beczce prochu

Argumenty przedstawione przez Sidesa – poparte skrupulatną pracą w archiwach i liczonymi w tysiącach kilometrów podróżami tropem bohaterów – są bardzo przekonujące. Ale to, co jest największą zaletą tej książki, a więc jej dokładność, by nie powiedzieć drobiazgowość, z pewnego punktu widzenia można również uznać za jej wadę.

Historia zabójstwa Kinga opowiedziana z perspektywy mikro wciąga niczym dobrze napisany kryminał. Jednak wydarzenie to nabiera wagi dopiero wówczas, gdy przedstawimy jego kontekst społeczny i reakcje, jakie towarzyszyły morderstwu: konflikt w łonie najbliższych współpracowników Kinga; postawę ówczesnych elit politycznych – od segregacjonistów z południa kraju po walczącego o prezydenturę Roberta Kennedy’ego; zamieszki, do jakich doszło w samym Memphis i innych amerykańskich miastach z Waszyngtonem na czele. Skala rozruchów była zatrważająca: „W prawie stu pięćdziesięciu miastach wybuchły pożary, czterdzieści osób poniosło śmierć, tysiące odniosły obrażenia, około dwudziestu jeden tysięcy aresztowano” [s. 311]. W Memphis – choć do miasta wkrótce sprowadzono Gwardię Narodową – mieszkańcy białych dzielnic zamykali się w domach w oczekiwaniu na atak.

Widok z motelowego balkonu na budynek, z którego padły strzały. Fot. Łukasz Pawłowski

Widok z motelowego balkonu na budynek, z którego padły strzały. Fot. Łukasz Pawłowski

Sides opowiada o tych wydarzeniach jedynie okazjonalnie, by zaraz wrócić do szczegółowych opisów kolejnych posunięć Raya i Kinga. Tymczasem amerykańskie społeczeństwo w roku ʼ68 – po latach wojny w Wietnamie, walki z segregacją rasową na Południu, żyjące w strachu przed wojną nuklearną, z pokoleniem powojennego wyżu demograficznego właśnie wchodzącym w dorosłość – było społeczeństwem siedzącym na beczce prochu, która w każdej chwili mogła eksplodować. Zabójstwo ikony ruchu na rzecz praw obywatelskich i dokonany ledwie dwa miesiące później zamach na Roberta Kennedy’ego doprowadziły je niemal do stanu wrzenia.

Równie ciekawym wątkiem – w książce także potraktowanym pobocznie – jest ewolucja poglądów i sposobów działania samego Kinga: od marszy w obronie praw czarnoskórych Amerykanów do protestów przeciwko wojnie w Wietnamie i walki o prawa najuboższych, niezależnie od rasy. King znalazł się w Memphis nieprzypadkowo, miał wesprzeć trwający od miesięcy protest śmieciarzy domagających się wyższych pensji, lepszego sprzętu i lepszych warunków pracy. Kilka miesięcy później planował z kolei drugi już w swoim życiu „marsz na Waszyngton”. Z tysiącami ubogich Amerykanów chciał okupować centrum stolicy do czasu… No właśnie, nie do końca wiadomo, co konkretnie chciał uzyskać od władz. Po śmierci Kinga do okupacji Waszyngtonu faktycznie doszło, ale akcja zakończyła się spektakularna klapą.

Czy gdyby przeżył, byłoby inaczej? Czy utrzymałby swoją pozycję wśród czarnoskórych Amerykanów – od lat coraz mocniej kontestowaną przez młodsze i zwykle bardziej radykalne organizacje? Jak dziś ocenia się postać Kinga? I czy współczesne Stany Zjednoczone byłyby inne, gdyby 4 kwietnia 1968 roku tuż przed godziną 18.00 James Earl Ray popełnił jakiś błąd?

Książka Sidesa siłą rzeczy nie udziela odpowiedzi na te pytania. Sprawia jednak, że czytelnik ma ochotę ich poszukać.

 

Książka:

Hampton Sides, „Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę”, przeł. Tomasz Bieroń, wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 482

(14/2018)
3 kwietnia 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj