Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > Smoleńsk. Postprawda w...

Smoleńsk. Postprawda w wersji polskiej

Łukasz Pawłowski

To, co kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości i część zwolenników tej partii zrobili z wypadkiem pod Smoleńskiem, to jedna z największych – o ile nie największa – nieprzyzwoitość polskiej polityki w historii III RP. Tragiczną śmierć 96 ludzi wykorzystano w dużej mierze do cementowania własnego obozu politycznego. I to w tak kuriozalny sposób, że – jeśli przypomnimy fakty – tragedia jawi się jako ponura farsa.

Ośmieszanie śmierci

W ośmieszaniu pamięci ofiar katastrofy, chcąc nie chcąc, największe zasługi ma oczywiście tzw. „komisja smoleńska” Antoniego Macierewicza. Rozerwana puszka po piwie i zgnieciona puszka po napoju energetycznym jako argumenty na to, że zniszczenia samolotu powstały w wyniku wybuchu, a nie uderzenia o ziemię; rozgotowane i popękane parówki mające dowodzić tego samego; analizy zdjęć satelitarnych z różnych lat po to, by dowieść, że na feralnym lotnisku śnieg zwykle układa się inaczej, a w związku z tym białe plamy widoczne na zdjęciach po katastrofie to nie śnieg, a białe płachty skrywające jakieś tajemnice; wreszcie słynna szarża ówczesnego szefa, prof. Jacka Rońdy, który publicznie twierdził, że ma dokumenty dowodzące, iż samolot nigdy nie zszedł poniżej 100 metrów (a zatem rozpadł się w powietrzu), a potem na antenie TV Trwam z uśmiechem przyznawał, że był to „blef”.

To wszystko nie makabryczne żarty z pamięci ofiar wypadku, ale rzekomo poważne analizy mające „przybliżać do prawdy” o katastrofie. Analizy przechwytywane następnie i popularyzowane przez prawicowe media. „Krew mówi. Analizy wskazują na wybuch”, „Ukryty dowód na wybuch”, „Na tropie trotylu”, „Tak zabija Putin” – to tylko kilka okładkowych tytułów jednego tylko prawicowego tygodnika, „wSieci” (obecnie „Sieci”). Obok słów – fotomontaże eksplozji prezydenckiego samolotu ilustrującego dziennikarskie „śledztwa”. A zamiast dowodów – nieustannie zmieniające się teorie: od sztucznej mgły, przez eksplozje na przestrzeni lat lokowane w rozmaitych miejscach samolotu, po fałszywe informacje podawane celowo przez kontrolerów lotu.

Wszystko to podlane opowieściami o szykanach, które rzekomo spotykały walczących o prawdę i „godne upamiętnienie ofiar” dziennikarzy. Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, w najnowszym numerze swojego tygodnika pisze, że za Smoleńsk cierpiał… jeszcze przed katastrofą, ponieważ z TVP „usunięto” go nagle 9 kwietnia. Jak zaznacza autor, mógł to być przypadek, ale byłby to przypadek „niesłychany”. Trudno takie słowa określić inaczej niż jako „nieprzyzwoite” właśnie.

Droga do władzy

Przez ponad pięć lat – od tragedii do wyborów prezydenckich i parlamentarnych – konieczność „wyjaśnienia” i „godnego upamiętnienia” katastrofy pod Smoleńskiem, była dla wielu prawicowych polityków i dziennikarzy argumentem na rzecz powrotu Prawa i Sprawiedliwości do władzy. Dziś, przedłużane w nieokreśloną przyszłość śledztwo, jest argumentem, by przy władzy pozostać. I to mimo że nawet kierownictwo PiS-u zaczyna wyczuwać, że dotychczasowe metody działania wyczerpują się i po 96. miesięcznicy zamierza wycofać się z obecnych form upamiętniania wypadku. Nie oznacza to jednak porzucenia spekulacji o możliwym zamachu.

Marta Kaczyńska w najnowszym wydaniu „Sieci” wciąż – jak zwykle bez żadnych dowodów – podsyca poczucie niepewności, kiedy oświadcza, iż „wciąż wierzy, że kiedyś się dowie”, co doprowadziło do katastrofy. „Dziś wszyscy jeszcze lepiej wiemy, jak bardzo skomplikowane jest wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej. Przesuwamy się do przodu, ale do poznania całej prawdy wciąż sporo brakuje. Pewnie i za kolejny rok jeszcze jej nie poznamy”. Wielkie nadzieje pokłada Kaczyńska w tym, że w badania „wreszcie” zaangażowano zagranicznych ekspertów. A przecież „eksperci” z zagranicznymi paszportami od lat pracowali dla komisji Antoniego Macierewicza! Skądinąd nie wiadomo, dlaczego akurat cudzoziemcy mieliby być lepszymi ekspertami.

Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, w najnowszym numerze swojego tygodnika pisze, że za Smoleńsk cierpiał… jeszcze przed katastrofą, ponieważ z TVP „usunięto” go nagle 9 kwietnia. Jak zaznacza autor, mógł to być przypadek, ale byłby to przypadek „niesłychany”.

Łukasz Pawłowski

Smoleńsk stał się dla części prawicowych polityków i mediów uniwersalnym narzędziem bezwzględnie wykorzystywanym na najrozmaitszych frontach bieżącej walki politycznej. Na kilka dni przed ósmą rocznicą katastrofy Michał Karnowski z „Sieci” przekonuje na przykład, że wszyscy oburzeni ogromnymi kosztami ochrony Jarosława Kaczyńskiego chcieliby „jakiegoś «dokończenia» Smoleńska,”, zaś sama katastrofa była przede wszystkim wynikiem „zaszczuwania prezydenta Lecha Kaczyńskiego” przez „ośrodki władzy i ówczesne media”.

Czy to znaczy, że gdyby w prasie ukazywało się mniej krytycznych artykułów na temat Lecha Kaczyńskiego, do wypadku by nie doszło? Jak pogodzić taką tezę z lansowaną przez „Sieci” tezą o zamachu?

Jak się wydaje, nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Przy takich interpretacjach katastrofa Smoleńska staje się bowiem narzędziem do prowadzenia aktualnej polityki, którego redaktorzy prawicowych czasopism, w tym wypadku Karnowski, używają w doraźnym celu – i stosownie do tego celu dopasowują.

Smoleńska postprawda

W tym sensie działania PiS-u i jego zaplecza – których symbolem stała się komisja Macierewicza – pokazały na długo przed Brexitem i wyborem Donalda Trumpa, że również Polska wkroczyła w epokę postprawdy.

Zasadniczym problemem nie jest bowiem to, że po latach Macierewicz ze swoimi ekspertami nie znalazł „prawdziwego” wyjaśnienia tego, co się stało. Ale to, że z poważną miną, regularnie serwuje się nam rozmaite lub nawet wzajemnie wykluczające się hipotezy. Na żadnym etapie działań komisji czy licznych „śledztw” prawicowych dziennikarzy nie zaprzeczono żadnej z formułowanych wcześniej hipotez. Nikt nigdy otwarcie nie przyznał się do pomyłki, nie powiedział, że w świetle „najnowszych danych” dziś opowiada się za takim a takim wyjaśnieniem katastrofy. Zamiast tego, kolejne „wyjaśnienia” po prostu dokładano do siebie, a w przestrzeni publicznej funkcjonują one równolegle, na równych prawach. Mgła, zablokowane drążki sterujące, wybuchy, medialna nagonka na prezydenta, błędne dane podawane z wieży kontrolnej – wszystkie te opowieści są magazynowane jak dane „w chmurze” i wykorzystywane w zależności od bieżących potrzeb.

Taki stan rzeczy nie tylko podważa zaufanie obywateli do państwa, polityków i mediów, ale pokazuje, że w sferze publicznej można powiedzieć absolutnie wszystko, bo… nic nie ma znaczenia. W słynnej książce „Jądro dziwności” Peter Pomerancew opisuje współczesną Rosję jako kraj, w którym „nic nie jest realne, a wszystko jest możliwe”. Kraj, w którym kontrolowane przez władze media mogą sprzedać odbiorcom dowolną opowieść o świecie, o polityce, wreszcie o nich samych, nie bacząc na spójność z innymi opowieściami. Rosja może być jednocześnie potężna jak nigdy i jak nigdy marginalizowana. Jednocześnie zamożna, dzięki polityce władz, i biedna – na skutek działań innych państw. Jednocześnie podziwiana przez Zachód i jednocześnie przez Zachód ignorowana. Narracje krążące wokół katastrofy smoleńskiej pokazują, że – przynajmniej pod tym względem – niespecjalnie się od Rosji różnimy. I nie ma znaczenia, czy Jarosław Kaczyński naprawdę wierzy w to, co przez lata opowiadał Antoni Macierewicz i co publikowała część prawicowych dziennikarzy. Ważne, że korzystał z tych opowieści, bo były politycznie użyteczne.

Co ciekawe do stworzenia świata smoleńskiej postprawdy niepotrzebne okazały się żadne nowoczesne technologie, o których tak wiele się dziś dyskutuje – fabryki trolli, boty, media społecznościowe, wykradanie danych. Wystarczyła niewielka grupa ludzi dość zuchwałych, by publicznie, z poważną miną raz po raz przedstawiać – sprzeczne ze sobą – „teorie” i dość charyzmatycznych, by część odbiorców zechciała w te teorie uwierzyć.

Przez ponad pięć lat – od tragedii do wyborów prezydenckich i parlamentarnych – konieczność „wyjaśnienia” i „godnego upamiętnienia” katastrofy pod Smoleńskiem była dla wielu prawicowych polityków i dziennikarzy argumentem na rzecz powrotu Prawa i Sprawiedliwości do władzy. Dziś przedłużane w nieokreśloną przyszłość śledztwo jest argumentem, by przy władzy pozostać.

Łukasz Pawłowski

Czy mogło być inaczej? Czy katastrofa prezydenckiego samolotu mogła być przyczynkiem do dyskusji o stanie polskiego państwa, jakości stosowanych procedur, błędów zarządzania na najwyższych szczeblach, rozdziału kompetencji itd.?

Nawet jeśli tak było, to obecne władze nie były zainteresowane wyeksponowaniem tego wątku. Ważniejsze okazywało się wprowadzanie w obieg kolejnych spekulacji, dawanie upustu własnym emocjom, nierzadko wulgarne inwektywy. Smoleńsk stał się przy tym sporem środowiskowym, coraz mocniej angażującym część dziennikarzy i polityków, a z coraz większym znużeniem oglądanym przez resztę społeczeństwa.

***

O tym, jak Smoleńsk wykorzystywano w polskiej polityce porozmawiamy też podczas debaty:

Smoleńsk – lekcja, tragedia czy pierwszy polski fake news?

Goście:

– Rafał Matyja [politolog, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie]
– Dominika Wielowieyska [dziennikarka, „Gazeta Wyborcza”]
– Piotr Skwieciński [dziennikarz, „Sieci”]
– Paweł Rabiej [polityk, Nowoczesna]

Prowadzenie: Łukasz Pawłowski [„Kultura Liberalna”]

Kiedy? Środa, 11 kwietnia, godz. 16.00

Gdzie? Poddasze Kultury, ul. Chmielna 15/9, Warszawa

Więcej szczegółów oraz sylwetki uczestników TUTAJ

* Debata organizowana przy wsparciu Fundacji Open Society Institute we współpracy z OSIFE [Open Society Initiative for Europe] będącą częścią Open Society Foundations.

SKOMENTUJ

Nr 482

(14/2018)
9 kwietnia 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj