Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Cholernie męska powieść....

Cholernie męska powieść. Recenzja „Innych historii miłosnych” Luciana Dana Teodoroviciego

Piotr Kieżun

Powieść Luciana Dana Teodoroviciego to anatomia wchodzących w wiek średni ojców, mężów, kochanków i narzeczonych, którzy nie do końca radzą sobie ze wszystkimi rolami, które przyniosło im życie. Na tych podstarzałych chłopców, słuchających Cohena i Boba Dylana, trudno się jednak gniewać. To marzyciele, wiecznie goniący za autentycznym uczuciem.

„Where are you from?” – pyta bohaterkę „Innych historii miłosnych” Luciana Dana Teodoroviciego turecki instruktor nurkowania. A gdy ta odpowiada, że z Rumunii, wysportowany młodzian puszcza do niej oko i napomyka o piłkarzu Hagim.

Co jeszcze powszechnie kojarzy się z Rumunią? W Polsce Romowie (pomimo tego, że stanowią zaledwie 2,5 proc. rumuńskiej populacji), Karpaty, rzecz jasna, i Siedmiogród z Drakulą. A także Ceaușescu. Koniecznie Ceaușescu z gigantycznym Pałacem Parlamentu oraz krwawą egzekucją w 1989 roku. Jeśli coś z literatury, to raczej luminarze rumuńskiego pióra, którzy zrobili karierę poza granicami swojego kraju: Ionesco, Eliade, Cioran. Dalej długo, długo nic, a potem znowu nic. Współczesna literatura rumuńska to dla przeciętnie, ba, nawet więcej niż przeciętnie wykształconego Polaka biała plama. Więcej sobie o niej wyobrażamy, niż o niej wiemy. A wyobraźnia w tym punkcie zazwyczaj zawodzi.

Czegóż bowiem można oczekiwać po rumuńskiej literaturze? Wszystko, co nieznane, podnieca egzotyzmem, a więc, jeśli wpadnie ona w nasze ręce, instynktownie szukamy w niej egzotyzmu. Jakichś karpackich, dzikich historii, opisu miniświatów z pogranicza kultur, zapomnianych peryferii Europy jak w podróżnych esejach Stasiuka. Uwielbiamy się też porównywać, więc jeśli Rumunia miała swój totalitaryzm, to chętnie poczytamy o totalitaryzmie – tym gorszym, biedniejszym, bardziej siermiężnym i bardziej tłamszącym jednostkę. A jednocześnie bardziej posępnym – z wszechwładną tajną policją Securitate, aborcyjnym podziemiem oraz wybuchowym koktajlem komunizmu i nacjonalizmu.

Rozprawa z komunizmem

Pierwsza wydana w języku polskim powieść Luciana Dana Teodoroviciego „Matei Brunul” w pewnym stopniu spełniła oba te oczekiwania. Jej bohaterem jest pochodzący z włosko-rumuńskiej rodziny marionetkarz, który po wojnie, chcąc nie chcąc, wpada między bezlitosne tryby historii. Oskarżony o zdradę trafia do więzienia, a następnie do opromienionych złą sławą obozów pracy. Jego historia przypomina historię tysięcy innych rumuńskich więźniów, których staliniści postanowili złamać na dobre, stosując reedukację poprzez tortury. Tak jak działo się to w wołoskim mieście Pitești, w którym – jak pisał Tomasz Ogiński w recenzji książki – oprócz fizycznego katowania ofiar, stosowano wobec nich „najbardziej sadystyczne z możliwych tortur, psychodramę i inscenizacje, wprowadzano więźniów w stan obłąkania. Temu miała służyć rotacja ról: więźniowie wchodzili w role oprawców, po czym wracali do położenia ofiar. I tak w koło Macieju” [por. „Kultura Liberalna”, nr 321 (9/2015)].

„Matei Brunul” rzeczywiście został zauważony przez polskich czytelników, dzięki którym powieść otrzymała Nagrodę im. Natalii Gorbaniewskiej, przyznawaną autorowi jednej z książek nominowanych do wrocławskiego Angelusa. „Matei Brunul” doczekał się też dobrych recenzji na Zachodzie, między innymi we Francji, gdzie o powieści pochlebnie pisał tygodnik „Le Point”. Sukces tej prozy ma jednak swoje dobre i złe strony. Jak każdy stereotyp, łatka pisarza z Europy Wschodniej rozpamiętującego w nieskończoność przeszłość swojego regionu, może być dużym obciążeniem.

Zakochać się jeszcze raz

Twórczość Luciana Dana Teodoroviciego to jednak nie tylko – skądinąd bardzo dobrze skonstruowane – wyprawy w komunistyczną przeszłość. „Inne historie miłosne”, które właśnie trafiają do naszych rąk w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar, są literaturą karmiącą się zupełnie inną tematyką. Znajomą i bardzo nam bliską. Zresztą nie tylko nam. Trudno bowiem znacjonalizować miłość. I trudno również, jak się okazuje, odróżnić Rumuna wchodzącego w dorosłość w latach 90. od jego polskiego rówieśnika.

Główny bohater i jednocześnie narrator powieści Teodoroviciego jest dziennikarzem. Jego podzielona na jedenaście rozdziałów opowieść o różnych miłosnych historiach z własnego i cudzego życia to ilustracja jednej prostej tezy – że miłość rzadko kiedy bywa spełniona, a jeśli nawet to się zdarza, ów stan nigdy nie jest trwały. Zawsze albo za nią gonimy, albo właśnie nam się ona wymyka. Chcemy, by zawsze przypominała zakochanie, tymczasem to ostatnie uczucie jest jeszcze bardziej efemeryczne niż sama miłość. Koniec końców z wiekiem godzimy się na samotność lub szarą małżeńską rutynę, lecz nigdy nie przestajemy czekać na nagły przypływ namiętności. Zakochać się jeszcze raz – po szczeniacku, bezkompromisowo – na śmierć i życie. Zresztą czasami spotykamy osobiście takich, którzy tak potrafią.

Teodorovici w kolejnych częściach, które swobodnie mogłyby być oddzielnymi opowiadaniami, pokazuje nam owe marzenia i niespełnienia we wszelkich możliwych miłosnych konstelacjach. W „Nurkowaniu” główny bohater próbuje pogodzić się z żoną na wakacyjnym wyjeździe po tym, jak ta odkryła jego zdradę. W „Wilczku” jesteśmy światkami podróży poślubnej bohatera i jego młodej małżonki, z którą wziął ślub, gdy była w piątym miesiącu ciąży i świeżo po zerwaniu z innym mężczyzną. W „Nocy w hotelu” narrator rozstaje się z kochanką. W „Śpiewającym tramwaju” poznajemy jego dziewczynę z lat młodości, a w rozdziale „Wiele kilometrów stąd” – narzeczoną, a raczej doświadczamy wraz z nim pustki po jej śmierci w nieszczęśliwym wypadku. W opowiastce „Na szczudłach” wysłuchujemy wspomnienia z dzieciństwa, w którym narrator poznaje przyszłego samobójcę z miłości.

Podstarzali chłopcy

Proste? Proste. Czasami nawet banalne, co zarzucali autorowi niektórzy rumuńscy recenzenci. Jednak literacki kunszt tej niezwykle lekko napisanej książki leży nie w temacie, a w jej wyrafinowanej konstrukcji i niedopowiedzeniach.

Układ „Innych historii miłosnych” nie jest chronologiczny. Następujące po sobie epizody są związane z różnymi okresami życia narratora i nie od razu możemy się domyślić, że każdy z rozdziałów łączy postać tego samego bohatera. W kolejnych częściach poznajemy zresztą fragmenty rzeczywistości opisane dokładniej w innych partiach książki. Ta zmienność perspektyw sprawia, że obraz relacji, które łączą poszczególnych bohaterów, staje się mniej oczywisty, niżby się to początkowo wydawało. Każdy bohater „Innych historii miłosnych” ma swoje tajemnice i grzeszki, każdy na pewnym etapie czegoś zaniechał lub coś zaniedbał.

Wszystko to jest opisane z ciepłą ironią, bez sentymentalnego wzmożenia, z dystansem, ale także z odrobiną męskiej czułości. Bo trzeba uczciwie przyznać, że powieść Teodoroviciego jest cholernie męska. Nie dlatego, że jest pełna maczyzmu, lecz z uwagi na punkt widzenia, z którego oglądamy świat przedstawiony. A widzimy go przede wszystkim oczami głównego bohatera i jego kumpli – wchodzących w wiek średni ojców, mężów, kochanków i narzeczonych, którzy, jak się okazuje, nie do końca radzą sobie ze wszystkimi rolami, które przyniosło im życie. Na tych podstarzałych chłopców, słuchających Leonarda Cohena, Boba Dylana i Queen, trudno się przy tym gniewać. Są rozczulający i ostatecznie nie mają złych intencji. To marzyciele, wiecznie goniący za autentycznym uczuciem. Czy można im mieć to za złe?

Wspólny świat

Tym, co pozwala u Teodoroviciego wejść w ten męski, nieco obolały świat, są dialogi. Czy to z uwagi na wyczulone ucho, czy też na praktykę scenarzysty rumuński pisarz świetnie naśladuje różne rejestry mowy. Chyba najlepiej widać to w rozdziale „Śpiący tramwaj”, w którym rozmowa głównego bohatera – tym razem jako nastolatka – z miejscowym dresem o ksywie „Szklany” nie trąci żadnym fałszem.

No i poza tym wszystkim to w zasadzie mógłby być nasz polski, nadwiślański świat. Z dorastaniem na blokowiskach, poszukiwaniem wrażeń w Londynie, wakacjami w Turcji, zakrapianymi wypadami na ryby z kumplami z pracy, piosenkami Cohena, rozstaniami, powrotami, dylematami ojcostwa i idyllicznym wspominaniem dzieciństwa na wsi u dziadków.

„Inne historie miłosne” nie potrzebują więc żadnych podpórek w postaci egzotyzmu lub lokalnego sztafażu. Bronią się samym narracyjnym kunsztem. Czy w oczach każdego? W końcu do amerykańskiej antologii „Best European Fiction 2011” wybrano „Wyprawę po gęsi” – ten rozdział powieści Teodoroviciego, którego akcja rozgrywa się na prowincji, na wsi, w cygańskim obozie. Z opisem cygańskiej wendety i cygańskich obyczajów. Dla Amerykanina nie ma w tej książce bardziej egzotycznego fragmentu. Może to jednak nic takiego. W końcu „Wyprawa po gęsi” to też doskonale skrojona opowieść.

 

Książka:

Lucian Dan Teodorovici, „Inne historie miłosne”, przeł. Radosława Janowska-Lascar, wyd. Amaltea, Wrocław 2018.

SKOMENTUJ

Nr 487

(19/2018)
8 maja 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj