Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Niepodległość Polski musi...

Niepodległość Polski musi prowadzić do laicyzacji

Jarosław Kuisz

W historii naszego kraju im słabsze było państwo, tym silniejsza stawała się pozycja Kościoła katolickiego. Polska jest jednak suwerenna od 1989 roku. W kolejnych dekadach w sposób nieuchronny będzie to prowadzić do jej laicyzacji.

„Tu jest Polska, nie Watykan!” – krzyczały kobiety do księdza w Szczecinku podczas listopadowych protestów*. Fala protestów po orzeczeniu TK wydarzyła się w bezpośredniej reakcji na ograniczenie prawa do aborcji. Wpisywała się jednak także w inny, bardziej długotrwały proces: nieuchronną laicyzację Polski pod wpływem jej niepodległości, uzyskanej w 1989 roku.

Skandale seksualne duchownych ujawniane są dziś jeden po drugim. Poważanych do wczoraj hierarchów kościelnych nagle oglądamy w nowym świetle. Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, kardynał Henryk Gulbinowicz, kardynał Stanisław Dziwisz… W polskim Kościele skandal goni skandal. Kto dziś pamięta, że szokiem było obalenie pomnika „kapelana Solidarności”, księdza Henryka Jankowskiego w Gdańsku?

Wiele osób może odnieść wrażenie, że w Kościele katolickim wybuchł jakiś gigantyczny kryzys. Jawność życia publicznego w XXI wieku i globalny obieg informacji, sprawiły, że w kraju i za granicą światło ujrzały skandale obyczajowe, o których wcześniej nie wiedziano lub nie chciano wiedzieć. Nie bez znaczenia są tutaj społeczne przemiany intymności. Ludzie niemal powszechnie uczą się dziś opowiadać o swoich uczuciach oraz doświadczeniach seksualnych. Ofiary pedofilii nie chcą milczeć i jednocześnie coraz więcej wiernych jest gotowych ich wysłuchać.

To, co dzieje się w Polsce, jest zatem lokalnym odbiciem przemian globalnych. W naszym kraju ma dodatkowy koloryt, ze względu na naszą historię. Stopniowo, krok po kroku, zmniejsza się specjalny, postkomunistyczny status Kościoła katolickiego jako instytucji wyjątkowej. Nie tylko niosącej dominującą treść moralności zbiorowej, lecz także rozumianej jako swoiste „państwo zapasowe” na gorsze czasy.

Być może dopiero teraz dorosło pokolenie, którego przedstawiciele będą gotowi patrzeć na Kościół katolicki w odmienny sposób, bez owego postkomunistycznego obciążenia, bez historycznej taryfy ulgowej. To osoby, które urodziły się i wychowały we własnym suwerennym państwie. Spojrzenie „pokolenia niepodległości” na Kościół katolicki kształtują przecież radykalnie inne warunki niż na przykład spojrzenie Jarosława Kaczyńskiego, który świętował 40. urodziny, gdy upadała Polska Ludowa. Polityczny horyzont jego wyobrażeń uformował się w zniewolonym państwie. Jak zapewnia on sam, Kościół katolicki pełnił wtedy rolę zasadniczego depozytariusza polskości.

Młodzi Polacy mogą i pozwalają sobie na większy krytycyzm wobec Kościoła niż ich starsi koledzy. Nie zaskakują zatem badania opinii publicznej. Zgodnie z sondażem IBRIS dla „Rzeczpospolitej” (13–14 listopada 2020) aż 47 procent ludzi młodych (między 18. a 29. rokiem życia) swój stosunek do Kościoła katolickiego określa jako negatywny, 44 procent jako neutralny, tylko 9 procent jako pozytywny. Nie tylko te dane, lecz także pewna dynamika wydarzeń, którą znamy z przeszłości, może skłaniać nas zresztą do wniosku, że przedłużająca się niepodległość Polski prowadzi do stopniowej laicyzacji.

Kościół jako państwo zapasowe w I RP

W historii naszego kraju im słabsze było państwo, tym silniejsza stawała się pozycja Kościoła katolickiego.

W odniesieniu do I Rzeczypospolitej na tę dynamikę zwracał uwagę choćby profesor Janusz Tazbir. W XVI wieku najpotężniejsza Rzeczpospolita dwóch ostatnich Jagiellonów – Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta – to państwo względnie pokojowo przebiegającej reformacji i współistnienia wielu wyznań.

Później jednak przyszedł sukces kontrreformacji, wojny i kryzysy, powiązane ze zwijaniem się władzy centralnej. Niejako z automatu sprawiły one, że rosło znaczenie administracji kościelnej, w szczególności parafii. W okresach upadku instytucji państwowych administracja Kościoła katolickiego w wielu sprawach wręcz zastępowała państwo. Co było zresztą wątpliwym znakiem jakości.

W konsekwencji reformowanie państwa wymagało często odbierania kompetencji Kościołowi katolickiemu, czego oczywistym przykładem w XVIII wieku była Komisja Edukacji Narodowej, zbudowana na ruinach zakonu jezuitów.

Upadek I Rzeczypospolitej z czasem niesłychanie wzmocnił pozycję Kościoła katolickiego na ziemiach polskich. Nawet w szkołach Polski Ludowej uczono dzieci o odpieraniu zaborczego „żywiołu prawosławnego i protestanckiego” przez „żywioł katolicki”.

Nie jest to obraz bez uproszczeń. Jednak jakoś zawsze na marginesie znajdowały się uwagi o stosunku Kościoła katolickiego do polskich powstań narodowych. Trudno zapomnieć o tym, że papież Grzegorz XVI najpierw zabronił mieszać się duchownym do wydarzeń w Królestwie Polskim, następnie zaś powstanie listopadowe potępił. Interes narodowy i interes Kościoła katolickiego wcale nie szły w parze. Współcześnie zwykle traktuje się takie wydarzenia pobłażliwie jako „wypadek przy pracy”. Jednak w latach 30. XIX wieku nie było rodakom-katolikom do śmiechu, o czym zresztą zaświadcza twórczość naszych romantyków.

II RP: opowieść o trumnie Piłsudskiego

Do prawidła, że „im słabsze państwo polskie, tym silniejsza pozycja Kościoła katolickiego”, należy dodać kolejne zdanie. W II Rzeczypospolitej im dłużej trwało odrodzone państwo, tym mocniej widać było konflikty z Kościołem katolickim.

Teoretycznie po rozbiorach powinien panować sojusz tronu i ołtarza. I tak sobie zwykle dziś wielu rodaków rzecz wyobraża: pełna kordialność. To jednak znów raczej rzutowanie naszych postkomunistycznych wyobrażeń na przeszłość.

Jakkolwiek w demokratycznej konstytucji marcowej z 1921 roku wyznanie rzymsko-katolickie zajmowało „naczelne stanowisko wśród równouprawnionych wyznań”, mocnych napięć nie brakowało. Było tak, bo piłsudczykom, przynajmniej w teorii, szło o budowanie silnego państwa. Nie kto inny, a Józef Piłsudski, wypowiedział w 1934 roku słowa: „Stosunki z duchowieństwem polskim są bardzo ciężkie. […] Biskupi chcieliby zabrać wszystko – majątki, władzę, rząd, «całą Polskę». Niczym nie można ich zadowolić, nasycić”.

Słowa te zanotował zresztą pewien ksiądz, Broniław Żongołłowicz, który był posłem z list Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Józefa Piłsudskiego, a także przez kilka lat wiceministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego. W dziennikach Żongołłowicza co rusz powraca dylemat, jak zachować się z uwagi na interes państwa polskiego, a jak z uwagi na interes Kościoła katolickiego.

W konkretnych sprawach okazywało się, że interesy są rozbieżne. W 1932 roku Żongołłowicz miał powiedzieć w rozmowie z premierem Aleksandrem Prystorem, że: „pozycja Rządu idącego na ustępstwa klerowi nie przyczynia się do pokojowego współżycia Państwa i Kościoła i – wydaje się to paradoksem – w miarę ustępstw pogarsza się stosunek, przechodząc w czynną walkę kleru z Rządem, w ustawiczny wzmożony agresywny wysiłek kleru do zastąpienia Rządu w Państwie przez ujęcie w ręce władzy świeckiej. Normalny stosunek się układa, gdy z obu stron jest równa agresywność i równowaga sił”.

Podkreślmy – powyższe słowa pochodzą od katolickiego duchownego. Zaledwie Piłsudski zamknie oczy, wybucha skandalizujący spór o miejsce jego spoczynku. Pomijając detale tej zdumiewającej wprost awantury, warto pamiętać, że przepychanki pomiędzy ówczesnym prezydentem a arcybiskupem w istocie dotyczyły sprawy zasadniczej: próby odbudowy przed 1939 rokiem sacrum państwa.

Zdjęcie: Karolina Grabowska, źródło: Pexels

Przed i po 1989: Polska w Kościele

Słowa „Tu jest Polska, nie Watykan!” odsyłają nas zatem do spraw o zupełnie podstawowym dla nas znaczeniu. W sytuacji braku własnego państwa lub ułomnych form państwowości Kościół katolicki pełnił w Polsce rolę „państwa zastępczego”. W nim upatrywano wolności, tam widziano polskość.

To w Kościele katolickim poszukiwano mądrości na czas przetrwania narodu bez własnego państwa, szczególnie właśnie po 1981 roku. Czekano na następną dziejową okazję, kolejny „karnawał Solidarności”. Wówczas, w latach 80. XX wieku, nawet osoby innych wyznań, agnostycy i niewierzący udawali się do kościołów. Tam, jak uważano, można było odetchnąć wolnością, podyskutować, wziąć udział w wydarzeniach kulturalnych (często o zupełnie świeckim wymiarze). Dla rzesz Polaków to właśnie tam znajdowało się faktyczne państwo polskie. Dość przejrzeć dzienniki z tamtych lat, aby się o tym przekonać.

Po 1989 roku mało kto zastanawiał się nad konsekwencjami tego, że wraz z Polską Ludową znikała kolejna forma państwowości. Nawet jeśli statystyczna większość nie płakała po schyłkowym PRL-u, po raz kolejny zerwano ciągłość instytucjonalną na ziemiach polskich. Chcąc nie chcąc (bardziej jednak chcąc), po raz kolejny rozerwano ogniwo jakiegoś łańcucha. Polakom często towarzyszy przekonanie o nietrwałości, chronicznej słabości państwowości polskiej. Jego towarzyszem jest zawsze wyobrażenie o trwałości Kościoła katolickiego.

Każda zbiorowość szuka inkarnacji prawdziwej władzy. Dla wielu Polaków władze PRL-u nie były „prawdziwie polskie”. Nic więc dziwnego, że w ówczesnych warunkach kierowano się w stronę osób duchownych. Skoro nie ma normalnej władzy z demokratycznych wyborów, ucieleśnieniem polskości zaczęły być postacie takie jak Stefan Wyszyński czy Karol Wojtyła. Bohaterami zbiorowej wyobraźni pozostawali także inni hierarchowie. Dziś dla młodych może brzmieć to zupełnie absurdalnie, ale mowa tu o „kapelanie Solidarności” Henryku Jankowskim czy „obrońcy opozycji” z Wrocławia Henryku Gulbinowiczu. A także o wielu innych.

Dopiero na tym tle można zrozumieć szczególną pozycję Kościoła katolickiego w Polsce od lat 90. XX wieku. Wielu Polaków widziało w nim jedyną związaną z polskością instytucję, której ciągłość nie została zerwana i które ma szansę trwać dalej przez stulecia. Podkreślmy, że zdania, zgodnie z którymi Kościół jest w Polsce gwarantem moralności, były wyrażane bynajmniej nie tylko przez konserwatystów, ale również drugą stronę sporu – by przypomnieć tylko wypowiedź w tym duchu Adama Michnika [„Gdy wyobrażę sobie Polskę bez Kościoła, to mam czarny obraz”].

Za zwątpieniem we własne państwo idzie…

W publicystyce wszystkich opcji niezmiennie popularne są u nas hasła o „państwie z dykty”. Zwątpienie w państwo polskie przekazujemy następnym pokoleniom przez szkolną edukację. Proszę przejrzeć podręczniki do przedmiotów humanistycznych. Ostatecznie od 30 lat cisną się na usta te same smutne pytania.

Czy owo „państwo z dykty” ma być dodatkiem do Kościoła katolickiego? Z ledwo zipiącą ochroną zdrowia, rozkładaną cyklicznie edukacją publiczną, bez widoków na wysokie renty i emerytury, geopolitycznie wiszące na klamce ambasadorów amerykańskich – czy nigdy nie zabierzemy się naprawdę do odbudowy państwa, bo zawsze będzie można odwołać się do Kościoła? Kłopot w tym, że ta instytucja, choć niegdyś była rodzajem kul pomagających w chodzeniu, teraz coraz bardziej przypomina młodemu pokoleniu ciężką kulę u nogi.

I nie jest to nieuzasadnione.

Wielu Polaków zapytanych, czy uważa, że następne 200 lat przetrwa raczej państwo czy Kościół – bez wahania wskaże to ostatnie. Nie można tego lekceważyć. Warto więc pytać o pewną dyspozycję psychiczną naszych rodaków, którzy utożsamiają się raczej z Kościołem niż z państwem polskim. Gotowi są podporządkować mu państwo i prawo, oddać swoje usługi duszpasterzom, często nie bacząc na ich przewiny, bronić kościołów za wszelką cenę itd. Takie są fakty.

Jeśli jednak wierzymy, że marzenia naszych przodków z czasów niewoli się spełniły, że wreszcie jesteśmy w Polsce na swoim – i że to „na swoim” będzie trwać dłużej, to, siłą rzeczy, pozycja Kościoła katolickiego będzie ulegać zmianom.

Jeszcze długo będzie wywierać on istotny wpływ na życie wiernych. Jego dominująca pozycja w małych miasteczkach i na wsiach nie zniknie z dnia na dzień. Niemniej jednak już teraz Kościół katolicki – jako instytucja – podlega ocenom „z zewnątrz”. III RP skończyła 30 lat – i nawet pomimo turbulencji rządów PiS-u – przedłużająca się niepodległość Polski będzie prowadziła do jej głębokiej laicyzacji.

Doskonale widać to na przykładzie ostatnich wydarzeń. Przymykanie oczu na nadużycia obyczajowe czy finansowe będzie coraz trudniejsze. Jak się wydaje, to zjawisko już zachodzi. Przykładem choćby to, jak olbrzymią widownię zgromadziły filmy braci Sekielskich.

Najważniejsze jednak pytanie, wobec którego my, Polacy, stoimy, brzmi: czy wreszcie wierzymy, że własne państwo polskie będzie trwać, a zatem że jest sens w jego wzmacnianiu i mądrym reformowaniu. Gdy dziś słychać hasło „Tu jest Polska, nie Watykan!”, można mieć cichą nadzieję, że coś się powoli naprawdę zaczęło się zmieniać.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 619

(49/2020)
17 listopada 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj