Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > [Sorry, taki mamy...

[Sorry, taki mamy klimat!] Michał Kurtyka – pożegnanie ministra

Kacper Szulecki

Michał Kurtyka nie umiał walczyć z antyklimatyczną retoryką. Odchodzi, pozostawiając po sobie dużo niespełnionych nadziei i bardzo niepewną przyszłość polskiej energetyki i ochrony klimatu.

Człowiek łatwo przyzwyczaja się do dobrego. Kadencja Michała Kurtyki na czele resortu klimatu i środowiska była krótka (niecałe dwa lata), ale przypadła na czas szybkich zmian w nastawieniu społecznym.

To nie minister Kurtyka był motorem tych zmian, ale jako sekretarz stanu i przewodniczący katowickiego szczytu klimatycznego COP24 stał się bez wątpienia twarzą nowej polityki klimatycznej Polski. Nowej, bo dającej nadzieję i nieprzynoszącej ciągłego wstydu, do jakiego przyzwyczaili nas jego poprzednicy – minister środowiska Jan Szyszko, minister energii Krzysztof Tchórzewski oraz prowadzący własną, nieco kabaretową politykę prezydent Andrzej Duda.

„Jego największym osiągnięciem było to, że wprowadził do pisowskiej polityki klimatycznej nieoszołomskie podejście. Podstawowy kierunek odchodzenia od węgla przestał być przez rząd kwestionowany. To był pierwszy taki rząd w polskiej historii” – mówi długoletni działacz klimatyczny Piotr Trzaskowski.

Technokrata, demokrata, autokrata?

Kurtyka, wchodząc do administracji państwowej za czasów Beaty Szydło, miał opinię bezpartyjnego technokraty. Na tle nepotystycznych standardów rządu Zjednoczonej Prawicy (to czasy „córki leśniczego”), postać rzutkiego eksperta jawiła się jak zupełnie nie z tej bajki.

Absolwent prestiżowej francuskiej École polytechnique, doktor nauk ekonomicznych, w dodatku z wieloletnim doświadczeniem w sektorze energetycznym i z dobrym rozeznaniem instytucji unijnych – takiego pracownika służby cywilnej chciałoby każde państwo w Europie.

Stał się bardziej rozpoznawalny jako organizator katowickiego szczytu klimatycznego COP, a język, jakim mówił, był szokującą zmianą w stosunku do tego, do czego przyzwyczaił nas rząd. Zdjęcie jego radosnego skoku po uzgodnieniu Programu Roboczego Porozumienia Paryskiego było jakby ilustracją tego rodzaju motywacji i entuzjazmu, których brak zarzucają politykom Greta Thunberg i aktywiści klimatyczni. Utworzenie nowego resortu – Ministerstwa Klimatu – także wydawało się symbolem zmian.

Jeszcze przed objęciem ministerstwa klimatu Kurtyka „wprowadził nową jakość w relacjach administracji z otoczeniem” – mówi Antoni Bielewicz z European Climate Foundation. „Wyznaczył naprawdę wysoki standard konsultacji z interesariuszami, w tym z organizacjami pozarządowymi, ale i biznesem. Szkoda, że to wszystko teraz pewnie zniknie”. Właściwie znikało już od dłuższego czasu.

Z początku środowisko aktywistów i NGO-sów zdawało się zauroczone Kurtyką, podobnie jak nieco wcześniej ministrą rozwoju Jadwigą Emilewicz. Przyzwyczajeni do wrogiego nastawienia wszystkich członków rządu, pozarządowcy brali otwartość obojga ministrów-technokratów za dobrą monetę. Nie mogę odpędzić od siebie porównania z fascynacją Edwardem Gierkiem na początku lat siedemdziesiątych, kiedy jego gładka retoryka i nowoczesny, niby-zachodni sznyt wydawały się oznakami realnej zmiany.

Problem w tym, że w rządzie, który za nic ma merytokrację, minister-ekspert ma dwie możliwości. Albo stanie się politykiem i demagogiem, jak Mateusz Morawiecki, albo zostanie zmarginalizowany. Kurtyka chyba dość szybko zauważył, że bez politycznego kapitału niewiele może – zauważyło to też otoczenie. A początkowe oczarowanie szybko prysło, kiedy okazało się, że za gładką retoryką nie idą odpowiednie działania.

Romans ze społeczeństwem obywatelskim także się skończył. Minister ignorował głos ekologów w sporach wokół Puszczy Białowieskiej, Świętokrzyskiego Parku Narodowego i „Lex Izera”. Latem tego roku Ministerstwo Klimatu i Środowiska w swej łaskawości dało stronie społecznej 48 godzin na opinię na temat liczącego kilkaset stron pakietu „Fit for 55”.

Już wcześniej aura otwartego na głosy społeczne demokraty została przyćmiona dziwacznymi praktykami – jak na przykład „tajna narada” w ministerstwie na temat prawdopodobnych niedoborów mocy w polskim systemie po 2025 roku. Podobne przykłady można by mnożyć, dość powiedzieć, że po Kurtyce w sektorze pozarządowym niewielu zapłacze.

Świt i zmierzch fotowoltaiki

Podobnie jak w przypadku radykalnych zmian w podejściu części społeczeństwa do zmian klimatu, kadencja Kurtyki przypadła też na czas fotowoltaicznego szału. Znów – to nie minister go wywołał, ale na zawsze z niesamowitym przyrostem mocy energetyki słonecznej będzie się kojarzył. Po poprzednikach odziedziczył pogram „Mój Prąd” który, wprowadził fotowoltaikę pod (czy raczej na) strzechy.

Skokowy przyrost mocy fotowoltaicznych był jednak możliwy przede wszystkim dzięki postępowi technologicznemu i spadku cen instalacji, a opłacalność ogniw poprawiał stały wzrost cen energii. Szkoda, że rząd, zamiast obywatelski entuzjazm podsycać i skutecznie nim kierować, zaraz wziął się za jego wygaszanie.

Kolejne zmiany w regulacjach dotyczących fotowoltaiki są nastawione przede wszystkim na ograniczenie jej wzrostu. To wynik presji spółek sektora energetycznego – zarówno wielkiej czwórki producentów (które tracą przez prosumentów) jak i Polskich Sieci Elektroenergetycznych, operatora systemu, który od lat twierdził, że sieć nie może przyjąć więcej rozproszonych źródeł. Rzeczywiście nie może, bo przez lata była niedoinwestowana, a środki, które mogły być użytej na jej modernizację, przejedzono.

Kurtyka przejął kompetencje zlikwidowanego Ministerstwa Energii, a wraz z nim teoretycznie kontrolę nad polityką energetyczną państwa. Teoretycznie, bo w kraju, gdzie sektorem energetycznym rządzi tak naprawdę państwowy oligopol – tj. cztery spółki pod kontrolą skarbu państwa – to ogon częściej macha psem. A kompetencje Ministerstwa Klimatu kolidują dodatkowo z Ministerstwem Aktywów Państwowych, resortem wicepremiera Jacka Sasina.

Kurtyka nie był w stanie naprawić błędów poprzedników i wskrzesić zduszonego przez PiS sektora lądowych farm wiatrowych. Choć nie jest wrogiem OZE, a jego zastępca, Ireneusz Zyska, jeździł po kraju, promując dobrą ideę klastrów energetycznych, opartych na kombinacjach lokalnych źródeł odnawialnych (najchętniej w rękach regionalnych struktur PiS-u), Kurtyka pozostawi po sobie przede wszystkim odległe wizje farm wiatrowych na morzu.

Polityka Energetyczna Państwa – spóźniona i nieaktualna

To za kadencji Kurtyki rząd opublikował wreszcie strategię energetyczną państwa, na którą przyszło nam czekać niemal dwanaście lat. Niestety, już w momencie publikacji Polityka Energetyczna Polski do 2040 roku (PEP2040) była spóźniona i częściowo zdezaktualizowana, dając jedynie zarys wizji rozwoju energetyki w najbliższych dwudziestu latach.

PEP2040 niemal cały ciężar redukcji emisji opiera na źródłach wymagających długiego procesu licencji, planowania i budowy – energii jądrowej i wiatrowej energii na morzu – wspieranych blokami gazowymi. O ile pierwsze farmy wiatrowe offshore mają być ukończone już w 2024 roku, to ich pełen potencjał rozwinie się dopiero w latach trzydziestych, kiedy z kolei mamy szanse na oddanie pierwszych reaktorów.

Tym samym rządowa strategia przesuwa realną dekarbonizację na lata czterdzieste, a to oznacza gigantyczne skumulowane emisje, których można by uniknąć. Brak wizji i lobbing spółek energetycznych doprowadził do tego, że PEP2040 jest wyraźnie uprzedzona do najszybszych i najtańszych z punktu widzenia inwestycyjnego rozwiązań – fotowoltaiki i wiatru na lądzie. Także potencjał efektywności energetycznej, choć omawiany w rządowej strategii, bo tego wymagają unijne cele, nie jest ani ambitny, ani konkretny.

To oczywista porażka ministra klimatu i byłego przewodniczącego COP24. W swoim horyzoncie czasowym i wizji, PEP2040 nie jest kompatybilna z perspektywą długoterminową wyzerowania emisji CO2 do 2050 roku, którą wyznacza porozumienie paryskie. A to oznacza, że mimo skonsolidowania kompetencji ministerstw energii i klimatu w jednym ręku, polityka energetyczna państwa i zobowiązania polityki klimatycznej są sprzeczne.

Minister Kurtyka nie potrafił też przeforsować daty odejścia Polski od spalania węgla. Uległ węglowym związkowcom w tak zwanej „umowie społecznej” przedłużającej na papierze agonię sektora do 2049 roku, a jego stosunek do celu neutralności klimatycznej do 2050 roku pozostaje niejasny.

Atom, atom ponad wszystko

O ile działania na rzecz dekarbonizacji i rozwoju OZE były raczej rytualne, w ostatnich miesiącach minister Kurtyka bardzo aktywnie włączył się w promocję Polskiego Programu Energetyki Jądrowej. Entuzjazm absolwenta francuskiej uczelni technicznej dla atomu nie dziwi, jednak bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest to, że Kurtyka – od ponad roku sygnalizujący chęć porzucenia ministerstwa – starał się o nowy, bardziej intratny stołek w państwowej spółce PGE EJ1, odpowiedzialnej za budowę pierwszej elektrowni jądrowej.

Na odchodnym Kurtyka ogłosił, że jeszcze w 2021 roku zostanie zaprezentowana decyzja lokalizacyjna pierwszej elektrowni, oczywiście bez wstępnych konsultacji (oznacza to osiągnięcie poziomu zaawansowania projektu, jaki udało się uzyskać w 2012 roku za rządów PO). Kurtyka jak ognia unikał jednak odpowiedzi na najtrudniejsze pytania na temat sensowności i zasadności polskiego programu jądrowego, wspieranego, według rządowych planów, ogromnym wzrostem zużycia gazu ziemnego i w dodatku odsuniętego w czasie.

Oficjalny harmonogram programu jądrowego do 2050 roku zakłada zaledwie 23–27-procentowy udział energii jądrowej w elektroenergetyce najwcześniej w 2043 roku, resztę uzupełniają gaz ziemny (27–30 procent) i OZE. Jak pisaliśmy wraz z Przemysławem Stępniem na łamach „Rzeczypospolitej”, czekanie na atom to oddanie ochrony klimatu walkowerem. Szkoda, że w tym obszarze także racja spółek skarbu państwa i megalomańskie wizje rządu PiS-u zwyciężyła z racjonalną kalkulacją i troską o środowisko.

Blamaż Turowa i szalejące ceny energii

Kurtyka pozostawia po sobie także dwie miny. Pierwsza to sprawa Turowa i konfliktu z Czachami. To właśnie minister Kurtyka wydał zgodę na przedłużenie licencji kopalni Turów do 2044 roku, ignorując stronę czeską, tak jak ignorował polską stronę społeczną. Jakimś cudem udało się polskiemu rządowi zantagonizować bratni populistyczny i klimatosceptyczny gabinet Andreja Babiša. To nie lada osiągnięcie i spektakularna porażka polskiej dyplomacji (jeśli ta jeszcze istnieje), dla której współpraca regionalna – Grupy Wyszehradzkiej i tak zwanego Trójmorza – to przecież koniki. Można spokojnie powiedzieć, że Turów był ostatnim gwoździem do trumny Wyszehradu. Nie da się ukryć, że odpowiedzialność za to, co działo się na tym odcinku, spada w dużej części na Michała Kurtykę.

Przez całą kadencję musiał mierzyć się też z rosnącymi cenami energii, ale następcy dostaną sektor w stanie absolutnego kryzysu. Niestety, obie te sprawy – Turów i ceny prądu – stanowią doskonałą pożywkę dla nowych węglowych populistów i negacjonistów klimatycznych, takich jak poseł Janusz Kowalski. Kurtyka nie umiał walczyć z ich antyklimatyczną retoryką. Odchodzi, pozostawiając po sobie dużo niespełnionych nadziei i bardzo niepewną przyszłość polskiej energetyki i ochrony klimatu.

 

* Zdjęcie użyte jako ikona wpisu: profil facebookowy Ministerstwa Klimatu i Środowiska.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 668

(43/2021)
27 października 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj