Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Zmarnowana szansa. O...

Zmarnowana szansa. O „Miastach śmierci” Mirosława Tryczyka

Natalia Aleksiun

Mirosław Tryczyk miał szansę poruszyć czytelnika. Ale sposób, w jaki zaprezentował materiały, i ich powierzchowna, często błędna analiza sprawiły, że „Miasta śmierci” nie spełniają pokładanych w tej książce nadziei.

miasta_smierci_okladka

Bardzo chciałam napisać entuzjastyczną recenzję książki Mirosława Tryczyka „Miasta śmierci”. Doceniam podjęcie tematu, z którym trudno się zmierzyć, i poczucie misji. Misji, bo jak autor pisze we wstępie: „Trzeba walczyć nie tylko z czasem, który przysłania wszystko, niweluje i niszczy, ale i z człowiekiem, który pragnie zapomnieć o smutnych wydarzeniach. Trzeba też walczyć i z naszą cywilizacją, zajmującą się dniem dzisiejszym, unikającą problemów zarówno przeszłości, jak i przyszłości” (s. 14).

W rozmowie opublikowanej na łamach „Gazety Wyborczej”, zatytułowanej przewrotnie „Nie słuchaj ojca swego”, Tryczyk opowiada poruszająco o historii swojej rodziny i o bolesnym odkrywaniu historii Podlasia z lat II wojny światowej, o twarzach żydowskich ofiar i ich prześladowców, od których nie mógł się uwolnić, oraz o losach, które miał nadzieję odtworzyć [1]. Mimo niewątpliwej pasji autora, który odważnie konfrontuje siebie i czytelnika ze wstrząsającym materiałem archiwalnym, nie można jednak tej książki ocenić jednoznacznie pozytywnie.

Wiedza jako antidotum

Z założenia pisał Tryczyk dla szerokiego grona czytelników – by nie mogli już zapomnieć o zbrodniach, których w czasie II wojny światowej dopuszczali się wobec Żydów polscy sąsiedzi. Przestrogą była dla niego postawa Zbigniewa Romaniuka, młodego historyka z Brańska, który w filmie Mariana Marzyńskiego „Sztetl”, nakręconym w 1996 r., mierzy się z bolesną przeszłością swojego rodzinnego miasta, gromadząc macewy z żydowskiego cmentarza – materialne ślady obecności Żydów. Tryczyk zapamiętał historię Romaniuka jako historię klęski moralnej: młody badacz pod wpływem nacisków ze strony społeczności lokalnej nie wspomniał o brańskich Żydach w okolicznościowym przemówieniu.

Porażkę Romaniuka Tryczyk widzi w kategoriach zbiorowej metafory, jest ona „antycypacją losów każdego urodzonego po Holokauście młodego Polaka, który odkrywał tragiczną przeszłość swojej rodziny, wspólnoty, swojego kraju, miasta czy swojej wsi. Każdego, kto musiał jak Zbigniew Romaniuk zderzyć się z niedowierzaniem, ale też wrogością wszystkich tych, którzy chcą tę historię ukryć” (s. 376). „Miasta śmierci” mają – jak pisze Tryczyk – uniemożliwić „kontynuowanie kłamstwa i ignorancji” (s. 15). W istocie można odnieść wrażenie, że autor chce czytelnika skonfrontować przede wszystkim z tym obrazem okupacji niemieckiej, w którym Polacy stają się sprawcami, a nie ofiarami czy choćby świadkami zbrodni dokonywanych na Żydach. Chodzi więc o przyswojenie trudnej pamięci, jak ujął to Michael C. Steinlauf [2]. Wiedza staje się w rozumieniu Tryczyka antidotum chroniącym przed nacjonalizmem, neonazizmem, a nade wszystko antysemityzmem.

Intuicja Tryczyka jest słuszna, szczególnie w odniesieniu do polskiej pamięci zbiorowej, w której wyobrażenia o miejscu Żydów w polskiej historii, a przede wszystkim pytania o losy polskich Żydów w czasie II wojny światowej i problem polskiej odpowiedzialności zdają się odporne na wiedzę historyczną. Pamięć ta trwa mimo zmian, jakie nastąpiły w polskiej historiografii, a czasem – mam wrażenie – tej historiografii na przekór.

W 1987 r. Jan Błoński wywołał burzę, gdy zabrał głos na łamach „Tygodnika Powszechnego” i wzywał do swoistego rachunku sumienia. Pisał przejmująco: „Myślę, że w naszym stosunku do żydowsko-polskiej przeszłości winniśmy przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowania polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni. Przyjęliśmy Żydów do naszego domu, ale kazaliśmy im mieszkać w piwnicy” [3].

Prawie 30 lat później prace Barbary Engelking, Jana T. Grossa, Joanny Tokarskiej-Bakir, Jana Grabowskiego, Anny Bikont, Aliny Skibińskiej, Dariusza Libionki i innych pokazały skalę nie tylko obojętnego świadkowania, ale i bezpośredniego polskiego udziału w Zagładzie. Czy jednak ta wiedza może stać się antidotum wobec pokusy, którą niesie ze sobą polityka historyczna uwalniająca od niewygodnej pamięci za sprawą wyliczania włącznie polskich sprawiedliwych? Tryczyk miał chyba nadzieję, że materiały, które znalazł w teczkach archiwalnych, utrudnią powrót do mitu o niewinności.

W kolejnych rozdziałach autor odsłania szczegóły bestialskich mordów dokonywanych na bezbronnych mężczyznach, kobietach i dzieciach, rozgrywających się w miastach, miasteczkach i wsiach ziemi łomżyńskiej latem 1941 r. Większość tekstu stanowią relacje świadków – ocalałych z Zagłady i tych, którzy stanęli po wojnie przed polskimi sądami – przetykane pytaniami i komentarzami. Ta struktura jest nużąca, przewidywalna, ale cytowane przez Tryczyka fragmenty zeznań sądowych i świadectw porażają.

Głosy świadków i uczestników, czasem nieporadne, czasem próbujące zamazać odpowiedzialność oskarżonych, układają się w powtarzalny scenariusz. Widzimy młodych mężczyzn tworzących w momencie wycofania się sowieckiej administracji miejscową milicję, która upokarza, bije, gwałci i morduje Żydów już w pierwszych dniach i tygodniach nowej okupacji. Rola Niemców nie jest wszędzie jasna, natomiast zachowanie lokalnych polskich elit – sołtysów, burmistrzów – haniebne. Na ziemiach Białostocczyzny stają się oni inicjatorami albo wykonawcami ludobójstwa na miejscowych Żydach.

Autor przedstawia falę mordów na Żydach jako akcję samorzutną, a jednocześnie zorganizowaną, z udziałem szerokich rzesz ludności polskiej, a w każdym razie dokonywaną w obliczu powszechnego niemal przyzwolenia na zbrodnię, u podłoża której legła ideologia antysemicka i żądza wzbogacenia się. Podstaw tej pogardy i nienawiści w stosunku do Żydów, które doprowadziły do eskalacji antyżydowskiej przemocy jeszcze przed wojną, słusznie szuka Tryczyk w pracy propagandowej działaczy partii antysemickich, szczególnie Stronnictwa Narodowego, cieszącego się w okresie II Rzeczpospolitej popularnością na tym terenie, m.in. w kręgach tamtejszego duchowieństwa. Związki przyszłych sprawców z SN czy ONR sprawiają, że zbrodnie opisane przez świadków autor nazywa „zbrodniami antysemickimi”. Co więcej, trzon grup dokonujących mordów w Radziłowie, Wąsoczu, Jedwabnem, Wiźnie, Szczuczynie, Goniądzu, Jasionówce i innych miejscowościach „stanowili członkowie miejscowych prawicowych elit” (s. 49).

Oczywiście nie wszyscy uczestnicy zbiorowych mordów na miejscowych Żydach latem 1941 r. i nie wszyscy polscy świadkowie, którzy się temu obojętnie przypatrywali, prenumerowali w latach 30. antysemickie czasopisma. Jednak język pogardy, język otwarcie wzywający do przemocy, nie mógł pozostać bez echa, szczególnie gdy stawał się językiem codziennym.

Niedostatki warsztatu

Szkoda, że szlachetnym celom autora nie dorównał jego warsztat naukowy. W źródłach przytaczanych w kolejnych rozdziałach nie brak sprzeczności, ale Tryczyk nie zajmuje się ich żmudnym wyjaśnianiem. Niewiele jest interpretacji, zapowiadanych na początku każdego rozdziału. Tam, gdzie autor wyciąga wnioski, czyni to częstokroć bez oparcia w materiale źródłowym, szczególnie gdy stara się opisać szerszy kontekst polityki niemieckiej w okupowanej Europie.

Tryczyk z jednej strony korzysta z dorobku badaczy, którzy pracowali z aktami tzw. sierpniówek, procesów wytaczanych na podstawie dekretu wydanego w sierpniu 1944 r. przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który dawał podstawę prawną do ścigania osób oskarżonych o kolaborację w latach niemieckiej okupacji, z drugiej daje nam do zrozumienia, że odkrywa przed czytelnikiem coś, co historycy zaniedbali, i apeluje o prowadzenie badań. A przecież już podtytułem nawiązuje do książki Jana T. Grossa „Sąsiedzi”. Oskarża historyków polskich o zaniechanie tematu – dziwny to zaiste zarzut w obliczu listy opracowań, które przywołuje w swojej bibliografii. W istocie tematowi temu poświęcili badania zarówno różni historycy przywołani przez autora, jak i ci, których w zestawieniu brakuje, jak choćby Joanna Michlic i Witold Mędykowski [4].

Tryczyk opiera się w dużym stopniu na pracy innych badaczy, nie zawsze zresztą tylko na ich ustaleniach, czasem przepisuje wręcz fragmenty tekstu [sic!]. Ta strategia jest szczególnie uderzająca w ponadstustronicowym rozdziale o Jedwabnem, w którym korzysta z ustaleń i sformułowań Anny Bikont [5]. Podobnie przepisuje fragmenty artykułu Andrew Kornblutha, na którego zresztą powołuje się w przypisach i bibliografii [6]. Parafrazuje również nieporadnie dostępne w internecie tłumaczenia niektórych ksiąg pamięci, rzadko zaznaczając zdania będące w istocie cytatami.

Niby Tryczyk stara się zebrać dostępny materiał na temat przedwojennych relacji sąsiedzkich między polskimi i żydowskimi mieszkańcami Podlasia, ale te grupowe portrety są wtórne, niewiele wnoszą nowych ustaleń. Czytelnik nie dowie się wiele o życiu Żydów w miasteczkach opisywanych przez Tryczyka: mylą mu się pojęcia i organizacje. Pisze o Żydach z sympatią, ale jednocześnie nie udaje mu się przełamać dystansu – wciąż są oni obcy. Podoba mi się jednak decyzja autora, by dać głos świadkom, by źródła mówiły w dużym stopniu za siebie, by pozwolić czytelnikowi doświadczyć grozy, która się z tych źródeł wyłania. I w tym wypadku nie mamy jednak do czynienia z zupełnym novum, ale raczej inspiracją stylem zastosowanym przez Jana T. Grossa w „Sąsiadach”.

Wiele zostaje do zrobienia

Tryczyk zdecydował się napisać pracę popularyzacyjną, skierowaną do możliwie szerokiego grona czytelników, bo wtedy dopiero „można powiedzieć, że pamięć o tych, którzy zginęli, została należycie uczczona”. Wierzę, że taki cel mu przyświecał. Tym boleśniejsze jest jednak niedbalstwo, z jakim przekręca imiona ofiar lub całkowicie pozbawia je tożsamości, nie zamieszczając nazwisk. Kim byli Cahaja O. i Lejzorg O.? Dlaczego anonimowi pozostają uczestnicy mordu w Jedwabnem?

Żydowscy mieszkańcy „miast śmierci” pozostają dla autora niezrozumiali w swoich motywacjach. Ubolewa, że wobec eskalacji przemocy antysemickiej Żydzi „zdawali się nie zwracać uwagi na coraz bardziej radykalne postawy swoich polskich sąsiadów i z niesłychaną cierpliwością, a może nawet naiwnością pomieszaną z irracjonalną wiarą w poprawę ich zachowania, nie reagowali na nie” (s. 137). Co zdaniem Tryczyka mogli zrobić Żydzi z tamtych okolic? Mogli emigrować. Autor dziwi się, że z Radziłowa, Jedwabnego i innych miasteczek z regionu „nie wyjechali wszyscy”. Zdaje się traktować brak exodusu Żydów z okolic Łomży w latach 30., kiedy przed uchodźcami żydowskimi zamykały się wszystkie granice, jako wyraz… ich lokalnego patriotyzmu. Być może Tryczyk próbuje wyobrazić sobie w ten sposób scenariusz, w którym Żydzi nie staliby się w kilka lat później ofiarami okrutnej czystki etnicznej. To jednak ahistoryczne myślenie, w którym pobrzmiewa może nawet stereotyp żydowskiej bierności.

Tryczyk uważa „aspekt dokumentalny” za najważniejszy element swojej pracy. Tymczasem sposób, w jaki opublikował materiały archiwalne, jest trudny do zaakceptowania: bez dat, bez pełnych nazwisk, bez objaśnień. Fragmenty zeznań szokują, ale nie pozwalają na głębszą refleksję historyczną. Częścią dokumentacji są też w „Miastach śmierci” zdjęcia. Nie rozumiem jednak, dlaczego autor umieścił zdjęcie nagiej ofiary pogromu we Lwowie, opatrując je podpisem: „Pogrom na terenach Polski zajętych przez Niemców w 1941 r., miejsce nieznane, być może jest to Lwów” (s. 355). Do czego w tym wypadku potrzebne było mu zdjęcie nagiej Żydówki otoczonej przez tłum gapiów?

Niestety liczne uchybienia sprawią, że tezę autora o skali przemocy Polaków w stosunku do ich sąsiadów Żydów łatwo będzie odrzucić pod pretekstem potknięć i braków warsztatowych oraz licznych nieporadnych, naiwnych czy emocjonalnych sformułowań. Czytelnika, którego nie przekonały publikacje Jana T. Grossa, Anny Bikont, Jana Grabowskiego, Aliny Skibińskiej i Dariusza Libionki, trudno skłonić do refleksji. Tymczasem akta, na których Tryczyk się opierał, gdyby były lepiej opracowane, świetnie nadawałyby się do tego, żeby zadać trudne pytania. Doświadczyłam tego na własnej skórze. Mimo że znam badania prowadzone na tych materiałach od kilkunastu lat, zdumiała mnie ukazana przez Tryczyka skala lekceważenia przez sądy obciążających zeznań składanych w śledztwie i niskie wyroki wydawane na ludziach, którzy pomagali w eksterminacji Żydów, których często znali osobiście.

Stosunek do powojennego aparatu (nie)sprawiedliwości dobrze ilustruje wybiórczość pamiętania. Przypomina się procesy polityczne wytaczane przez władze komunistyczne członkom polskiego państwa podziemnego, ale były też procesy, w których zeznawali żydowscy i polscy świadkowie, a w których ujawniała się niekiedy trudna prawdy o przemocy, której doświadczyli ze strony nieżydowskich sąsiadów obywatele polscy skazani przez niemieckiego okupanta na zagładę jako Żydzi. Na surowych wyrokach w tych procesach nie zależało ani nowym władzom, ani wymiarowi sprawiedliwości. Często nie zależało również polskim świadkom, współwinnym albo obawiającym się zemsty oskarżonych i ich rodzin. Silne fundamenty ma polska niepamięć.

Tryczyk ma rację – wciąż pozostało wiele do zrobienia w dziedzinie polsko-żydowskiej pamięci. Ma on też rację, że szansę na dokonanie zmian w polskim odbiorze dają właśnie takie materiały, jakie zamieścił obficie w „Miastach śmierci”: mówiące głosami ocalałych, sprawców i świadków.

Odruch racjonalizacji krzywd wyrządzonych ofiarom wciąż pozostaje trudną do odrzucenia pokusą. I dlatego publikacje, które mogą trafić do czytelnika, opowiedzieć przejmująco o polsko-żydowskich losach, wciąż są bardzo potrzebne. Tryczyk miał szansę poruszyć czytelnika, nie tylko dlatego że zgromadził setki stron sądowych zeznań, ale także dlatego że w tle archiwalnych poszukiwań była jego własna, poruszająca droga prowadząca do stopniowego poznawania prawdy o losie żydowskich sąsiadów. Ale sposób, w jaki zaprezentował materiały, ich powierzchowna, często błędna analiza, a zarazem brak osobistej narracji sprawiły, że książka nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

„Miasta śmierci” zawodzą, sądzę jednak, że autor powinien do tematu wrócić. Mam nadzieję, że lepiej opracuje zgromadzony materiał – przede wszystkim rozmowy, które sam przeprowadził ze świadkami, a których w tej publikacji nie zamieścił.

Przypisy:

[1] Marcin Kącki, „Nie słuchaj ojca swego. Rozmowa z autorem książki »Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów«”.
[2] Michael C. Steinlauf, „Pamięć nieprzyswojona. Polska pamięć Zagłady”, tłum. Agata Tomaszewska, Cyklady, Warszawa 2001.
[3] Zob. Jan Błoński, „Biedni Polacy patrzą na getto”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1994; Michał Głowiński, „Esej Błońskiego po latach”, „Zagłada Żydów” 2006, nr 2, s. 12–20.
[4] Joanna Beata Michlic, „Obcy jako zagrożenie. Obraz Żyda w Polsce od roku 1880 do czasów obecnych”, tłum. Anna Switzer, ŻIH, Warszawa 2015; Witold Mędykowski, „W cieniu gigantów. Pogromy Żydów w 1941 r. w byłej sowieckiej strefie okupacyjnej. Kontekst historyczny, społeczny i kulturowy”, ISP PAN, Warszawa 2014.
[5] Anna Bikont, „My z Jedwabnego”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2004. U Bikont czytamy: „Konflikt polsko-żydowski, czy raczej endecko-żydowski, nie wyczerpywał całej splątanej sieci waśni sąsiedzkich. Również konflikt polsko-polski rozpalały ogromne namiętności” (s. 40). U Tryczyka zachowała się tylko pierwsza część zdania. „Konflikt polsko-żydowski, czy raczej endecko-żydowski, trwał jednak w Jedwabnem w najlepsze” (s. 31).
[6] Tryczyk pisze, że „orzeczenia sądów z okresu powojennego w sprawie mordów popełnianych na Żydach przez osoby narodowości polskiej wyglądały jak apologie zbrodni, w których pomniejszano perfidię i negowano premedytację, z jakimi zbrodnie te popełniano, sceptycznie traktowano dowody obciążające oskarżonych, a sprzyjające im wątpliwe świadectwa uznawano za wiarygodne” (s. 3). W artykule Andrew Kornblutha czytamy „Niemniej orzeczenia sądów z tego okresu wyglądają często jak apologie, w których pomniejsza się perfidię i premedytację, z jakimi popełniano zbrodnie, sceptycznie traktuje dowody obciązające oskarzonych, a sprzyjające im wątpliwe zeznania bierze za dobrą monetę i tworzy alternatywną historię okupacji, w której oskarzeni nie mają właściwie wpływu na wydarzenia”. Zob. A. Kornbluth, „Jest wielu Kainów pośród nas.” A. Kornbluth, Polski wymiar sprawiedliwości a Zagłada, 1944–1956”, „Zagłada Żydów. Studia i materiały”, nr. 9 (2013), s. 167.

 

Książka:

Mirosław Tryczyk, „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów”, Wydawnictwo RM, Warszawa 2015.

SKOMENTUJ

Nr 367

(3/2016)
19 stycznia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail