Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > Demokracja to nie...

Demokracja to nie „rządy większości” [5 POWODÓW]

Tomasz Sawczuk

W licznych wypowiedziach zarówno polityków PiS-u, jak i prawicowych publicystów pojawia się twierdzenie, że krytycy aktualnej władzy nie uznają rządów większości. Skoro wyniki wyborów wyłoniły władzę – wskazują sympatycy partii Jarosława Kaczyńskiego – to władza owa jest uprawniona do wprowadzania takich zmian, jakich sobie życzy.

Plan rządu „został napisany głosami obywateli”, przekonywała premier Beata Szydło. Skoro partia rządząca wyraża „wolę ludu”, to ani opozycja, ani Trybunał Konstytucyjny nie powinny stać tym planom na drodze. „Pozwólcie nam rządzić!” – apelowała wielokrotnie do opozycji Prezes Rady Ministrów.

Rzecz jednak w tym, że nikt nie przeszkadza PiS-owi rządzić. To przedstawiciele i sympatycy tej partii niekiedy błędnie rozumieją uprawnienia płynące z wyborczego zwycięstwa.

Po pierwsze, większość to przede wszystkim forma głosowania. W polskiej demokracji szlacheckiej głosowano na zasadzie jednomyślności (liberum veto!), zaś w niektórych sprawach konstytucja wymaga, by parlament decydował większością 2/3 głosów. Nowelizacja ustawy o Trybunale Konstytucyjnym autorstwa PiS-u także wymaga od Trybunału wydawania orzeczeń większością 2/3 głosów, przy obecności 13 z 15 sędziów.

Po drugie, wiązanie większości parlamentarnej z większością obywateli to użyteczna fikcja. Blisko połowa dorosłych Polaków nie brała udziału w wyborach, a także oni mają prawo do bycia reprezentowanymi. Jeżeli rozumieć pojęcie większości ściśle, PiS reprezentuje 37,58 proc. z 50,92 proc. głosujących. Inaczej mówiąc, 5 711 687 osób z 30 629 150 uprawnionych do głosowania, czyli 18,65 proc. głosujących. Do tego można by dodać kilka milionów Polaków nieuprawnionych do głosowania, których prawa państwo także jest zobowiązane chronić. Tak czy inaczej, 18,65 proc. głosów lub mniej ma niewiele wspólnego z większością, a tym bardziej wolą ludu.

Po trzecie, większość nie może przegłosować wszystkiego. Jak wskazuje francuski teoretyk Pierre Rosanvallon, tylko demokracje totalitarne posługiwały się argumentem, że wola ludu uzasadnia każde działanie władzy. Pomysł, że partia transmituje wolę ludu, mógłby być dobry w przypadku PZPR-u, ale w faktycznych demokracjach nie ma racji bytu.

Nawet gdy zostawimy na boku kontekst teorii politycznej, Polska jest stroną wielu traktatów międzynarodowych, w tym dokumentów unijnych, które zobowiązują ją do przestrzegania ustalonych w nich norm. Jeżeli PiS nie chce ich przestrzegać, powinien owe traktaty wypowiedzieć.

Po czwarte, demokracja nie kończy się w dniu wyborów parlamentarnych. Nie wystarczy posługiwać się zasadą głosowania większością, aby uznać system za demokratyczny – w innym razie godzilibyśmy się z zagrożeniem, które John Stuart Mill nazywał tyranią większości.

W związku z możliwością zmiany władzy ustawodawczej w kolejnej kadencji, każdorazowa mniejszość musi być chroniona zarówno przez prawo (w tym konstytucję), jak i przez inne organy władzy, które wybierane są odmiennymi metodami, nie w powszechnym głosowaniu, i które mają kadencje różnej długości. Należą do nich nie tylko Rzecznik Praw Obywatelskich, Trybunał Konstytucyjny, ale i Najwyższa Izba Kontroli – one także działają w interesie publicznym i reprezentują lud. Obywatele mają zaś prawo do informacji i otwartej, krytycznej dyskusji z przedstawicielami władzy w ciągu całej kadencji, a demokratyczna władza ma obowiązek taką dyskusję podejmować.

Po piąte, ostatecznie wydaje się, że nawet PiS nie wierzy, że wystarczy mieć większość, aby uzasadnić przebieg konkretnych rządów. W innym przypadku trudniej przychodziłoby tej partii delegitymizowanie rządów Platformy Obywatelskiej, która przecież cieszyła się większością w koalicji z PSL-em przez całe 8 lat! Tymczasem np. dokument zespołu Macieja Laska opisujący przyczyny katastrofy smoleńskiej nowa władza uważa za nic nie warty świstek papieru.

Skala owej delegitymizacji jest zresztą większa, skoro PiS przeciwstawia się właściwie całemu tzw. establishmentowi politycznemu ostatniego ćwierćwiecza. Aby była jasność, PiS ma prawo negatywnie oceniać dotychczasowy dorobek III RP – właśnie dlatego, że rządy większości nie gwarantują posiadania racji. Zmysł krytyczny przedstawicieli tej partii przybiera jednak nieraz formy równie niepokojące co groteskowe, jak wówczas, gdy nowa władza odwołuje całą redakcję zajmującego się prawem konstytucyjnym czasopisma naukowego „Przegląd Sejmowy”, a po jego 132. numerze nastąpić ma numer 1…

Czy partia posiadająca większość powinna móc wymazywać przeszłość? To wątpliwe, skoro obóz Jarosława Kaczyńskiego tak bardzo krytykował w tym kontekście rzekomą „grubą kreskę” Tadeusza Mazowieckiego.
Aby władza większości nie prowadziła do niszczenia demokracji, lecz pozwalała tworzyć porządek stabilny i trwały, kolejne rządy powinny pracować raczej nad jej naprawą, nad następnymi odsłonami, niż uzurpować sobie prawo do samodzielnego wyrażania „woli ludu” i zaczynać wszystko od początku.

SKOMENTUJ

Nr 379

(15/2016)
14 kwietnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail