Trwa jesienna zbiórka
na działalność Kultury Liberalnej.
Weź udział!

Czego potrzebujemy?

Jesteśmy niezależni od polityków
i reklamodawców. Dlatego potrzebujemy
comiesięcznych wpłat od Darczyńców.
Aktualnie otrzymujemy od Czytelników
około 15 tys. zł miesięcznie, czyli
25 procent miesięcznego budżetu
tygodnika. Chcemy, aby do końca 2020
roku ta kwota była dwa razy większa
.

Co dostajesz w zamian?

52 numery tygodnika rocznie, publiczne
wydarzenia, najważniejsze książki
o wolności i demokracji.
Silny, wrażliwy, demokratyczny głos
w sferze publicznej, nowe idee dla Polski.
NOWOŚĆ! Comiesięczną informację
o naszej działalności, dodatkowe
materiały i zdjęcia.
NOWOŚĆ! Jeśli Twoja darowizna wyniesie
co najmniej 200zł miesięcznie, otrzymasz
w prezencie książki i specjalne wejściówki
na wydarzenia.
Dziękujemy za wsparcie! Jako Darczyńca wciąż możesz włączyć się w naszą kampanię:
  • Jeśli popierasz naszą działalność, poleć nas kolejnej osobie.
  • Chcemy się rozwijać. Planujemy zatrudnić więcej osób, odświeżyć naszą
    stronę internetową, rozwinąć dział audio/video. Jeśli chciałbyś / chciałabyś
    zmienić kwotę, którą przeznaczasz na wsparcie dla Kultury Liberalnej, napisz
    do nas na [email protected], a my powiem Ci, jak to zrobić.
  • Dziękujemy Ci za to, że jesteś z nami i życzymy dobrej lektury!

Kultura Liberalna jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy ukazuje
się dzięki wsparciu osób takich jak Ty. Bronimy wartości demokratycznych
i wolnościowych. Tworzymy idee dla Polski na przyszłość. Jesteśmy niezależni
od polityków i reklamodawców. Prosimy o to, abyś tworzył lub tworzyła
Kulturę Liberalną wspólnie z nami. Dołącz do grona naszych
comiesięcznych Darczyńców
.

Kultura Liberalna potrzebuje
Twojego comiesięcznego wsparcia.
Weź udział w jesiennej zbiórce
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > MAJEWSKI: Kogo to...

MAJEWSKI: Kogo to obchodzi? O „Zapiskach z Homs” Jonathana Littella

Paweł Majewski

Kogo to obchodzi?

Littell_Zapiski z HomsKsiążki, których autorzy wyjechali do niebezpiecznych miejsc i brali tam udział w sytuacjach granicznych właśnie po to, aby móc je opisać, bezpiecznie jest czytać.. Nie chodzi tu o bezpieczeństwo czytelnika, wygodnie rozpartego w fotelu, lecz raczej o epistemologiczne bezpieczeństwo interpretacji. Im bardziej newralgiczny jest temat, im żywsze i brutalniejsze doświadczenie przelano na papier, tym bardziej ryzykowne jest odnoszenie się do meritum treści. Przecież to nie recenzent, nie krytyk narażał się na niebezpieczeństwo.

W przypadku „Zapisków z Homs” istotna jest jeszcze i ta kwestia, że Littell pokazuje, iż nawet reportaż z centrum krwawego konfliktu może być bardzo nudny – o ile traktuje się go jako „książkę do czytania”. Czytanie książki „jako książki” nie jest zatem – przynajmniej w tym przypadku – czynnością oczywistą. W ubiegłym wieku „reportaż z pola walki” był gatunkiem przede wszystkim literackim, a sprawozdawczo-interwencyjnym dopiero w drugiej kolejności, o ile w ogóle. Hemingway czy Malaparte nie publikowali swoich starannie dopracowanych relacji wojennych po to, żeby wstrząsnąć ludzkimi sumieniami lub skłonić decydentów do działań zapobiegawczych. Również dla Kapuścińskiego i Oriany Fallaci nie ten rodzaj wpływu liczył się najbardziej.

Littell nie napisał reportażu ani nawet raportu. To, co dał do druku, jest – jak można przypuszczać – bliskie pierwotnemu zapisowi dokonywanemu w czasie rzeczywistym. Sam Littell mówi o tym wprost we wstępie, lecz znając jego dokonania literackie, można by go podejrzewać o jakąś mistyfikację. Podejrzenie zostaje rozwiane w trakcie lektury – trudno sobie wyobrazić, jakim rodzajem kreacji literackiej czy paraliterackiej miałyby być te dziesiątki stron wypełnionych chaotycznymi zapiskami, z których prawie nie sposób wyczytać kontekstów sytuacji, ponieważ autor opisuje wyłącznie to, co widzi na własne oczy i słyszy własnymi uszami. Czytanie tego zapisu przypomina oglądanie obrazów nagrywanych kamerą, którą trzyma w ręku człowiek biegnący na oślep. O jakiejkolwiek przyjemności tekstu czy lektury raczej nie da się tu przesądzić. Widzimy dziesiątki ludzi, którzy pojawiają się w kadrze, krzyczą coś, uciekają, padają, umierają – ale nie możemy zobaczyć ich tak, jak gdyby byli postaciami literackimi, ponieważ Littell nie traktuje ich jako materiału do nowej książki literackiej.

Czy to antyliterackie przedsięwzięcie ma sens w czasach YouTube’a, do którego sam Littell odsyła czytelnika w posłowiu? Czy jest świadectwem koniecznym, żądanym przez świat i ludzi, czy też wynika z wewnętrznej potrzeby autora, którego coś ciągnie albo pcha w stronę niebezpieczeństwa, jak Hemingwaya, Wittgensteina albo Ernsta Jüngera? (Pomijam najoczywistszą i najbardziej cyniczną możliwość – że jest to świadectwo żądane przez redaktora naczelnego i wskaźniki czytelnictwa jego gazety).

Świadectwa tekstowe w naszych czasach upodabniają się do wizualnych – pod względem form obiegu. W cyfrowym świecie słowo i obraz krążą tak samo intensywnie, a im więcej krąży słów i obrazów, tym słabiej oddziałują na odbiorców. Ten proces dostrzeżono już w zamierzchłych czasach, kiedy jedynym środkiem masowego przekazu słów i obrazów była telewizja. Już w latach siedemdziesiątych utyskiwano nad znieczulicą widowni telewizyjnej zerkającej znad obiadu na dzieci konające z głodu w Afryce lub Indiach. Jednak ten brak reakcji nie wynikał jedynie z tępoty i egoizmu, lecz również z niemożności działania w paradoksalnej sytuacji, kiedy ludzie oglądający przekaz satelitarny widzą coś, co dzieje się w tym samym momencie, gdy oni to oglądają, lecz jest oddalone o tysiące kilometrów. Pojęcie „działania” staje się w takiej sytuacji bardzo niejasne, a „refleksji” nie widać na zewnątrz. I chociaż „realność” przekazu ciągle narasta, coraz słabiej reagujemy na potoki informacji, a co gorsza, coraz częściej niedowierzamy ich zawartości. Wiemy dziś, że Hemingway koloryzował swoje relacje wojenne, a znacznie wcześniej Alexander Gardner płacił podobno statystom, żeby ci udawali trupy na polu bitwy pod Gettysburgiem – to  możliwa geneza zdjęć, które uznano za pierwsze w historii istotne fotograficzne świadectwa wojny. Obecnie każde dziecko wie, co można zrobić z obrazem fotograficznym lub filmowym przy pomocy najprostszych programów do obróbki wizualnej – jak się upiększa piękno i obrzydza brzydotę. Wobec takiego rozwoju sytuacji decyzja Littella, aby w ogóle nie estetyzować swojej relacji, jest radykalnym rozwiązaniem – ale ceną za to rozwiązanie jest groźba, że krąg odbiorców „Zapisków z Homs” ograniczy się do osób, które już uprzednio były z różnych przyczyn zainteresowane wojną domową w Syrii.

Im bardziej niecodzienne wydarzenia relacjonuje się innym ludziom, którzy nie zobaczyli ich na własne oczy, tym trudniej przełamać barierę relacji (słowa/obrazu) oddzielającą wydarzenie i nadawcę od odbiorcy. Rozziew ten jest jednak ceną za jakąkolwiek wiedzę o tym, co się zdarzyło Gdzie Indziej. Tekst może tu działać na równi z obrazem, lecz jeśli nie zostanie przybrany retorycznie, może nie przebić się przez warstwy smacznej papki serwowanej każdego dnia konsumentom kultury. Jeśli będzie zbyt rzeczywisty, nie zostanie przyjęty, ponieważ większość z nas chce odgradzać się słowami i obrazami od nieznośnej rzeczywistości, nie zaś odczuwać ją jeszcze bardziej dojmująco. Filmy, czy raczej zapisy wizualne, wrzucane na YT przez syryjskich rebeliantów – ze zmasakrowanymi zwłokami albo z żywymi ludźmi, którym eksplozje oderwały ręce, nogi lub dolne szczęki – nie cieszą się dużą oglądalnością internautów. W rok po umieszczeniu mają tysiąc, tysiąc pięćset odsłon. Filmik z gafą estradową modnego młodego piosenkarza ma w jeden dzień kilkadziesiąt razy więcej odsłon.

W „Zapiskach z Homs” ślady odautorskiej kreacji widać tylko kilka razy, kiedy Littell opisuje swoje sny albo wyjawia, że zabrał w podróż „Żywoty” Plutarcha, zaś w innym miejscu cytuje Montaigne’a. Jünger z namaszczeniem opisywał swój polowy egzemplarz „Tristrama Shandy” – był to intelektualno-artystowski gest zmilitaryzowanego estety. Littell tym razem nie pozuje, raczej nie wczuwa się w swoje literackie alter ego (?) – Maximiliana von Aue. Te dwa „momenty klasyków” oraz dwa czy trzy inne miejsca, gdzie padają cytaty z Koranu, to przelotne sygnały ustawiczności pewnych cech ludzkiej kondycji. Ale tam, wśród powstańców, nie za często można popatrywać w lustro historii, ponieważ ono się nie tłucze, nie rozpryskuje na drobne ułamki jedynie w gabinetach intelektualistów.

Na czwartej stronie okładki czytamy: „Kilkanaście dni wystarczyło, by powstał wstrząsający reportaż, dokument bez retuszu, świadectwo jednego z najokrutniejszych epizodów historii XXI wieku”. To zdecydowanie przesada. Pomijając już niejednoznaczne, jak wspomniano, w tym przypadku kategorie „reportażu” i „świadectwa”, wystarczy zauważyć, że upłynęła dopiero pierwsza połowa pierwszej ćwierci tego stulecia i przez pozostałe osiemdziesiąt sześć lat jego trwania zobaczymy gorsze rzeczy – to raczej pewne.

Ale akurat tego zdania nie napisał Jonathan Littell.

Książka:

Jonathan Littell, „Zapiski z Homs”, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

* Paweł Majewski, adiunkt w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

„Kultura Liberalna” nr 218 (11/2013) z 12 marca 2013 r.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Trwa jesienna zbiórka na działalność Kultury Liberalnej.

Czego potrzebujemy?

Co dostajesz w zamian?

  • 52 numery tygodnika rocznie, publiczne wydarzenia, najważniejsze książki o wolności i demokracji.
  • Silny, wrażliwy, demokratyczny głos w sferze publicznej, nowe idee dla Polski.
  • NOWOŚĆ: Comiesięczna informacja o naszej działalności, dodatkowe materiały i zdjęcia.
  • NOWOŚĆ: Jeśli Twoja darowizna wyniesie co najmniej 200 PLN miesięcznie, otrzymasz w prezencie książki i specjalne wejściówki na wydarzenia.
SKOMENTUJ

Nr 218

(10/2013)
12 marca 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj