Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Mam zaufanie do...

Mam zaufanie do swej ciekawości

Z Małgorzatą Szejnert rozmawia Adrian Stachowski

Nobel dla Swietłany Aleksijewicz to docenienie nie tylko jej twórczości, lecz także reportażu jako formy literackiej. O pracy reportażysty i opisywaniu czasu przełomu Adrianowi Stachowskiemu opowiada Małgorzata Szejnert, jedna z najbardziej znanych polskich autorek non-fiction.
Szejnert_copyright_Tadeusz Późniak Reporter

Małgorzata Szejnert © Tadeusz Późniak / Reporter

Małgorzata Szejnert: „Jedźcie tam, koledzy, i zobaczcie, jak tam jest” – zgodził się Jerzy Putrament, naczelny „Literatury”.

Adrian Stachowski: „…ale pewnie nic nie pójdzie”.

Nie, tego nie powiedział. Była duża niepewność. Wielka niewiadoma. Nie wiedzieliśmy, ile to będzie trwało ani jak się skończy.

Napisaliście – pani i Tomasz Zalewski – na samym początku książki „Szczecin. Grudzień, Sierpień, Grudzień”, że wasze szefostwo nie przewidywało raczej drukowania tekstów ze strajku w szczecińskiej stoczni w 1980 r., lecz rozumiało potrzebę dokumentowania i w tym pomagało. Dlaczego pojechaliście tam, nie wiedząc, czy możecie liczyć na publikację swoich tekstów o tych wydarzeniach?

Nieraz już pisaliśmy reportaże, nie wiedząc, czy pójdą. Mieliśmy to wliczone w koszty. Czasem tekst zatrzymywała cenzura, czasem nie podobał się redakcji, czasem po prostu temat nie wypalał. Mimo to szliśmy za naszą ciekawością i wagą tematu. Zawsze była nadzieja, że powstanie wspaniały tekst, który jednak się ukaże.

Oboje mieliśmy wtedy małe dzieci. Ja opiekowałam się synem sama i trudno było mi go zostawić. Nie wiedziałam przecież, kiedy wrócę, ale byłam pewna, że trzeba jechać. Wielu dziennikarzy to czuło.

Jakie było nastawienie stoczniowców do was? Za Wojciechem Giełżyńskim krzyczano w Elblągu, że jest szpiegiem, a w Gdańsku powiedziano jednemu dziennikarzowi, żeby zmykał do tego swojego Gierka. Wielu z nich mówiło o wrażeniu wyobcowania i o poczuciu winy w związku z wykonywanym zawodem.

Pojechaliśmy do Szczecina nocnym pociągiem. Miasto było opustoszałe, wczesny ranek.

Poszliśmy piechotą pod bramę stoczni. Były tam już wtedy delegacje z innych zakładów, które solidaryzowały się ze stoczniowcami. Byliśmy skromnie ubrani, nie mieliśmy przy sobie żadnych widocznych oznak naszego zawodu. Zaczepiono nas, kiedy próbowaliśmy przejść przez bramę. „A wy z jakich zakładów jesteście, koledzy?” – zapytali stoczniowcy. Zastanawialiśmy się chwilę, ale w końcu powiedzieliśmy, że jesteśmy dziennikarzami. Trochę się żachnęli, ale nie zrobiliśmy na nich złego wrażenia. Dostaliśmy eskortę i zaprowadzono nas do prezydium. Powiedzieliśmy, że chcemy z nimi być i patrzeć, jak tam jest. „No to usiądźcie. Tylko nic nie nagrywajcie”.

Kiedy wpadliście na pomysł, żeby napisać książkę o tych wydarzeniach?

Mam wrażenie, że wpadłam na to od razu. Przez cały czas myślałam, że to coś tak wielkiego, że nie da się tego opędzić jednym czy dwoma tekstami. Kiedy 26 sierpnia wyszedł pierwszy numer „Jedności” [biuletyn, który w czasie strajku był współredagowany przez Małgorzatę Szejnert i Tomasza Zalewskiego, potem organ Solidarności Pomorza Zachodniego – przyp. red.], poprosiłam całe prezydium strajku o podpisanie się na jednym egzemplarzu. Patrząc na te podpisy, pomyślałam, że to są bohaterowie książki, którą musimy napisać. I natychmiast zaczęliśmy zbierać materiał.

Jedną z najbardziej emocjonalnych scen w waszej relacji jest moment zakończenia strajku. „Jurczyk proponuje, by odśpiewać hymn. Śpiewano go tutaj już parę razy. Ten jest najwspanialszy. Nagrywamy go. Dla siebie i naszych synów. Kiedyś im damy posłuchać. Chcielibyśmy – by nie zdziwili się wtedy, że można tak śpiewać”. Puściła pani to nagranie synowi?

Najpierw był za mały, a potem, kiedy podrósł, wahałam się… to brzmiało tak patetycznie. I w końcu przekazałam to nagranie, razem ze wszystkimi innymi ze strajku, Ośrodkowi „Karta”. To był niezwykły hymn, śpiewali ludzie szczęśliwi, pełnym głosem, z podniesionymi głowami, bez skrępowania. Niektórzy mieli łzy w oczach.

Hymn odśpiewano w momencie zwycięstwa, które nie było łatwe. Jednym z kluczowych momentów negocjacji z rządem było wystąpienie, w którym reprezentujący rząd Kazimierz Barcikowski próbował poniżyć w oczach załogi przywódcę strajku, Mariana Jurczyka. Sugerował jego nieprzygotowanie i brak politycznej ogłady. Jurczyk był zmęczony, nie bardzo potrafił sobie z tym poradzić. Ale sala stała twardo za nim.

I Tomek, i ja mieliśmy wrażenie, że ich postulaty są nierealne. Nawet trochę po cichu pokpiwaliśmy sobie: „Czy oni powariowali? Co oni sobie myślą? Że to jest możliwe?”. Patrzyliśmy na nich ze zdziwieniem i ukrywanym pobłażaniem, a jednocześnie czuliśmy, że mają jakąś wyższą rację i dalibyśmy się za nich pokroić. To było bardzo skomplikowane uczucie.

Które z postulatów wydawały się wam najbardziej absurdalne? Niezależne związki zawodowe, zniesienie cenzury, wolne soboty, trzyletnie płatne urlopy macierzyńskie? A może zlikwidowanie „niepotrzebnych dla PRL wydatków typu Hermaszewski i pomocy dla trzeciego świata”?

Oczywiście niezależne związki zawodowe. Postulat najważniejszy i podstawowy, prawdziwie rewolucyjny.

Po sierpniu 1980 r. wielu reporterów miało ten kłopot. Stara forma, mały realizm, który przez tyle lat dobrze nam służył, już nie wystarczał, nowa sytuacja nas przerastała.

Małgorzata Szejnert

Czy dziennikarstwo, które uprawiała pani po Sierpniu, różniło się czymś od tego sprzed porozumień?

Po Sierpniu zaczęłam pisać teksty, które trudno nazwać reportażami. Było to coś w rodzaju gorączkowego zapisu zmian. Zawiązywano Solidarność w różnych zakładach pracy, rozliczano się ze starymi organizacjami związkowymi. Jeździłam na te spotkania, nagrywałam, spisywałam. Miałam poczucie, że te teksty są ułomne, że przestaję być reporterem, a staję się zapisywaczem głosów, jak socjologowie, jak ankieterzy, którzy gromadzą dane. Nie potrafiłam nadać tym relacjom formy reportażu. Wszystko działo się tak szybko, było takie nowe, nie potrafiłam ocenić tych zjawisk. Po sierpniu 1980 r. wielu reporterów miało ten kłopot. Nie mogliśmy się pozbierać? Stara forma, mały realizm, który przez tyle lat dobrze nam służył, już nie wystarczał, nowa sytuacja nas przerastała.

Jeden z aktywnych wtedy reporterów powiedział mi, że w tzw. karnawale Solidarności dziennikarze podnieśli głowy.

Pamiętam tekst, który napisałam po pobiciu działaczy Solidarności w Bydgoszczy w marcu 1981 r. Pamiętam, że zadzwoniła do mnie w nocy Teresa Torańska. Powiedziała, że w Bydgoszczy dzieje się coś okropnego i musimy natychmiast tam jechać. Wsiadłyśmy w nocy do mego malucha i pojechałyśmy. Był z nami też Tomasz Zalewski i Krzysztof Czabański, wtedy dziennikarz „Kultury”. Byliśmy w Bydgoszczy trzy dni. Wtedy napisałam prawdziwy reportaż.

Co w tym tekście dało pani to poczucie?

To był gruntowny opis sytuacji, która tam nastąpiła. Okoliczności, świadkowie, wielogłos, niepokój. Koniec. Aż tyle.

Reporter, z którym rozmawiałem, powiedział mi też, że jak reporterzy podnieśli głowy, to szybko kazano im je opuścić. Jak pani środowisko zareagowało na stan wojenny?

Wspaniale. Cały dział reportażu „Literatury”, z wyjątkiem jednego dziennikarza, odszedł. Komisja weryfikacyjna namawiała nas, żebyśmy zostali. Mówiono, że będziemy mogli pisać, a władza nie będzie wymagała od nas zbyt wiele. Nie skorzystaliśmy. Dziennikarz, który pozostał, był dobrym reporterem i kolegą, miał za sobą ciężkie doświadczenia z czasów stalinowskich i uznaliśmy, że powinien zostać w redakcji i spokojnie doczekać emerytury.

Należała pani do partii?

Nigdy nie należałam do żadnej partii. Byłam w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, jestem w PEN Clubie i w Kaczce – to nazwa Narciarskiego Klubu Dziennikarzy, z którym jeżdżę od ponad pięćdziesięciu lat.

Przepraszam, należałam do ZMP w gimnazjum w Białej Podlaskiej. Zapisano całą klasę, nie pytając nikogo o zdanie.

Nie było podchodów, żeby jednak należeć?

Były. To był rok 1970, Gierek właśnie doszedł do władzy. Pracowałam wtedy w pisemku dla Polonii. Niewielka redakcja, partyjny był tylko redaktor naczelny. Uważał, że będziemy lepiej traktowani, jeśli nasza komórka nieco się powiększy. Poprosił mnie do gabinetu na dyskretną rozmowę. „Jest taka sytuacja – mówi – może dadzą nam więcej papieru, a może jakiś wyjazd zagraniczny…”. Zastanawiałam się, jak z tego wybrnąć, bo lubiłam tego szefa, dobry redaktor, wesoły gość. Nagle doznałam iluminacji. Zapytałam: „Powiedz mi, ale szczerze, jakie wolisz dziewczyny: partyjne czy bezpartyjne?”. „Wiesz co… idź sobie” – powiedział smutno i więcej mnie nie namawiał.

Czy w stanie wojennym spotkały panią jakieś represje?

Nie. Zdarzały się za to bardzo przykre anonimowe telefony. Męski głos pytał, czy wiem, gdzie jest mój syn. Ten, kto dzwonił, wiedział, że syna w domu nie ma, miał 8 lat i był dosyć samodzielny. Były też telefony do syna, kiedy mnie nie było w domu. Pytano go, gdzie jest mama. To było bardzo niepokojące, ten męski głos wyraźnie nas straszył. Poszłam do Darka Fikusa, ówczesnego sekretarza Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które energicznie pracowało, mimo że oficjalnie je rozwiązano. Był dobrze zorientowany w sprawach związanych z nękaniem dziennikarzy. „Nie przejmuj się tym” – powiedział. „Tam siedzi taki facet. Ma przed sobą tabelkę z nazwiskami i numerami, odfajkowuje, kogo już postraszył, kogo jeszcze nie”.

Niedługo potem wyjechała pani do USA.

Zrobiłam to w imię syna. Byłam zawiedziona. Straciłam wiarę w dobrą zmianę w Polsce. Nie chciałam, żeby moje dziecko przeżywało te huśtawki.

Miałam w Stanach pewne oparcie. Moja cioteczka była biedna jak mysz kościelna, ale miałam u niej dom, opiekę i serdeczność. Od razu wiedziałam, że muszę pracować.

Zaczęła pani pracować w „Nowym Dzienniku”, gazecie polonijnej. Pierwszy raz nie miała pani nad sobą cenzury.

To mnie na początku zdumiewało: że nie trzeba rozmawiać z żadnym cenzorem, nic nikomu posyłać. Ale była to praca prawie biurowa, tłumaczenie depesz. Byłam bardzo zadowolona z tego, że pracuję w Nowym Jorku i przez okienko w moim pokoju widzę wieżyczkę Empire State Building . Czułam się jak światowa dziennikarka. Nie zarabiałam dużo, ale jeśli zaoszczędziło się nawet 50 dol., to w Polsce można było żyć za to przez miesiąc.

Skoro było tam tak dobrze, to dlaczego pani wróciła?

Nastał Gorbaczow. Zmieniało się w Związku Radzieckim, a od tego przecież wszystko zależało. A poza tym mój syn, który miał już 12 lat, domagał się powrotu. Więc postanowiliśmy wrócić. Na szczęście mieliśmy dokąd, bo nie sprzedałam mieszkania w Warszawie.

Co pani myślała o tym, co tu się dzieje? Wtedy, w czerwcu 1986 r.?

Byłam zachwycona. Czułam wielką różnicę. Odczuwałam ducha zmian. Mniej więcej w tym samym czasie wróciła do Polski Teresa Torańska. Umówiłyśmy się w „Czytelniku”. Miałam ze sobą jej książkę „Oni” wydaną w Londynie. Weszła do kawiarni, zobaczyła, że mam jej książkę na stole i natychmiast ją przykryła gazetą. „Teresa, co ty robisz?” – pytam. „No jak, przecież to nielegalne” – zaczyna tłumaczyć. A potem pyta: „To już można tak czytać… otwarcie?”. „Można”.

Odłożyłam trochę pieniędzy, więc mogłam czekać na rozwój sytuacji. Nie musiałam szybko szukać pracy. Zaczęłam myśleć o książkach.

W tym miejscu muszę panią przeprosić. Zrobiłem coś, z czym nie do końca dobrze się czuję. Czytałem pani listy.

Jakie listy? Skąd pan je wziął?

Z Biblioteki Narodowej. Pisała je pani do krewnych bohaterów pomordowanych po wojnie w więzieniu na Rakowieckiej. Czytałem też te, które oni pisali do pani. I dziennik pracy nad książką „Śród żywych duchów”. Dokumentuje w niej pani poszukiwania grobów ludzi straconych po wojnie w więzieniu na Rakowieckiej. Starałem się znaleźć list, od którego to wszystko się zaczęło. Znalazłem list z 1986 r., w którym nadawca pisał do pani o warszawskim cmentarzu, który kryje tajemnice. Czy to wtedy zainteresowała się pani tym tematem?

Na początku chciałam rozmawiać z więźniami okresu stalinowskiego. Odbyłam wiele takich rozmów. Były monotonne…

Jak to – monotonne?

Bo wątki w tych relacjach bardzo się powtarzały. Ale jeden bardzo mnie zaciekawił. Prawie wszyscy mówili o wozie konnym, który turkotał nad ranem na dziedzińcu więziennym i wywoził ciała zabitych.

W jakim stopniu pani zainteresowanie tym tematem wynikało z imperatywu, że trzeba dać świadectwo prawdzie?

Nie lubię mówić, że czuję posłannictwo lub misję. Te wielkie słowa zastępuje mi po prostu ciekawość. A jeżeli jestem ciekawa – myślę dalej – chyba to jest ważne. Mam zaufanie do swojej ciekawości.

Ale rozsyłając listy i prosząc różne osoby o informacje, używała pani tego argumentu: że muszą mówić, bo to się należy pomordowanym, że tu chodzi o sprawiedliwość.

To jest argument, ale dla siebie samej go nie używałam. Używałam go dla innych. On jest uczciwy, ale nie jest mi potrzebny. Mnie wystarczy to, że jestem ciekawa, jak było naprawdę.

Nie lubię mówić, że czuję posłannictwo lub misję. Raczej ciekawość. A jeżeli jestem ciekawa – myślę dalej – chyba to jest ważne.

Małgorzata Szejnert

Pojawiały się w notatkach sygnały – i tego też nie ma w książce – że ludzie się o panią bali. Chcieli odprowadzać, mówili, żeby pani na siebie uważała. Pisze pani też o groźbie zarekwirowania dziennika.

Tego najbardziej mogłam się bać. Ale nie bałam się. Ten pobyt w Ameryce jakoś mnie umocnił. Może dlatego, że wzięłam sprawy w swoje ręce? Byłam bardzo z siebie zadowolona, udał mi się ten wyjazd. To było bardzo krzepiące. Wróciłam odnowiona.

Porównując książkę z dziennikiem pracy, zauważyłem, że o ile same zapisy z dziennika są takie same, to daty czasami się różnią. W oryginalnym dzienniku zdarzenia dzieją się w innym dniu niż w książce. Dlaczego?

Zadecydowały o tym względy kompozycyjne. Musiałam pogrupować pewne wątki, by uporządkować tekst, uniknąć zamętu, chaosu, natłoku.

Te różnice bardzo mnie zdziwiły. Patrzyłem na książkę i na dziennik i pewne rzeczy się nie zgadzały.

Czy nie zgadzały się z powodów, które nazwałby pan ideologicznymi?

Właśnie miałem powiedzieć: to tylko daty.

No właśnie.

Nie za bardzo wiedziałem, co z tym znaleziskiem począć, aż dotarłem do notatki ze spotkania z młodymi dziennikarzami związanymi z podziemiem. Opowiadała im pani o tej książce, że być może będzie to nieprawdziwy dziennik do prawdziwych faktów.

Zupełnie zapomniałam o tych warsztatach.

W pewnym momencie uznała pani, że od rodzin i bliskich ofiar dowiedziała się już tyle, ile się dało. Pora pójść do drugiej strony, Alojzego Grabickiego, naczelnika więzienia na Rakowieckiej w latach 50. Żałuję, że tego nie ma w książce, ale w dzienniku zapisała pani radę od Teresy Torańskiej: „Nie daj mu powiedzieć nie. Kiedy usłyszysz, że zaraz powie nie – przerwij mu, wejdź w słowo. Bo jak ktoś powie nie, trudno mu się wycofać”.

Nie ma tego w książce? Ciekawe… bardzo sobie cenię te słowa Teresy. Wiele razy opowiadałam o tym reporterom. Mówiła jeszcze, żeby pożyczyć mu książkę, bo będę mogła po nią wrócić.

To jest, ale tej lepszej rady nie ma.

Szkoda. To cenna rada.

A ta wizyta u Grabickiego?

To było przykre spotkanie. Mieszkał przy więzieniu, widział spacerniak przez okno. To była kamienica śmierdząca gotowaną kapustą, robiła wrażenie slumsu. Mieszkanie było bardzo biedne, zastawione starymi meblami. Do żyrandola podczepiona była osobna żarówka, zapalana dla oszczędności. Miałam wrażenie zastarzałej biedy, jakby ten człowiek nigdy niczego się nie dorobił.

Spotykała się pani z nim w lutym 1989 r. Powiedział pani z satysfakcją, że los straconych w więzieniu jest jego osobistą tajemnicą. Osiem miesięcy później znajomy powiedział pani, że w Ministerstwie Sprawiedliwości powstaje lista zamordowanych w stalinowskich więzieniach po wojnie. Nie poczuła pani pewnego rodzaju rozczarowania, że informacje, których tak długo pani szukała, były gdzieś zapisane, że były na wyciągnięcie ręki…

Ale nie mojej. Ja cieszyłam się, że te informacje są, zostaną ujawnione, że nazwiska z tej listy zgadzają się z moją, stworzoną ze strzępów informacji. A poza tym lista nie odpowiadała na pytanie: gdzie pochowano tych ludzi?

Przeglądając pani dziennik, szybko zauważyłem, że powinienem patrzeć też na odwrotną stronę kartek, nie tylko na tę pierwszą. Tak natknąłem się na szkic nienapisanej książki pt. „Aktor w nowej roli”. Chciała pani napisać reportaż o aktorach, którzy w stanie wojennym stworzyli na pół konspiracyjny Teatr Domowy.

To był pierwszy temat, jakim zajęłam się po powrocie ze Stanów. Byłam na kilku przedstawieniach tego teatru. Pomyślałam, że to może być temat na niewielką książkę reporterską. Aktorzy opowiadali mi o tym, jak się skrzyknęli, jak organizują swoje przedstawienia, kto ich zaprasza, bo występowali w różnych środowiskach: w remizach, w kościołach, w inteligenckich mieszkaniach. Jak ich milicja tropi… To były dość barwne opowieści, ale nie obudziły wystarczająco mojej ciekawości. W pewnym momencie Ewa Dałkowska, jedna z twórczyń tego teatru, powiedziała, żebym poszła do Korzenia, czyli profesora Bohdana Korzeniewskiego. Poszłam. I już po kilkunastu minutach rozmowy wiedziałam, gdzie jest temat. Moja ciekawość przeniosła się na fotelik w saloniku profesora Korzeniewskiego. Po trzeciej rozmowie umówiliśmy się, że zrobię z nim wywiad-rzekę.

Przewija się w nim motyw kolaboracji aktorów z kolejnymi władzami: najpierw okupacyjnymi, a później z kolejnymi wcieleniami władzy komunistycznej. Wynotowałem sobie cytat z jednego z pani pytań do profesora. „Kolaboracja kojarzy się nie tyle ze zdradą zasadniczych wartości, ile z brakiem cnót cywilnych i brakiem dobrego gustu. Kolaborant w ten sposób rozumiany jest godzien politowania, w większej grupie może jednak spełnić groźną rolę, jeśli jest zręcznie wykorzystywany. Czy aktorzy występujący w teatrzykach spełniali taką rolę?” – pyta pani profesora Korzeniewskiego. A ja pomyślałem w tym miejscu o dziennikarzach pracujących w PRL. Czy należałoby przeprowadzić z kimś taką samą rozmowę o was?

Zależy o których. Byli dziennikarze, którzy zdecydowanie kolaborowali. Tacy, którzy robili sprawozdania z procesów politycznych. To teksty, w których bohaterowie prezentowani są jako gady, zwyrodnialcy. To artykuły niegodne najgorszego pismaka, a pisali je znani dziennikarze, niektórzy o ważnych nazwiskach. To na pewno można nazwać kolaboracją, ale należy zastanowić się, czy robili to dla pieniędzy, dla władzy, czy byli komunistami, którzy w to wierzyli.

Później, po odwilży, można już było być dziennikarzem, nie hańbiąc się. Były dziedziny, w których można było zachować twarz. Taką dziedziną był reportaż.

Co pani myślała o zawodzie, idąc na studia dziennikarskie w latach 50.

Marzyłam o tym, żeby się wyrwać z Białej Podlaskiej i zostać dziennikarką sportową. Jeździć po świecie, bo dziennikarze sportowi jeździli. Pisać, jak Marusarz skacze na wielkiej skoczni w Norwegii.

To dlaczego pani nią nie została?

Przyjechałam do Warszawy, zobaczyłam wielkie miasto i sport jakoś przestał mnie interesować.

Nasz rektor powiedział nam w 1953 r., że będziemy oczkiem w głowie partii. Ale specjalnie nas to nie przeraziło. Mieliśmy dystans. Byliśmy młodzi, byliśmy razem, byliśmy w Warszawie. Tyle tu się działo! Nie wychodziliśmy z teatrów, z kin, chodziliśmy na kiermasze książek. Można było spotkać Staffa, Tuwima, Gałczyńskiego, Dąbrowską, chociaż szybko poumierali. Zapomniałam o tej skoczni w Norwegii.

I o byciu oczkiem w głowie partii.

Teraz wiem, jak groźnie to brzmiało. A wtedy spłynęło po większości z nas jak woda po gęsi.

Nasz rektor powiedział nam w 1953 r., że będziemy oczkiem w głowie partii. Ale specjalnie nas to nie przeraziło. Mieliśmy dystans.

Małgorzata Szejnert

To prawda, że z pierwszej redakcji wyrzucono panią jako niezdolną?

I mieli rację. Nie umiałam szybko zbierać informacji i pisać tekstów informacyjnych. Wyrzucili mnie z „Kuriera Polskiego”, ale litościwie, bo nie na ulicę, tylko do „Tygodnika Demokratycznego”. To była nudna, martwa gazeta, organ Stronnictwa Demokratycznego. Publikowano w niej przemówienia członków Stronnictwa, teksty programowe, wiernopoddańcze teksty o rozwoju rzemiosła w Polsce. Przyjęli mnie tam i nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Powiedziałam, że będę pisać reportaże o wielkich budowach socjalizmu. Przyjęto to z radością.

Oczywiście.

I ja byłam zachwycona. To było takie ciekawe! Na przykład budowa elektrociepłowni w Turoszowie. To, co tam się działo, na tych wielkich odkrywkach… Nie opisywałam tego ideologicznie. Po prostu pisałam, jak wygląda zwałowarka. Nikt tego nie wiedział. Pan wie?

Ja nawet nie wiem, co to jest.

To niech pan przeczyta mój reportaż. Zadziwi się pan.

Poznałam wtedy kawał Polski. To były teksty cenzuralne, tak. Wyrażały rozmach tego kraju. Pisałam o budowie rafinerii w Płocku, azotów w Puławach… Właziłam na rusztowania, jeździłam motocyklem z inżynierami, brodziłam w błocie. Tak doszłam do reportażu. To była bardzo dobra szkoła.

Pierwszym pani głośnym tekstem była „Mitra w kapeluszu”. W 1973 r. opublikowała go „Polityka” i wybuchła straszna awantura: „Oto «Polityka» zamieściła żartobliwy raczej reportaż niejakiej Małgorzaty Szejnert o żyjących aktualnie rodzinach arystokratycznych w Polsce. Było to głupstewko, ciekawostka, lecz oto nagle «Trybuna Ludu» uderzyła w dzwon (głupoty), za nią poszła «Kultura» i pewno to jeszcze nie koniec. Idiotyzmy wypisują niebotyczne, w istocie rzeczy partię naszą podrażnić musiał fakt przedstawienia resztek «arystokracji» jako jakiegoś zwartego klanu – a w tym ustroju, jak wiadomo, żadnych klanów być nie może, poza jedną jedyną odgórną mafią partyjną” – napisał Stefan Kisielewski w dzienniku.

Drugi odcinek poszedł 1 maja. Na trybunie pierwszomajowej ambasador sowiecki zbeształ Jerzego Łukaszewicza, ówczesnego sekretarza Komitetu Centralnego odpowiedzialnego za prasę. Zrugał go, że to prowokacja, by w święto ludu pracującego zajmować się arystokracją. Łukaszewicz podobno wezwał Mieczysława Rakowskiego, naczelnego „Polityki”, i Rakowski stracił nagrodę państwową, którą miał dostać. Potem zlecono rozmaitym dziennikarzom pisanie tekstów polemicznych. Mam ich całą teczkę. Mogę panu to pokazać.

Bardzo chętnie. (Patrzymy w wycinki) „Nieodpowiedzialny, bałamutny tekst”…

To napisał mój kolega, Jakub Kopeć. Później spotkaliśmy się w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Podszedł do mnie i mówi: „Pani Szejnert – a byliśmy na ty – dałem ciała”.

Tu jest jakaś pani odpowiedź.

Ale nie była opublikowana, bo wtedy na moje nazwisko wprowadzono zapis. Mogłam dalej pisać reportaże, ale nie mogłam odpowiadać na krytykę. To była bardzo szczelnie przeprowadzona akcja.

Przecież to dom wariatów, a nie dziennikarstwo.

Cały PRL był domem wariatów. W stanie wojennym władza chciała potraktować nas łaskawie. Dostaliśmy odprawę i zaproszono nas do biura RSW „Prasa” po przydział oleju spożywczego. Staliśmy w kolejce na schodach, wybitni dziennikarze, wielkie nazwiska. Wszyscy z butelkami. Kazali przynieść.

Jest jeszcze jedna rzecz, o którą zawsze chciałem panią zapytać. Jak to się stało, że kiedy już można było pisać, co się chciało, pani przestała?

Zajęłam się tworzeniem „Gazety”. To było najważniejsze.

Przedtem była pani szefową działu reportażu w „Literaturze”. I to nie przeszkadzało pisać.

Co to było za szefowanie… Nie ma żadnego porównania. W „Literaturze” pracowali doświadczeni, wybitni autorzy. Czytałam te teksty dla porządku i oddawałam do sekretariatu. To nie była żadna praca.

W porównaniu z wychowaniem pokolenia reporterów.

Praca w „Gazecie” była mordercza. Nigdy w życiu nie pracowałam tak intensywnie jak wtedy.

Przez kilka miesięcy szefową działu reportażu w „Gazecie” była Hanna Krall.

Zorganizowała ten dział, ale pozostawiła mi go, bo wolała pisać. Prowadzenia działu reportażu w „Gazecie” eliminowało pisanie. Trzeba się było zaangażować na sto procent.

Podobno największym komplementem, jaki mogła pani powiedzieć reporterowi, było stwierdzenie, że jego tekst jest drukowalny.

To przesada.

Przepraszam, był jeszcze jeden. To o rozliczaniu delegacji. „Ty to potrafisz tak tanio wyjechać”.

(Śmiech) Komu tak powiedziałam?

Magdalenie Grzebałkowskiej.

Tak?

Nadali pani przezwiska.

Wiem… „Chłodnia”.

I jeszcze jedno.

Może niech mi pan nie mówi…

„Królowa Śniegu”.

Bardzo ładny, romantyczny. Ale to nieprawda, że byłam aż tak ostra. Nawet komuś kupiłam tort za ładny tekst… Bardzo się cieszyłam, jak dobrze pisali. Ciągle się cieszę.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 353

(41/2015)
13 października 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj