Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Wyznania kobolda. Recenzja...

Wyznania kobolda. Recenzja „Dzienników” Szczepana Twardocha

Łukasz Kowalczyk

O Szczepanie Twardochu nie dowiedziałem się z „Dzienników” wiele. Nie próbowałem nawet. Nie uchodzi podglądać kogoś, kto sobie tego nie życzy. Zaniepokoił mnie natomiast pewien widoczny w „Dziennikach” symptom – nieuprawnione poczucie powinowactwa z Sándorem Máraim.

Twardoch_okladka

Oszustwo

Dziennik. Diariusz. Pierwotnie chodziło o codzienną porcję strawy należną rzymskiemu żołnierzowi. Tyle znaczy diarium.

Nowa książka Szczepana Twardocha ma wybitnie nietrafiony tytuł. Nie jest ani o wielorybach, ani o ćmach. Co ważniejsze – nie jest też dziennikiem. Wpisy w „Dziennikach” bywają rzadkie jak białe niedźwiedzie na Szpicbergenie (na przykład w inauguracyjnym roku 2007 pojawiła się w dziele Twardocha zaledwie jedna nota), ale to jeszcze nie stanowi wystarczającego powodu, żeby odmówić im tego miana.

Jest dużo istotniejsza przyczyna. Te zapiski, inaczej niż w przypadku diarium, nie są prowadzone linearnie, nie realizują się w czasie i nie są podporządkowane życiu. Oczywiście pojawiają się w nich daty roczne i odniesienia do zdarzeń punktowych (choćby narodziny synów, ukończenie prac nad kolejnymi książkami, podróże). Niemniej jednak podczas lektury nie zaobserwujemy, jak upływ czasu zmienia piszącego i jego język, jak kształtuje u niego odbiór zdarzeń w latach kolejnych. Nie będziemy mogli tropić emocji, które rosły przez lata, a następnie słabły wraz z czasem. Wreszcie – nie zobaczymy, jak wykolejają się lub realizują plany i zamierzenia Twardocha.

Nie twierdzę, że „Dzienniki” to zbeletryzowana biografia. Znajdziemy w nich opisy faktów i konkretnych zdarzeń. Punkty ich zaczepienia bywają trywialne, niczym ze świata czasopism lajfstajlowych, względnie miejskiej prasy lokalnej i to ma nas zapewne przekonać, że autor nie sili się na nic wielkiego. Ot, dziennik. Opowiada o podróżach mniejszych (po kraju), średnich (Bergen) i większych (Szpicbergen), spotkaniach przy winie i stekach (jak można domniemać, ani zbyt krwistych, ani wysmażonych – w pół drogi między Bachusem a Apollem), statusie ekonomicznym własnym, stratyfikacji społecznej młodych Polaków, zjawisku suburbiów, swojej niechęci do polityki i aktywności społecznej. Wtajemnicza nas w rodzinne powikłane historie, wałkuje z nami modny fenomen Śląska. Wreszcie, pobudzony peregrynacjami, zachwyca się gotykiem i niderlandzkim malarstwem. Jawi nam się niczym, toutes proportions gardées, Iwaszkiewicz z jego „Dzienników” (minus życie miłosne i zjadliwość). Względnie przywoływany przez Twardocha Sándor Márai.

Ale to nie są dzienniki. Autor opisujący te zdarzenia powraca do określonych tematów, tak jakby żył gdzieś poza czasem i poza czasem supłał z nich literackie węzły. Sposób obrazowania tych węzłów prezentowany w „Dziennikach” jest zresztą, dzięki temu, interesujący. Wpisy często nie ograniczają się do opisu zdarzenia, anegdoty, bon motu czy luźnych myśli. Bywają ubrane w kostium filozoficznej rozprawki, historycznego minieseju lub fabularnego opisu snów, wreszcie – żalów czy filipik przeciw czemuś lub komuś (często sobie samemu).

Dzięki temu poruszana przez Twardocha tematyka zyskuje na znaczeniu: podróże pozwalają mu mówić o zakorzenieniu, alkoholowe peregrynacje z przyjaciółmi stają się antycznymi sympozjonami, możność życia z pisania pomaga stawiać pytania o tożsamość. Deklaracje autora stają się przez to wieloznaczne, ale nabierają też większego ciężaru – trudniej je zbyć wzruszeniem ramion jako luźną impresję. Na przykład deklarowanej ideowej gnuśności autora („[…] nie troszczę się o nic wielkiego”) idzie w sukurs jego rozbudowana i w kilku miejscach ponawiana refleksja historiozoficzna („nic się nie zmienia”, „Wieczny Powrót”, „konieczny smutek konserwatyzmu”), tejże refleksji na pomoc biegnie z kolei Ernst Jünger (i oczywiście Márai). W rezultacie znika nam z pola widzenia nieufny bon vivant unurzany w sarmacko-hipsterskim sosie, a pojawia się przed nami autorefleksyjny stoik-konserwatysta, którego Le Bon i La Rochefoucauld zmuszają do umycia rąk. A może się tylko z nami droczy? Może by je chętnie w czymś zanurzył?

Inżynier duszy swojej

Ta rozległość instrumentarium, ta inżyniersko-adwokacka biegłość w obronie spraw swoich i małych mogą denerwować. Co gorsze, zamieniają tę książkę w obóz warowny, do którego nie sposób się wedrzeć: o wnętrzu (za przeproszeniem) Szczepana Twardocha niczego niepodobna się dowiedzieć. Są bowiem „Dzienniki” dziełem o przemyślanej synchronicznej konstrukcji. Nie ma tam żadnego trzepotania myśli, nie ma szczelin, niekonsekwencji.

Niemniej uważam, że powroty do tych samych tematów przysługują się znakomicie literackiemu wymiarowi tej książki. Niechże sobie ona nie będzie dziennikiem, niechże będzie ona achroniczna, i niech polega na żonglerce od roku 2007, przez lat osiem, piłeczkami tych samych tematów. Żonglerka jest na tyle sprawna, że warto na nią popatrzeć. Zanim zdążymy postawić oczywisty zarzut, że to pretensjonalne, że to licealne, że tak nie wolno, że jeśli się niegotowym odpuścić kreacje, zdziać zbroje, to po prostu na dziennik za wcześnie – znika rozdrażnienie. Pojawia się w jego miejsce szacunek dla rzemiosła. Twardoch (zapewne w oparciu o pierwotne jakieś zapiski) wykonał kawał dobrej inżynieryjnej roboty, którą znamy z jego beletrystyki. Precyzyjnie skonstruował bohatera. W przypadku tej książki, pracował jawnie na sobie, więc najpewniej to z siebie rzeczywistego wyjął nici i powiązał je tak osobliwie, że utkał z nich postać literacką. Postać ta ma miłosny stosunek do rzeczy i ambiwalentny stosunek do ludzi. Postać ta objęła „Dzienniki” we władanie niepodzielnie i rządzi nimi umiejętnie, choć despotycznie. To owa postać jest autorem tej książki.

Twardoch-Márai albo o sprzeczności cząstek elementarnych

O samym Szczepanie Twardochu nie dowiedziałem się więc z „Dzienników” wiele. Nie próbowałem nawet. Uważam, że ze zwykłego ludzkiego szacunku nie uchodzi podglądać kogoś, gdy ten sobie nie życzy. Przyjemność lektury powierzchownej, cieszenia się zgrabną myślą, radość z rozpoznania rozterek i uroków naszej własnej codzienności były dla mnie wystarczającą motywacją do tego, by czytać jego tekst z zadowoleniem.

Zaniepokoił mnie natomiast pewien widoczny w „Dziennikach” symptom. Mianowicie poczucie powinowactwa z Sándorem Máraim.

Twardoch nie tylko zestawia swoje „Dzienniki” z „Dziennikiem” Sándora Máraiego, ale sam porównuje się z jego autorem. Uparcie i na różne sposoby ujawnia stałą obecność książki Máraiego w swoim życiu. Po pierwsze przytachał książkę Máraiego na Szpicbergen. To akt odwagi i przejaw dezynwoltury (zważywszy na ciężar plecaka oraz wspominane nawiasem niedźwiedzie). Po drugie deklaruje, że od lat dziewięciu oddaje się lekturze Máraiego w drodze rytualnej praktyki, nie rzadziej niż co miesiąc. Ponadto, Twardoch wyjaśnia, że jeden z jego przyjaciół zwykł go zwać Szandorkiem, i widzimy, że autor „Morfiny” cośkolwiek w cieple tego porównania się grzeje. Wreszcie – stwierdza otwarcie: „«Dziennik» (nie własny, lecz Máraiego «Dziennik») mnie zmienił”. Na tym jednak nie koniec: Twardoch jednoczy się z Máraim przez halucynację („minęło pięć lat jak się znam z Máraim”) i przez zaprzeczenie (zdaje się mówić: „jest ten Márai zupełnie do mnie niepodobny”) .

To pobratymstwo wynikające z szeregu iluzji – już to ze wspólnej wizyty na Szpicbergenie, już to ze wspólnej przynależności do klasy średniej – to jakiś niesłychany humbug lub nieporozumienie. Szczepan Twardoch i Sándor Márai są duchowo i literacko diametralnie różni i żadnego głębszego pokrewieństwa w pisarstwie Twardocha i Máraiego nie mogę się dopatrzeć.

Márai to geniusz krótkiej frazy, zamknięty do śmierci w świecie przedwojnia i patrycjatu (tak jak rozumiała go ówczesna Mitteleuropa). Obserwuje uważnie jego rozpad, zawsze jakoś z góry, będąc ponad, a jednocześnie namacalnie tego rozpadu doświadcza. Widzi dwukrotną śmierć ojczyzny i swojego miasta, śmierć syna, a następnie, po 60 latach małżeństwa, śmierć żony. Márai stawiał sobie za wzór tych, co transcendują. Jak pisał w „Dzienniku”: „Istnieją trzy drogi życia: Odyseusza, Jezusa i Fausta. Reszta to podatnicy”. Albo unosimy siebie i innych do królestwa nie z tego świata, albo rzucamy wyzwanie doczesności, oddając duszę na pożarcie niewiecznotrwałej chwili, albo – w najgorszym wypadku – puszczamy  się w rejs poza granice znanego świata.

Twardoch natomiast to prozaik, który nie ma żadnego problemu z byciem blisko ziemi. Niedziwne to, bo w swojej prozie wszystko, co niepokojące, bierze z głębi ziemi, z jej tektoniki i ciężaru. Jest gadatliwy także w swoich książkach – zagaduje w nich ich temat, którym wiecznie (ale zawsze w inny sposób) pozostaje ziemia. Ziemia karmicielka, która wsącza w nas swoje soki, karmi nas tym, co dobre i tym, co zabójcze, a my nie potrafimy się przed tym obronić, bo nie potrafimy żyć bez korzeni. Ziemia schronienie, w którym możemy się ukryć przed spojrzeniami Innych, chcących nas ocenić lub ubrać w społeczne formuły. Wreszcie, ziemia grób, do którego wchodzimy za życia, by w takiej niewygodnej pozycji walczyć ze śmiercią. Nie znam bardziej chtonicznego polskiego pisarza niż Twardoch. Takiego, który podobnie silnie jak on odczuwałby, że to, co porusza się po wierzchu, to, co jest nieważne i ulotne, zawsze poddane jest podziemnej tektonice. I że to, co pod powierzchnią, jest pełne napięć tworzących szczeliny, które biegną wewnątrz narodu, a kiedy indziej wewnątrz poszczególnego człowieka. Niczym mądry kobold, wie on, że górne idee i polityczne namiętności to polor, blichtr i oszustwo. Ważne jest to, co obok nas, co namacalne, co mamy w garści, bo właśnie to jest realne i w tym sensie uczciwe. Wartością, o którą warto zabiegać, jest smocze złoto, a nie ambrozje olimpu lub sława podróżnika.

Tego by Sándor Márai ani nie zrozumiał, ani nie pochwalił. Dla Máraiego kobold zostanie tylko podatnikiem. A przecież kobold nim nie jest. Jest synem Anteusza, dłużnikiem czwartego elementu, istotą, która za nic ma niebo Jezusa, alchemiczny i namiętny ogień Fausta czy ocean Odysa, trzymający mocno w garści wielokształtną, ciężką prawdę ziemi. Oby kobold nie dał się złapać na światowe sztuczki. Oby nie papugował Máraiego. Oby dał spokój lgnącym do ognia ćmom i przemierzającym głębie wielorybom. Zamiast tego niech patronuje mu coś podziemnego. Drzemiący smok. A jeszcze lepiej kret. Ja bym się tego trzymał.

 

Książka:

Szczepan Twardoch, „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

 


 

Przeczytaj recenzję „Dracha” Szczepana Twardocha:

Twardoch_Drach

Wojciech Engelking „Na ciele Behemota”

Jedyną możliwą ramą dla świata z powieści Szczepana Twardocha jest niejasna sytuacja, którą u Hobbesa zauważył Schmitt: świat „Dracha” to świat, w którym nie rządzą już biologia i prawo natury, ale w którym nie rządzi jeszcze Lewiatan. Rządzi w nim Behemot, odbierający podmiotowość polityczną jednym, by dać ją drugim, kontrolujący chaos wedle sobie tylko znanych reguł. Jak biblijny Jonasz znalazł się w brzuchu Lewiatana – symbolu zła, którym Jahwe potrafił zarządzać, uczynić z monstrum swojego sługę – tak stąpający po ciele Behemota bohaterowie „Dracha” Szczepana Twardocha stąpają po skórze potwora, którym nie potrafi zarządzać nikt, oprócz niego samego.

 


 

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 355

(43/2015)
27 października 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj