Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Translatorski alembik. O...

Translatorski alembik. O antologii „O nich tutaj”

Piotr Kieżun

„O nich tutaj” to zbiór najważniejszych tekstów z dziedziny krytyki przekładu publikowanych na przestrzeni lat w „Literaturze na Świecie”. Są wśród nich recenzje miażdżące i pochwalne. Wszystkie łączy jeden cel – troska o kondycję polskiej literatury.

O nich tutaj_okladka

Zdumiewające jest, jak bardzo za sprawą telewizji przyzwyczailiśmy się do widoków, które jeszcze pięćdziesiąt lat temu uznano by za skandal. Seks i przemoc nie stanowią dla nas tabu i nawet kiedy obrazek wydaje się nam gorszący, zachowujemy się jak Leontios z „Państwa” Platona, który w drodze do Pireusu spostrzegł trupy wokół domu kata: „Równocześnie i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak długo walczył z sobą i zasłaniał się, aż go żądza przemogła i wytrzeszczywszy oczy przybiegł do tych trupów i powiada: «No, macie teraz, wy moje oczy przeklęte, napaście się tym pięknym widokiem»”.

Pasiemy więc swoje oczy spokojnie przed telewizorami i wydaje się, że naprawdę niewiele jest nas w stanie poruszyć. A jednak są sceny, które powodują mimowolny skurcz żołądka, grymas fantomowego bólu i chęć natychmiastowego wyłączenia odbiornika. Mało kto znosi z kamienną twarzą widok delikwenta, który robi z siebie (albo daje z siebie robić) durnia, czyli koncertowo się ośmiesza i wiedząc o tym, traci rezon, gubi wątki, bełkocze coś pod nosem – jednym słowem pogrąża się bez szansy na zachowanie twarzy. Taki widok jest widokiem dla ludzi o stalowych nerwach.

Dla ludzi o stalowych nerwach jest również antologia „O nich tutaj”, będąca zbiorem najważniejszych tekstów z lat 1984–2015 z dziedziny krytyki przekładu autorstwa redaktorów i współpracowników miesięcznika „Literatura na Świecie”. Od razu wypada zastrzec – nie, nie dlatego, że ośmieszają się jej autorzy. Wręcz przeciwnie. Sądy wypowiadają pewnie i ze znawstwem, tak że czytelnik od razu ma wrażenie, że obcuje z pierwszą ligą polskich tłumaczy, która wie o czym i – przede wszystkim – w jakim celu pisze. Gorzej z autorami przekładów, które zostały w antologii wzięte na celownik. Tu przynajmniej w kilku przypadkach mamy do czynienia z widowiskiem tyleż finezyjnym, co intelektualnie brutalnym, zawsze bowiem brutalne będzie wykazanie tłumaczowi braku znajomości języka oryginału lub braku jakiegokolwiek językowego talentu.

Ginekologiczny wyczyn

Żeby nie trzymać czytelników w napięciu, od razu przejdę do kilku przykładów. Spragnionym mocnych wrażeń polecam w pierwszej kolejności lekturę tekstu „Sade w piekle chichocze, a ja biję na alarm” Andrzeja Siemka (nie mylić z bratem Markiem, specjalistą od filozofii niemieckiej). Jeśli miałbym użyć terminologii sportowej, powiedziałbym, że jest to walka bokserska z nokautem w pierwszej rundzie – bynajmniej nie technicznym. Tekst został opublikowany w 1999 r. i jest miażdżącą recenzją przekładowych poczynań grupy łódzkich „sadologów” z Bogdanem Banasiakiem i Krzysztofem Matuszewskim na czele, którzy w połowie lat 90. postanowili przetłumaczyć na język polski dzieła zebrane najsłynniejszego markiza światowego piśmiennictwa. Cel szczytny, gorzej z wykonaniem, czego Siemek – najwybitniejszy obok Ryszarda Engelkinga polski tłumacz XVIII-wiecznej literatury francuskiej – nie omieszkał skrzętnie wykazać.

Na rozgrzewkę dostało się również Markowi Bratuniowi, który w 1987 r. opublikował w Wydawnictwie Łódzkim „Justynę, czyli Nieszczęścia cnoty”. Trudno jednak było nie zwrócić uwagi na to „cudo” polskiego przekładu wznawiane, bagatela!, trzykrotnie. Jest to zresztą przypadek tłumaczenia, którego, by użyć eufemizmu, nieporadność są w stanie wychwycić nawet czytelnicy niezaznajomieni z oryginalnym tekstem. Wystarczy spojrzeć na styl i składnię kilku przytoczonych przez Siemka zdań, w tym takiego (ach, te ukochane gerundia): „Pani de Lorsange […] wyraziła cicho panu de Corville życzenie dowiedzenia się z ust samej dziewczyny historii jej nieszczęść”. Siemek jako znawca zagląda jeszcze głębiej i pokazuje, że Bratuń ma nie tylko kłopot z polszczyzną, ale również z samą francuszczyzną. Oto kilka perełek wyłowionych przez krytyka: „Zamiast «nikt nie stał na straży» powinno być «nikt na nas nie zwrócił uwagi» (personne ne prit garde à nous), a absurdalne w swym kontekście «spojrzał na mnie uniżenie» powinno brzmieć: «napawa się mym upokorzeniem» (me considère dans cette humiliation). […] plusieurs […] personnages to «kilka», a nie «większość» postaci; cachot to «loch», a nie uparcie powracający «karcer»; appartement to «pokoje», «mieszkanie», a nie «apartament»” (s. 194–195). Do annałów uszczypliwości powinno przejść jednak wypatrzone przez Siemka zdanie, którego skolacjonowanie z oryginałem pozwolę sobie przytoczyć w całości za autorem recenzji:

„Pisze de Sade:

La main dont il effleurait le temple qu’il paraissait vouloir attaquer s’égara alors sur toutes les parties adjacentes, il les égratignait; il en fit autant à ma gorge, il me la meurtrit tellement que j’en souffris quinze jours des douleurs horribles.

Przełóżmy:

Dłoń muskająca świątynię, którą zamierzał zrazu szturmować, zbłądziła wówczas ku wszystkim przyległym miejscom: drapał po nich, tarł też moją pierś, którą poranił tak bardzo, że przez dwa tygodnie cierpiałam straszne bóle.

Marek Bratuń zobaczył tu co innego:

Ręka penetrująca świątynię, którą – jak się zdawało – pragnął zaatakować, dotykała wszystkich przyległych wnętrzności. Pouszkadzał mi je, dotarłszy nawet do żołądka, który zmaltretował mi tak bardzo, że przez dwa tygodnie cierpiałam na straszne bóle”.

Komentarz Siemka pozostawię bez własnego komentarza: „Dumałem nad tym ginekologicznym wyczynem, którego nawet Sade by nie wymyślił” (s. 194).

Po tym preludium zarzuty wobec duetu Banasiak i Matuszewski wydają się raczej lekkie, choć nie pozbawione zupełnie ciężaru. Analizując przekład „Stu dwudziestu dni Sodomy” (wyd. Spacja, 1996), Siemek nie tylko wytyka błędy składniowe, które prowadzą do niedorzeczności („rajfurka wracała i podkasywała od tyłu dziewczynę”, a nie jej kieckę), ale również podstawowe błędy frazeologiczne („przekład wyrażenia passer un mauvais quart d’heure [«przeżyć ciężkie chwile»] na «spędzić przykry kwadrans»”, s. 200) i przede wszystkim anachronizmy, wynikające z nieznajomości języka epoki, jak w przypadku rzeczownika embonpoint. „Wszędzie natykamy się – pisze Siemek – na prostackie «tusza» i «otyłość», a czytelnik widzi niezborność sformułowań «ciało najcudowniej otyłe» czy «miał jego młodzieńczość i tuszę». Przecież embonpoint to wówczas niemal kategoria estetyczna, obecna na każdym kroku w opisach postaci, zwłaszcza kobiecych: może się wiązać z tuszą, ale to przede wszystkim krągłość ciała, to prężność kształtów, pełnych i rozkwitających, to niekiedy także synonim zdrowia i pogody ducha” (s. 200–201).

Czy to jeszcze Dostojewski?

Przy tych przypominających krwawe MMA zmaganiach Siemka z przekładem de Sade’a tekst „Fiodor na ciepło” Gondowicza to raczej klasyczne zapasy, niepozbawione jednak wymyślnych nelsonów, suplesów i japońskich kluczy. Ofiarą krytyka pada tym razem Zbigniew Podgórzec i jego przekład opowiadań i opowieści Dostojewskiego wydany w 1999 r. w Wydawnictwie Dolnośląskim. Podgórzec wielkim znawcą duszy rosyjskiej jest, jak stwierdza uczciwie Gondowicz, lecz – jak się okazuje – znawstwo to nie chroni przed zgubną pokusą „rozbudowy retorycznej strony oryginału” (s. 265). Przykłady, podane w recenzji obok roboczego, dosłownego tłumaczenia Gondowicza, są tyleż zabawne, co niepokojące (s. 265).

Gondowicz (dosłownie za Dostojewskim):

„Była cudowna noc – noc taka, jaka zdarzyć się może bodaj tylko wtedy, gdyśmy, najmilszy czytelniku, młodzi”.

Podgórzec:

„Rzeczywiście noc była przecudna. Podkreślam to tutaj z całym naciskiem najmilszy mój czytelniku, gdyż zaliczyć ją należało do rzędu tych zjawiskowo pięknych nocy, których nieodpartemu czarowi ulegają ludzie jedynie w bardzo młodym wieku”.

Gondowicz (dosłownie za Dostojewskim):

„To także młodzieńcze pytanie, najmilszy czytelniku, nader młodzieńcze, lecz oby jak najczęściej zsyłał je Pan twej duszy!…”.

Podgórzec:

„To również jest jedno z tych pytań, które człowiek zadaje sobie właściwie prawie wyłącznie w latach młodości. Niech Bóg jednak sprawi, luby czytelniku, by tego rodzaju pytania jak najczęściej nawiedzały twoją duszę!…”.

Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze uwagę Gondowicza o tym, że Podgórzec kompletnie gubi w swoim przekładzie użycie przez Dostojewskiego skazu, a więc „iluzji narracji mówionej, polegającej na imitowaniu opowieści kogoś, kto niezbyt włada literacką mową, a przy tym w zapale nie kończy fraz” (s. 266), to warto się zastanowić, czy czytając Podgórca, nadal jeszcze czytamy Dostojewskiego?

Przekład – poważna rzecz

Tyle przykładów, których z czterdziestu zamieszczonych w tomie tekstów dałoby się uzbierać cały zeszyt. Zresztą nie wszystkie dotyczą tak rażących błędów. Często przedmiotem rozważań jest po prostu strategia przekładowa. Obok wymienionych wyżej szkiców Siemka i Gondowicza, którym swoją uszczypliwością dorównują chyba tylko teksty Tomasza Swobody o przełożonych przez Rymkiewicza wierszach Lorki, Ryszarda Engelkinga o przekładach Flauberta, Adama Lipszyca o przekładach Celana pióra Ryszarda Krynickiego i Jacka St. Burasa o Rilkem Pomorskiego, warto więc sięgnąć po recenzje, w których autor nieco łagodniej obchodzi się z dziełem tłumacza. Myślę tu przede wszystkim o eleganckim, choć krytycznym tekście Magdy Heydel na temat przekładów wierszy Emily Dickinson autorstwa Stanisława Barańczaka. W tomie nie brakuje też pochwał. Marek Bieńczyk chwali Ryszarda Engelkinga (za Flauberta), Jakub Ekier – Małgorzatę Łukasiewicz (za Roberta Walsera), Jerzy Jarniewicz – Aleksandrę Ambros (za Angelę Carter).

Całość nie jest jednak, jak mogłoby się wydawać, jedynie polowaniem na chybione frazy, potknięcia i językowe niezręczności. Lektura „O nich tutaj” pokazuje aż nadto wyraźnie, że troska o przekład to rzecz o wiele poważniejsza i stawką nie jest tu ten czy inny błąd składniowy. Stawką jest obecność w polszczyźnie największych dokonań światowej literatury, a więc kondycja polskiej kultury jako taka.

Poboyowisko

Brzmi to być może patetycznie, ale trudno nie użyć wielkich słów, gdy uświadomimy sobie, jak wielki wpływ ma tłumaczenie na odbiór danego dzieła. Najlepszym tego przykładem jest dorobek translatorski pisarza, którego zasług nikt nie ośmieliłby się podważyć – Tadeusza Boya-Żeleńskiego. W antologii autorów „Literatury na Świecie” zamieszczono aż dwa teksty poświęcone autorowi „Słówek”, jeden pióra Andrzeja Siemka, drugi – Marka Bieńczyka.

Bieńczyk skupia się na szczególe, a więc na sprawie, jak sam to nazywa, „czyszczenia arcydzieła”, którym w tym przypadku są „Niebezpieczne związki” Laclosa. Jest to rzecz w światku tłumaczy doskonale znana, notabene dzięki Andrzejowi Siemkowi. Ten ostatni odkrył bowiem, że Boy nie tylko przetłumaczył, ale także skrócił arcydzieło XVIII-wiecznej francuskiej literatury, przykrawając Laclosa do swoich własnych wyobrażeń libertyna racjonalisty. A libertyn, wiadomo, nie może przecież popaść w zbytni moralizm, jak dzieje się to na przykład w usuniętym przez Boya „Liście XXXI”, gdzie skruszona pani de Merteuil dokonuje swoistego rachunku sumienia. Szkopuł w tym, że „Niebezpieczne związki” są właśnie powieścią o moralizatorskim, russoistycznym z ducha zapędzie.

Siemek pisze o Boyu szerzej, pochylając się nad całą jego translatorską spuścizną. Dopiero tutaj widać, jakie piętno na naszym wyobrażeniu o największych dziełach literatury francuskiej odcisnął ten tłumacz. Jego „Kubuś Fatalista…”, do którego tak się przyzwyczailiśmy, jest jowialny, lekki, zabawny, rzec by nawet można – krotochwilny. Wszystko przez sarmatyzmy Boya, zdrobnienia (Kubuś zamiast Jakuba lub nawet Kuby, które lepiej odpowiadałyby w tym przypadku francuskiemu Jacques), czy „erupcję dyskursu”, jak nazwał to Siemek:

„Tłumacz czuje ustawiczną potrzebę dopisywania, przedłużania właśnie – odziania autora do końca w ubranko, które mu po trosze sam skroił. W krańcowych przypadkach rodzi się jakowyś tekst wtórny, naddany, radosne ukonkretnienie wizji własnej: Jacques était levé – «Kubuś prawie już zdrów siedział w fotelu»; Tu es installé au château de Desglandes – «Siedzisz tedy w zamku pana Desglandes jak u Pana Boga za piecem». Przy tym aż się prosiło, zgodnie ze schematem «szlachta – lud», wzmocnić plebejskość tekstu, zaakcentować go ludycznie i rubasznie” (s. 76).

Zamiast zatem tekstu, którego zasadniczym rysem jest, jak pisze Siemek, „intensyfikacja i koncentracja” języka, dostajemy rozgadany rokokowy bibelot z sarmacko-chłopskimi inkrustacjami.

Podobnie rzecz się ma z Boyowskim przekładem Villona, o którym pisała swego czasu Anna Drzewicka. W swoim tekście Siemek przypomina za autorką, że istnieje „kontrast między Villonem «schłopionym» przez Boya […], Villonem «pół-dawnym, pół-sielskim», «chudziakiem ubogim», a Villonem nieźle wykształconym, sypiącym aluzjami i cytatami, nie «żaczyną», ale raczej «scholarzem», jak tłumaczy Jacek Kowalski słowo escollier we współczesnym przekładzie «Legatów»” (s. 76).

Krytyka przekładu jako wyzwanie

Laclos, Diderot, Villon… Kto jeszcze? Proust, Monteskiusz, Stendhal, Pascal, Montaigne. Nad wszystkimi unosi się cień Boya-Żeleńskiego i jego stylistyczne oraz ideowe predylekcje, które nie zawsze idą w parze z „językowym pulsem oryginału” (s. 77). Czy to źle? Niekoniecznie. Jest bowiem trochę prawdy w wyświechtanym już nieco powiedzeniu, że omnis traductor traditor i tak naprawdę należy się z tym pogodzić. Jak lubi mawiać Jerzy Jarniewicz, czytając polski przekład sztuk Szekspira pióra Barańczaka, czytamy koniec końców tekst Barańczaka, z całym Barańczakowym bagażem językowych doświadczeń, a nie tekst Szekspira, który nie pisał po polsku. Innymi słowy, przekład zawsze będzie nosił indywidualny rys nadany mu przez tłumacza.

Ten sam przekład nadal jednak pozostaje czymś, co jest produktem tajemniczego procesu transsubstancjacji jednego języka w drugi, gdzie ważne są oba elementy. Nadal więc możemy zasadnie pytać, jak czyni to choćby Jakub Ekier, czy w danym przekładzie „odtworzono oryginalną kreację” (s. 307). Takim zapytywaniem jest właśnie antologia „O nich tutaj”. Jest też zachętą do częstszego zaglądania na dno translatorskiego alembiku. I – co warto podkreślić – wyzwaniem rzuconym kolejnym pokoleniom tłumaczy. Odpowiedzią na krytykę przekładu powinny być bowiem nie tyle załamywanie rąk lub złośliwa Schadenfreude, ile nowe spolszczenia największych dzieł światowej literatury – dokonane z całą świadomością językowych pułapek, które czekają na kolejnych śmiałków.

 

Książka:

„O nich tutaj (książka o języku i przekładzie)”, wybrał i opracował Piotr Sommer, Instytut Książki – Literatura na Świecie, Kraków – Warszawa 2016.

 

Spis treści:
Piotr Sommer, „To jest wstęp”
Andrzej Siemek, „Alienacje neofilologa”
Piotr Sommer, „Tłumacząc krótkie wiersze Charlesa Reznikoff (pogadanka dla młodzieży)”
Jakub Ekier, „Czy wolno tłumaczyć Celana?”
Grzegorz Żurek, „Horacy, Katullus, Propercjusz? Uwagi rzemieślnika”
Andrzej Siemek, „Dumając nad Boyem: przekład jako wizja obowiązkowa”
Jerzy Jarniewicz, „Tytuł w przekładzie”
Andrzej Kopacki, „Przekład jako byt sceniczny”
Andrzej Kopacki, „Mała typologia wady”
Andrzej Sosnowski, „Próbując określić zawód, jaki sprawiają przekłady…”
Jacek St. Buras, „Zagłada Titanica (czyli z wycieczką do pracowni Grzegorza Prokopa)”
Małgorzata Borowska, „Kawafis Kubiaka, czyli «pochwała niemożliwości»”
Jacek St. Buras, „Polski Rilke, czyli próby latania”
Magda Heydel, „Dwieście wierszy Emily Dickinson (w opakowaniu)”
Maria Dąbrowska-Partyka, „Pułapki lojalności”
Zbigniew Machej, „Seifert dla wzrokowców”
Andrzej Siemek, „Sade w piekle chichocze, a ja biję na alarm”
Łukasz Sommer, „Powrót Väinämöinena?”
Andrzej Siemek, „Barthes polskim znakiem wyrażony”
Jan Gondowicz, „Fiodor na ciepło”
Edward Balcerzan, „Przeklęte olśnienia”
Jerzy Jarniewicz, „Przekład”
Marek Bieńczyk, „Chirurg wiecznie żywy”
Jakub Ekier, „Tekst jako wyjście”
Łukasz Sommer, „Czysty rozum w pajęczynie sufiksów”
Tadeusz Pióro, „«Owo kakao stworzenia» (ku nowym przekładom Ulissesa)”
Katarzyna Jakubiak, „Polskie przygody Niewidzialnego”
Marek Bieńczyk, „Liny na burcie”
Łukasz Sommer, „Tysiąc kwiatów, sto poglądów, sześć i pół języka”
Jerzy Jarniewicz, „Król Rybak u pani Tumidaj, czyli cały Eliot”
Piotr Paziński, „Projekt Cylkow”
Tomasz Swoboda, „Mroczny Blanchot”
Ryszard Engelking, „Dom pani Aubain”
Mikołaj Wiśniewski, „Lektura na trzy ręce”
Tomasz Swoboda, „Duch hiszpański Rymkiewicza”
Jerzy Jarniewicz, „I inne głosy”
Mikołaj Wiśniewski, „Metoda Schuylera”
Tadeusz Pióro, „«Ln» na «L(n—2)»”
Adam Lipszyc, „We przekładzie”
Marcin Szuster, „Przekład i duch uogólnienia”
Pär Sommarkvist, „Nasi polscy poeci szwedzcy (materiał zamówiony)”

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 378

(14/2016)
5 kwietnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj