Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Pawłowski we wtorek]...

[Pawłowski we wtorek] To nie jest polityczna emerytura. O „Szczerze” Donalda Tuska

Łukasz Pawłowski

Pierwsze wrażenie po lekturze książki Donalda Tuska? To książka nie tyle o czymś, co przede wszystkim po coś. Nie wiem, jakie plany polityczne ma były premier, ale na polityczną emeryturę się nie wybiera. Wielu się z tego powodu ucieszy. Samej książce to jednak nie pomaga.

„Dzienniki najlepiej publikować pięćdziesiąt lat po śmierci autora. Szczególnie w przypadku t a k i c h dzienników” [s. 5], pisze Tusk w pierwszym zdaniu swojej książki „Szczerze”. Nie sądzę, by te pół wieku po śmierci było jakąś uniwersalną regułą, ale faktycznie, zwykle lepiej zaczekać. Dzienniki, jeśli mają być nie tylko szczere, ale – przede wszystkim – kompletne, powinny poleżeć do czasu, gdy ich autor ma już za sobą karierę zawodową. Lub też jest na tyle pewny siebie, by faktycznie przyznać się do swoich sympatii, antypatii, a nade wszystko do swoich słabości i błędów. Tego w książce Tuska nie znajdziemy. Co więc znajdziemy?

Zacznijmy od formy, bo ona w niemałym stopniu determinuje treść. „Szczerze” to ułożony w porządku chronologicznym zbiór notatek spisywanych – jak twierdzi autor, na bieżąco – od 29 listopada 2014 roku do 29 listopada 2019, czyli od wyjazdu do Brukseli w celu objęcia stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej, po wybór na stanowisko szefa Europejskiej Partii Ludowej. Pięć intensywnych lat w życiu Tuska przetkanych gęsto rozmaitymi kryzysami międzynarodowymi, niespodziewanymi wynikami wyborów, zamachami terrorystycznymi i spotkaniami z najważniejszymi politykami świata. A jednocześnie pięć wyjątkowych lat w polskiej polityce – pierwsza samodzielna większość parlamentarna dla zwycięskiej partii, rewolucyjne plany PiS-u, konflikty wewnętrzne i na linii z Unią Europejską, polaryzacja społeczeństwa, przejęcie szeregu publicznych instytucji z Telewizją Polską na czele, nowe gwiazdy na politycznej scenie oraz ich spektakularne upadki.

A o tym wszystkim ma opowiadać zapewne jeden z najwybitniejszych polskich polityków ostatnich 30 lat, a z pewnością najbardziej – by posłużyć się terminologią sportową – utytułowany. Przepis na bestseller murowany.

Czy coś mogło pójść nie tak?

Niestety, coś właśnie jest z książką Donalda Tuska nie tak. Nie wątpię, że książka znajdzie wielu nabywców, którzy pochłoną ją w ciągu dnia a nawet kilku godzin. Ale jednak – poza historykami dziejów najnowszych i politologami – trudno mi znaleźć grupę docelową, która po jej przeczytaniu mogłaby się poczuć w pełni usatysfakcjonowana.

Wyjątkowa intuicja

Nie będą zadowoleni ci, którzy liczyli na odkrycie jakichś zakulisowych gier, skrzętnie ukrywanych rozmów z politykami opozycji czy sporów z byłymi współpracownikami. Oto przykładowy opis rozmowy w Brukseli z Grzegorzem Schetyną w marcu 2019 roku. Spotkanie było szeroko komentowane w polskich mediach, po tym jak przewodniczący PO zamieścił na Twitterze zdjęcie z rozmowy, które sprawiało wrażenie, że – mówiąc oględnie – nie była to partnerska wymiana zdań.

„Spotykam się ze Schetyną w moim biurze w Brukseli. Fajna, szczera i przyjacielska rozmowa. Grzegorz wrzuca na Twittera zdjęcie i zaczyna się jazda. A to, że ma postawę zamkniętą i defensywną, a to, że dałem mu małą szklankę, a sobie duży kubek. Ręce opadają. Rozmawiamy głównie o wyborach. Grzegorz mówi, że trudno będzie utrzymać koalicję i iść do jesiennych wyborów do Sejmu. Co innego Senat” [s. 335].

I tyle. Nic o atmosferze rozmowy, o stanie Platformy, nastrojach, programie, stylu przywództwa, dotychczasowych wpadkach. A na koniec jeszcze rzekoma opinia Schetyny na temat koalicji w wyborach parlamentarnych, kiedy wciąż niewiadomą jest rozczarowujący wynik wyborów europejskich! O takim drobiazgu, jak rola Wiosny wówczas wciąż będącej na fali, nie mówię. Autor najwyraźniej bardzo się kontroluje.

Zresztą wypowiedzi sprawiających wrażenie ahistorycznych – a mówiąc wprost doredagowanych post factum w celach wizerunkowych – jest w tekście więcej. Dobrego przykładu dostarcza opis spotkania z ówczesnymi liderami Komitetu Obrony Demokracji Radomirem Szumełdą i Mateuszem Kijowskim:

„Radka Szumełdę znam bardzo dobrze, to mój krajan z Trójmiasta, ale Mateusza Kijowskiego widzę po raz pierwszy w życiu. Wykonują w Polsce wielką pracę […], więc mogę im tylko dobrze życzyć. Jednak coś mnie niepokoi w zachowaniu Kijowskiego. Nie wiem, co, ale ufam swojej intuicji i pierwszemu wrażeniu, rzadko mnie zawodzą” [s. 139].

Warto w tym miejscu dodać, że spotkanie ma miejsce w maju 2016 roku, w szczytowym okresie potęgi KOD-u, który na manifestacjach gromadzi dziesiątki tysięcy ludzi, a sam Kijowski jest typowany na nowego lidera opozycji. Naprawdę trudno przypuszczać, by Tusk przewidział, że w ciągu kilku miesięcy jako lider będzie skompromitowany. Tym bardziej, że były premier nie precyzuje, co takie zaniepokoiło go w zachowaniu Kijowskiego, czy próbował zweryfikować swoje obawy i czy z kimkolwiek się nimi podzielił. O przebiegu samej rozmowy z liderami KOD-u także niczego się nie dowiadujemy.

Podobnie wyjątkową intuicją chwali się Tusk przy okazji słynnego wyjazdu Ryszarda Petru do Portugalii podczas protestów w Sejmie. Stwierdza, że skandal „może się okazać rujnujący dla Nowoczesnej i jej lidera” [s. 115], choć jest 3 stycznia 2016 roku i nikt jeszcze nie wie, jak sam Petru i jego partia poradzi sobie z tym kryzysem.

Nie wątpię, że książka znajdzie wielu nabywców, którzy pochłoną ją w ciągu dnia, a nawet kilku godzin. Ale jednak trudno mi znaleźć grupę docelową, która po jej przeczytaniu mogłaby się poczuć w pełni usatysfakcjonowana.

Łukasz Pawłowski

Nie zaglądać za kurtynę!

Zawiedzie się więc też ta grupa czytelników, która liczyła na to, że zajrzy za kulisy spotkań Rady Europejskiej lub przynajmniej zobaczy, jak na co dzień pracuje jej przewodniczący. Owszem, w książce aż roi się od opisów spotkań na całym świecie, ale choćby o tym, jak Tusk się do nich przygotowywał, jak i z kim pracował nad przemówieniami, wiele się nie dowiemy.

Niemało miejsca zajmują za to w gruncie rzeczy dość trywialne obserwacje i wydarzenia. A to Barack Obama ostentacyjnie żujący gumę na jednym ze spotkań G20, a to opisy przebieżek (Tusk regularnie biega) w rozmaitych, pięknych parkach na całym świecie, a to relacje z konferencji prasowych, które wszyscy zainteresowani polityką i karierą Tuska już widzieli.

Nawet regularnie pojawiające się opisy wizyt w rozmaitych muzeach niewiele wnoszą. Tusk wielokrotnie wspomina o swojej pasji do malarstwa, ale znów, wspomnienia o obejrzanych obrazach nie służą żadnej głębszej refleksji. „Z Gosią [żoną Donalda Tuska – przyp. red.] w Muzeum Królewskim na fenomenalne wystawie Chagalla, ponad dwieście prac […]. Tłumy Polaków, sporo ludzi z czego jestem bardzo dumny” [s. 46]. I tyle, a tego rodzaju opisów jest naprawdę wiele. Dobrym przykładem takiej – prawdę mówiąc irytującej – ogólnikowości jest też reakcja na wiadomość o nagrodzie Nobla przyznanej Oldze Tokarczuk.

„W południe mała tawerna. Beata z Piotrem buszują w Internecie i nagle okrzyk: «Jeeest! Tokarczuk ma Nobla!». Niedawno skończyłem «Prawiek», książkę bez grama przesady genialną, krzyczymy z radości, goście patrzą na nas z dyskretnym zdziwieniem” [s. 391].

Dlaczego jednak „Prawiek” jest tak genialny i co takiego Tusk się z owej książki dowiedział? Takimi informacjami już się z czytelnikiem nie dzieli. I to nawet jeśli dotyczą spraw wydawałoby się bardzo dla człowieka istotnych.

Przy okazji informacji o śmierci Zyty Gilowskiej Tusk pisze, że to ona wraz z Hanną Gronkiewicz-Waltz namówiły go na ślub kościelny, który wziął przed wyborami prezydenckimi w roku 2005. „Jesteś chrześcijaninem, możesz zostać prezydentem, załatw to jak najszybciej”, miały mu powtarzać. W końcu Tusk uległ, ślubu udzielił arcybiskup Tadeusz Gocłowski. Zrobił to „bardzo dyskretnie”, bo Tusk „nie chciał rozgłosu”. Niestety wszystko „jakoś przeciekło” [s. 131]. A zatem były premier przyznaje, że wziął ślub kościelny w czasie kampanii prezydenckiej w celach politycznych, ale jednocześnie zapewnia nas, że nie chciał rozgłosu. Po co w takim razie ów ślub brał, czy zmienił się jakoś jego stosunek do religii, czy dziś odgrywa ona w jego życiu ważniejszą rolę niż kiedyś? Niestety, to już koniec wpisu z tego dnia.

Były premier oferuje nam napisaną prostym, przystępnym językiem książkę gładko (i wybiórczo) omawiającą ostatnie 5 lat jego życia. Gdybym miał zrecenzować ją jednym słowem, napisałbym, że to autobiografia teflonowa. Szkoda.

Łukasz Pawłowski

Takie przykłady można mnożyć. Powierzchowne są opisy nie tylko obrazów, oficjalnych wizyt i spotkań czy wydarzeń rodzinnych, ale także ludzi. Kilka miłych słów pada pod adresem Radosława Sikorskiego, Ewy Kopacz, Hanny Gronkiewicz-Waltz, a nawet Grzegorza Schetyny („bardzo inteligentny, chociaż nie błyskotliwy” [s. 171]), trudno jednak z nich cokolwiek wnioskować.

Krótko mówiąc były premier oferuje nam napisaną prostym, przystępnym językiem książkę gładko (i wybiórczo) omawiającą ostatnie 5 lat jego życia. Gdybym miał zrecenzować ją jednym słowem napisałbym, że to autobiografia teflonowa. Szkoda.

Owa „teflonowość” wydaje się służyć jednak pewnemu celowi spoza książki. Otóż ostrożność autora sugerowałaby, że powrotu Tuska do polskiej polityki wykluczyć nie można. Jeśli jest inaczej, to były premier o kulisach polityki mógł spokojnie napisać i więcej, i zdecydowanie mocniej.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 570

(50/2019)
10 grudnia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj