Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > Prawo to przedmiot...

Prawo to przedmiot sporu – i tak powinniśmy go nauczać [LIST DO REDAKCJI]

Filip Rakoczy-Nazimek

Zapominamy, że u podstaw prawa leżą są zmienne, czasem wręcz przygodne, stosunki społeczne i ekonomiczne, a nie uniwersalne zasady rządzące światem. Prawo jest więc przedmiotem sporu społecznego, a nie wytworem jakiegoś idealnie racjonalnego i sprawiedliwego prawodawcy.

W ostatnim czasie opublikowany został tekst Samuela Shannona „Trudno studiować prawo, kiedy ono nic nie znaczy”.Sam jestem praktykującym prawnikiem oraz nauczycielem akademickim, więc tekst ten wywołał we mnie wiele skrajnych emocji. Mimo emocjonalnej bliskości opisywanych przez autora przeżyć, daleko mi jest jednak do prezentowanych przez niego opinii odnośnie sensu wykonywanego przeze mnie zawodu i nauczania prawniczego w ogóle.

Shannonowi trzeba przyznać, że jego tekst wiernie oddaje wiele emocji i wątpliwości, z którymi ostatnio coraz częściej spotykam się jako prawnik. Wśród nich, między innymi, poczucie, że mogę swoją argumentację prawną prowadzić do woli, ale rządzący nie będą jej słuchać, bo wolą skupiać się na polityce oraz ideologii. Faktycznie burzy to poczucie wartości wykonywanej pracy i skłania do refleksji nad tym, w jaki właściwie sposób, w ciągu zaledwie kilku lat, udało się zniweczyć sporą część wypracowywanego przez lata dorobku prawnego.

Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w naszej edukacji prawniczej, która dążyła do realizacji idealnego, według Shannona, modelu nauk prawnych – uprawianych w ten sam sposób, co oparta na objawieniu teologia.

Objawieniem, będącym w tym modelu źródłem poznania tego prawa, stały się „prawdy profesorskie”, czyli powtarzane i wkuwane bez szerszego uzasadnienia twierdzenia o tym, jakie prawo jest lub powinno być – choćby takie jak założenie o racjonalności ustawodawcy albo wyliczenie zasad wywodzonych z artykułu 2 Konstytucji. Innym źródłem stało się orzecznictwo sądowe, w szczególności orzecznictwo Sądu Najwyższego lub Trybunału Konstytucyjnego. I choć niewątpliwie jest ono istotne dla zrozumienia obecnego systemu prawnego, na studiach zbyt często jest wykorzystywane jako argument zamykający dyskusję. Zdarza się, że gdy zadaję studentom kontrowersyjny prawnie kazus do rozwiązania, zamiast skorzystać z własnego warsztatu prawniczego, wyszukują oni podobne sprawy w internecie i przedstawiają orzeczenie Sądu Najwyższego jako ostateczną odpowiedź. Tak zbudowany dorobek kultury prawnej bardzo łatwo było zburzyć, ponieważ nie posiadał fundamentów. I z tego powodu, na poziomie emocjonalnym, w pełni rozumiem rozczarowanie Shannona, dostrzegając jednocześnie w jego tekście owoce naszej obecnej edukacji prawniczej.

Jeżeli dzisiaj – po kilku latach pracy jako praktyk prawa – miałbym zdefiniować swój zawód, to powiedziałbym, że jest to toczenie sporów o treść prawa w kontekście realizacji interesów konkretnych jednostek. Ta „sporność” oznacza ciągłą potrzebę kwestionowania przeze mnie twierdzeń innych osób dotyczących treści prawa. Wymaga podważania decyzji sądu pierwszej instancji, nawet jeżeli przywołano w nim bogate orzecznictwo Sądu Najwyższego – o ile tylko widzę rozsądne argumenty dla uzasadnienia swojego stanowiska. Niestety, jako prawnicy wcale nie jesteśmy przygotowani do toczenia tego rodzaju sporów, ponieważ nauczyliśmy się bezkrytycznie polegać na przekazywanych nam rzekomo uniwersalnych prawdach o systemie prawa. Zdajemy się w tym wszystkim zapominać, że u podstaw prawa leżą zmienne, czasem wręcz przygodne, stosunki społeczne i ekonomiczne, a nie uniwersalne zasady rządzące światem.

Dla przedstawienia skutków takiego nauczania, chciałbym odnieść się do fragmentu, w którym Shannon twierdzi, że „do 2015 roku, pomimo afer i lepszych czy gorszych rządów, przewodnie zasady konstytucyjne były szanowane”. Z tym twierdzeniem można się zgodzić, jeżeli bardzo wąsko i formalistycznie będziemy rozumieć pojęcie przewodnich zasad konstytucyjnych. Jeżeli spojrzymy jednak na Konstytucję także jako na źródło materialnych i konkretnych praw jednostki, to zwrócimy uwagę na to, że wiele spośród tych, które są w niej zawarte, nigdy nie było w pełni realizowanych – właśnie ze względu na teologiczne traktowanie Konstytucji. Dobrym przykładem jest zasada sprawiedliwości społecznej czy też sprawiedliwości podatkowej, analizowana przez Trybunał w orzeczeniu K 21/14 z 2015 roku. Trybunał w tym wyroku zakwestionował obciążanie podatkiem dochodowym osób, które uzyskiwały dochody niższe niż ustawowo przyjęte minimum egzystencji fizycznej – czyli praktykę, która była obecna w naszym ustroju od dłuższego czasu – osiemnaście lat (od czasu uchwalenia Konstytucji RP) zajęło prawnikom zrozumienie, że ściąganie podatków od osób, które nie są w stanie utrzymać się z własnych dochodów, jest nie do pogodzenia z zasadą sprawiedliwości podatkowej! W mojej ocenie sytuacja ta pozostawała niezauważona właśnie ze względu na dotychczasowy model edukacji prawniczej, albowiem jej dostrzeżenie wymagało wyjścia poza prawo rozumiane jako system norm, aż do – ściślej z nią związanej – sfery faktyczności. Dopiero na takim gruncie możliwe było porównanie kwoty obniżającej podatek dochodowy z kryterium dochodowym określonym w ustawie o pomocy społecznej.

Obecna edukacja prawnicza wymaga zmiany, jeżeli chcemy faktycznie poważnie traktować Konstytucję jako całość i bronić jej jako fundamentu ustroju. Zmiana ta mogłaby polegać na nacisku na nauczanie (również krytyczne) o społecznym znaczeniu uchwalanego prawa oraz o jego polityczności. Przez polityczność rozumiem tutaj fakt, że jest ono przedmiotem sporu społecznego, a w efekcie realizuje interesy określonych grup społecznych. Nie jest zatem wytworem jakiegoś idealnie racjonalnego i sprawiedliwego prawodawcy. Nauczanie w tym duchu pozwoli nam odejść od idiosynkratycznych pojęć „niezmiennych i uniwersalnych zasad prawa” na rzecz rozumienia prawa jako funkcjonalnego systemu, pozwalającego na pragmatyczną i sprawiedliwą organizację społeczeństwa. W takim systemie prawnicy będą nie tylko „wyznawcami” prawa, ale także jego uważnymi krytykami i użytkownikami.

Edukacja prawnicza w tym duchu da przyszłym prawnikom narzędzia do obrony – także przed upolitycznionymi lub populistycznymi sądami i organami władzy publicznej, jeżeli takie napotkają w przyszłości, poprzez wykształcenie w nich umiejętności materialnej, a nie wyłącznie formalnej krytyki zapadających orzeczeń. Wbrew pozorom istnieje bardzo bogaty dorobek teoretyczny umożliwiający zbudowanie takiego modelu edukacji. Zaczynając od Jheringa, który postrzegał prawo jako ciągłe pole walki i wskazywał, że prawa nie są „nadawane”, lecz „wywalczane”; przez Leona Petrażyckiego, który wiele miejsca poświęcił polityce prawa rozumianego jako emocje i odczucia jednostki, aż po prace Beth Singer, która postrzegała prawo w kategoriach relacji społecznych i kładła nacisk na pojęcie ich „operatywności”, a więc możliwości faktycznego wykorzystania w stosunku do społeczności. Warto również wspomnieć, że trwający obecnie kryzys systemu prawa i podziału władzy politycznej był już zauważany przez niektórych polskich filozofów prawa – chociażby przez Artura Kozaka (na przykład w tekście „Kryzys podstawności prawa” z 2008 roku), którzy przestrzegali przed powierzchownym rozumieniem demokracji sprowadzającym parlamentarzystów do reprezentantów Narodu i stawiającym ich w opozycji do władz merytokratycznych, takich jak sądy.

Mamy dziś więc zarówno silne powody, jak i faktyczne możliwości, by rozpocząć proces zmiany modelu edukacji prawniczej. Zamiast mówić o „duchu praw” unoszącym się nad uniwersytetami, które jednocześnie traktujemy jako centra kształcenia zawodowego dla przyszłych elit, moglibyśmy potraktować te miejsca jako przestrzenie do dyskusji nad kształtem i uzasadnieniem dla przyszłych i obecnych regulacji.

To, co się obecnie dzieje w życiu publicznym może na przyszłych prawników działać deprymująco i rodzić silne poczucie bezradności – to zrozumiałe. Ale od tego właśnie jesteśmy! Powinniśmy toczyć spory i zabiegać o realizację praw jednostek, a nie ślepo realizować zamysł ustawodawców! Oczywiście, w praktyce oznacza to, że czasem będziemy przegrywać albo trafiać na organy władzy, które będą ignorować to, co mamy do przekazania. Wobec tych ostatnich nie pozostaje nam nic innego niż mówić możliwie przekonująco i głośno, niestrudzenie powtarzać argumenty, które uważamy za istotne – tak, aby zwracać uwagę społeczeństwa na przypadki systemowego okrucieństwa.

Tekst jest publikowany w ramach projektu „Kultury Liberalnej” „PraworządźMy”, w którym analizujemy kryzys praworządności w Polsce, a także w Czechach, Bułgarii i na Węgrzech.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 643

(18/2021)
5 maja 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj