Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Pierwsze podejście do...

Pierwsze podejście do nicości. O „Murphym” Samuela Becketta

Paweł Majewski

„Murphy” to historia łaknącego nicości człowieka, która pod piórem Zoli czy Dostojewskiego nabrałaby wymiarów epickiej tragedii ludzkiego losu. W ujęciu Becketta staje się makabrycznym skeczem.

Zdjęcie: piqsels

Wydając tłumaczenie „Murphy’ego”, Państwowy Instytut Wydawniczy zmierza do domknięcia zbioru polskich przekładów dorobku Samuela Becketta. Niespolszczone pozostają obecnie już tylko niektóre jego juwenilia, wiersze i drobne teksty, a z rzeczy „większych” bodaj jedynie „Nienazywalne”. W krytyce beckettologicznej truizmem jest spostrzeżenie, że jego wczesna twórczość wykazuje liczne ślady współzawodnictwa z Jamesem Joyce’m, którego młody Beckett był przez pewien czas sekretarzem, a przez czas dłuższy dobrym znajomym, może nawet przyjacielem. Tę rywalizację literacką dwóch Irlandczyków, którzy uciekli z ojczyzny, prawie nie znali jej języka i pisali po angielsku, przebywając w nieanglojęzycznych krajach, widać również w powieści „Murphy”, której wersja angielska powstała w 1938 roku, kiedy autor dobiegał trzydziestki. Tekst tej powieści utkany jest w sposób chwilami raczej nużący aluzjami literackimi i biblijnymi oraz rzadko spotykanymi słowami i zwrotami, które w ustach jej bohaterów brzmią dość pretensjonalnie, zwłaszcza jeśli potraktować świat w niej przedstawiony jako przynajmniej do pewnego stopnia realny. Widać w niej wyraźnie, że Beckettowi nie za dobrze udawało się naśladowanie kulturowo-erudycyjnego wielogłosu Joyce’a i nie w tej odmianie nowoczesności literackiej miał się ostatecznie odnaleźć.

Natomiast tytułowy bohater „Murphy’ego” – którego nazwisko zaczyna się na literę „m”, podobnie jak nazwiska kilku innych ważnych postaci z beckettowskiego uniwersum (Molloy, Malone) i nie trzeba być zawodowym krytykiem ani tym bardziej teoretykiem literatury, żeby skojarzyć tę okoliczność z faktem, że od tej samej litery zaczyna się angielski rzeczownik „man”, przejawia zatem już cechy dystynktywne dla postaci kreowanych przez Becketta również wtedy, kiedy osiągnął już pełną samodzielność twórczą – jest człowiekiem, który unika jak ognia wszelkich zobowiązań wynikających z siatki ról społecznych, nieumiejącym i niepragnącym odnaleźć się w świecie, mającym spore trudności w nawiązywaniu relacji z bliźnimi, nader ekscentrycznym w zachowaniu i zwyczajach, dążącym do maksymalnego wyłączenia się z rzeczywistości. Jedną z cech konstytutywnych dla całej twórczości autora „Koncówki” jest paradoksalne osnuwanie fabuł i narracji wokół postaci kompletnie nienadających się na aktantów jakiejkolwiek spójnej sekwencji wydarzeń, a „Murphy’ego” można potraktować jako wprawkę w tej umiejętności.

Lecz utwór ten, mimo że widać w nim zalążki przyszłej maestrii jego autora, daleki jest jeszcze od twórczości tego Becketta, jakiego zna i ceni świat, od pisarza sławnego ze skrajnej ascetyczności środków i z wieloznacznej metafizyki, w której można się dopatrywać zarówno głębokiej wiary religijnej, jak i zupełnej, skrajnie cynicznej niewiary we wszelkie siły wyższe. Joyce’o-pochodne popisywanie się erudycją i oczytaniem niemal na granicy sztubactwa rodem z gimnazjum klasycznego to niejedyna wada „Murphy’ego”. Inną jest nazbyt widoczna pretekstowość jego fabuły, wiodącej, jak się wydaje, jedynie do finalnych wydarzeń, o których za chwilę. Czytając tę powieść, bardzo trudno jest odpowiedzieć sobie na pytanie, co właściwie ma z niej wynikać, nie tylko w naiwnym czytaniu typu „co będzie dalej”, ale również w podejściu, powiedzmy, hermeneutycznym. „Murphy” błądzi po ziemi niczyjej między obszarem prozy fabularnej a dziedziną eksperymentów antypowieściowych. Nie zajmuje żadnej określonej pozycji i wolno przypuszczać, że to zabłąkanie utworu nie zostało zaplanowane przez autora, lecz wynikło z jego niezdecydowania odnośnie tego, co właściwie chce napisać – powieść czy antypowieść.

Znaczący w kontekście tych wątpliwości jest fakt, że w załączonym do polskiego wydania posłowiu wydawcy angielskiego mówi się niemal wyłącznie o szczegółach i szczególikach z historii powstawania, wydawania i dystrybuowania tego utworu. O jego znaczeniach mowy zaś nie ma. Być może taka jest konwencja wydawnictwa Faber and Faber, niemniej milczenie edytora w tej kwestii również może wynikać z chybotliwości samej kwestii.

Jeśli jednak mamy do „Murphy’ego” pozytywne nastawienie, możemy go nazwać powieścią jak gdyby obyczajową, z naciskiem na „jak gdyby”. Cechy powieści obyczajowej, realistyczno-psychologicznej są tutaj bowiem przez Becketta stale kontrapunktowane groteską, absurdem, szyderstwem albo zaskakującymi chwytami stylistycznymi. Pisał on ten utwór pod koniec okresu, w którym w literaturze europejskiej rozkwitały masowo awangardy i działały całe rzesze eksperymentatorów. Z tej perspektywy „Murphy” nie wnosi wiele, choćby dlatego, że góruje nad nim cień Joyce’a. Widać po nim za to, że twórca musi niekiedy przejść przez fazę imitowania cudzych głosów, zanim odnajdzie własny, ten, którym później zasłynie jako autor niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Samuel Beckett, zbuntowany wobec konwencji społecznych, nadwrażliwy i nadinteligentny trzydziestolatek, wciąż jeszcze szuka tu własnego głosu. Odnajdzie go ostatecznie, chyba nieprzypadkowo, po drugiej wojnie światowej.

Śladem, choć zniekształconym, tradycyjnej fabuły powieściowej – tym, którego wprowadzeniu służy być może cała poprzedzająca go partia powieści – jest w „Murphym” finalna sekwencja zdarzeń, rozpoczynająca się od podjęcia przez bohatera pracy pielęgniarza w szpitalu psychiatrycznym. Murphy spotyka tam pana Endona, jednego z pensjonariuszy, z którym rozgrywa partię szachów (zapisaną w tekście utworu ruch po ruchu w notacji szachowej) i przegrywa ją. Pan Endon jest poprzednikiem pana Knotta z powieści „Watt”, a także, w pewnym sensie, Godota. Są to u Becketta odmiany figury zdeformowanego, ułomnego Boga Ojca, który, chociaż niesprawny, wciąż dominuje nad swoim jeszcze bardziej ułomnym, wylęknionym stworzeniem. Po przegraniu partii szachów Murphy spokojnie popełnia samobójstwo (chociaż nie da się też wykluczyć, że jest to śmierć przypadkowa), a jego zwęglone ciało, zgodnie z ostatnią wolą, ulega dodatkowo spopieleniu, lecz ostatni etap jego ziemskiej wędrówki, którym miało być wrzucenie prochów do klozetu w toalecie dublińskiego teatru i spuszczenie wody, nie do końca się udaje, ponieważ znajomy, którego obarczono tą misją, trafia do pubu, gdzie:

„– Co pijesz, przyjacielu? – spytał mężczyzna.

– Ja stawiam pierwszą kolejkę – odpowiedział Cooper drżącym głosem.

Kilka godzin później wyciągnął paczkę z prochami z torby, do której wcześniej wcisnął je ze względów bezpieczeństwa, i rzucił pakunkiem ze złością w jakiegoś faceta, bo strasznie go obraził. Paczka odbiła się, uderzyła o ścianę, pękła i spadła na podłogę, natychmiast stając się obiektem dryblingów, podań, chwytów, kopnięć, uderzeń i główek, zyskała sobie nawet niejakie uznanie ze strony dżentelmeńskich wyznawców rugby. Kiedy nadeszła pora zamknięcia pubów, ciało, umysł oraz dusza Murphy’ego walały się po całej podłodze sali barowej, a zanim kolejny świt poszarzył ziemię, zostały z niej zmiecione razem z piaskiem, piwem, petami, szkłem, zapałkami, plwocinami i wymiocinami” [przekład Macieja Świerkockiego, s. 258].

Scena z prochami mogła (albo mogłaby) być odległą inspiracją dla braci Coen – jeśli porównać ją ze sławną sceną rozsypywania prochów Donny’ego w filmie „Big Lebowski”. Podejście do rzeczywistości Beckett i Coenowie mają w wielu punktach podobne – modelują wiele scen w taki sposób, że przy ich oglądaniu lub czytaniu można jednocześnie zanosić się od płaczu i od śmiechu. Historia wyobcowanego, łaknącego nicości człowieka, która pod piórem Zoli czy Dostojewskiego nabrałaby wymiarów epickiej tragedii ludzkiego losu, w ujęciu Becketta jest makabrycznym skeczem. Jest to właśnie ten rodzaj zaczarowywania odczarowanego świata (po odarciu go z ułudy obecności sił nadprzyrodzonych przerażającego jeszcze bardziej niż były przerażające te siły), którego dziś prawie nikt nie toleruje. Powiada się w różnych aktualnych diagnozach stanu naszej cywilizacji, że nie znosi ona widoku ani nawet idei śmierci tak bardzo, jak jeszcze nigdy przedtem. Ciekawa to cecha, zwłaszcza w zestawieniu z coraz bardziej dojmującym w naszych czasach brakiem istotniejszych powodów do życia, narastającym choćby po chwilowej awarii znanego serwisu społecznościowego. W tym (bez)sensie Murphy jest kolejnym bohaterem naszych czasów.

 

Książka:

Samuel Beckett, „Murphy”, posłowie J.C.C. Mays, przeł. Maciej Świerkocki, PIW, Warszawa 2021.

 

* Karykatura Samuela Becketta użyta w ikonie wpisu: Edmund S. Valtman. Domena publiczna.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 667

(42/2021)
19 października 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj