Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Kwestia odbioru?

Kwestia odbioru?

Paweł Majewski

Szczególna epoka kultury zwana romantyzmem przyniosła ze sobą i pozostawiła po sobie między innymi jasny kod komunikacyjny obowiązujący w salach koncertowych. Jeśli wykonanie utworu było „dobre” (cudzysłów nie jest tu oznaką ironii, lecz historycznej konwencjonalności kryteriów estetycznych), publiczność klaskała, wydawała okrzyki, wstawała z miejsc.

Im lepsze było wykonanie, tym głośniejszy i dłuższy następował po nim aplauz. Tak potwierdzała się wielkość kompozytorów i wykonawców, których celem było wzbudzanie emocji. I kiedy Wagner dał do zrozumienia, że nie życzy sobie oklasków po pierwszym akcie „Parsifala”, podkreślał w ten sposób wyjątkowość swojego ostatniego dramatu muzycznego wykraczającego poza orbitę zwykłych przedstawień. W tym jednym przypadku rytualny hałas na widowni nie wystarczał.

Z nastaniem awangard ten stan rzeczy uległ zmianie. Zaczęto komponować muzykę, do której burzliwe oklaski nadawały się coraz słabiej, i to nie dlatego, że nie była „dobra”, lecz dlatego, że nie miała wzbudzać w swoich słuchaczach tego rodzaju doznań, których burzliwe oklaski są najcelniejszym wyrazem.

Ponieważ jednak muzykę nową wykonuje się często w salach koncertowych, w których na co dzień obowiązują maniery romantyczne (przynajmniej w trakcie wykonań i tuż po ich zakończeniu) – a to dlatego, że już sama konstrukcja i wystrój tych sal przystosowane są do romantycznego typu odbioru i wymuszają go na uczestnikach rozgrywających się w nich wydarzeń – dochodzi nierzadko do sytuacji, w której słuchacze nie są pewni, jak mają reagować na wysłuchany utwór, zwłaszcza jeśli było to „dobre” wykonanie. Wiadomo, że oklaski skromne oznaczają w starym kodzie umiarkowane zadowolenie, jednak z drugiej strony to, co usłyszano, wręcz zabrania frenezji, na przykład dlatego, że jest zbyt spokojne, zbyt kontemplacyjne, zbyt precyzyjne, zbyt dokładnie odczyszczone z emocji.

Muzyka Lutosławskiego należy właśnie do tej kategorii, jeśli nie cała, to na pewno w takich przejawach, jak „Paroles tissées”, które zgromadzeni w Filharmonii Narodowej mogli w ostatni piątek i sobotę usłyszeć w wykonaniu Iana Bostridge’a. Sytuacja „wytłumionej reakcji” prowadzi niekiedy do nieporozumień i niepewności, ponieważ publiczność nie jest wówczas w stanie gremialnie przekonać samej siebie, że wykonanie „naprawdę” było „dobre”, i nie wiadomo dokładnie, gdzie leży problem – po stronie jej samej, wykonawców, czy może partytury… Możemy rozstrzygać to głównie indywidualnie, we własnych muzycznych sumieniach.

„Słowa wplecione” Lutosławskiego otoczone zostały w tym występie utworami Brittena, którego stulecie urodzin również przypada w tym roku. Muzyka owego kompozytora, związana z jego życiem bardziej, niż godzą się to uznać niektórzy badacze i popularyzatorzy, tkwi znacznie głębiej w idiomie przedawangardowym niż zintelektualizowane dzieło Lutosławskiego, inaczej należy jej słuchać, inaczej też prowadzić w wykonaniu. O tym, jakie konotacje pozamuzyczne może ona z sobą nieść, świadczy zeszłoroczny film „Moonrise Kingdom” Wesa Andersona, zlekceważony właśnie przez Amerykańską Akademię Filmową, w Polsce wyświetlany pod tytułem „Kochankowie z Księżyca”. Ta wysmakowana wizualnie baśń o dziecięcej miłości dwunastoletniego skauta-outsidera do niewiele starszej dziewczyny dzieje się wśród niedorosłych chłopców w mundurkach i krótkich spodenkach. Przeważającą część muzyki, która ilustruje ten film, zaczerpnięto z dorobku Brittena, a podczas napisów końcowych dźwięczny dziecięcy głosik prezentuje poszczególne partie instrumentów, jak to zapisano w „The Young Person’s Guide to the Orchestra”.

Wieloznaczny, a co najmniej dwuznaczny emocjonalnie świat muzyki Brittena zestawiono w Filharmonii Narodowej ze światem Lutosławskiego, światem, z którego emocje zostały elegancko, dyskretnie i bardzo zdecydowanie wyproszone. Jak rozumiemy, wnioski z tego zestawu pozostawiono słuchaczom.

Wykonanie:

Filharmonia Narodowa, 22 i 23 lutego 2013 roku, Orkiestra Symfoniczna FN pod dyrekcją Roberto Abbado, Ian Bostridge – tenor.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 217

(9/2013)
5 marca 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj