Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Niedokręcone śrubki, czyli...

Niedokręcone śrubki, czyli prawykonanie „The Turn of the Screw” Brittena

Gniewomir Zajączkowski i Szymon Żuchowski

Rzetelność nieczęsto bywa u artysty wadą, gdy jednak nie zostawia miejsca na polot, pierwsza cierpi na tym sztuka. Polskie prawykonanie opery „The Turn of the Screw” Benjamina Brittena potwierdza tę regułę.

Twórcy Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena zdawali się dotąd nie zauważać istnienia dzieł Benjamina Brittena. Do tej pory nazwisko tego kompozytora pojawiło się w programie festiwalu bodaj raz, w 2008 r., kiedy na koncercie finałowym obok „Requiem niemieckiego” Brahmsa zagrano utwór Arvo Pärta dedykowany pamięci Brittena.

Być może to obchodzony w zeszłym roku jubileusz brytyjskiego kompozytora natchnął organizatorów do sięgnięcia po jego twórczość, należącą do słabo reprezentowanego na festiwalu repertuaru XX-wiecznego. A może skusiła ich okazja, by prawykonać dzieło? Wpisywałoby się to w nurt przedsięwzięć pod hasłem „po raz pierwszy” lub „wszystkie sonaty, koncerty, symfonie – niepotrzebne skreślić”. Ponadto efekt można tu uzyskać stosunkowo niewielkim kosztem, jako że realizacja dzieła wymaga zaledwie sześciorga solistów i orkiestry kameralnej (bez chóru).

W ten oto sposób Benjamin Britten zadebiutował na festiwalu operą „The Turn of the Screw”. Krótkiego komentarza wymaga już sam tytuł utworu. Libretto opery oparte jest na opowiadaniu Henry’ego Jamesa, które kilka dekad temu wydano w Polsce w przekładzie Witolda Pospieszały jako „W kleszczach lęku”. Tymczasem dosłownym – i sensownym – tłumaczeniem tytułu jest „Obrót śruby”. Kwestia wierności translatorycznej jest tu o tyle istotna, że ów obrót poza nakręcającą się spiralą grozy w fabule znajduje także ścisłe odzwierciedlenie w konstrukcji warstwy muzycznej dzieła – chodzi o szereg transpozycji wyznaczających kolejne centra tonalne, które w pierwszym akcie wznoszą się ku górze, by w drugim wrócić do punktu wyjścia, jak gdyby śruba wykonała pełen obrót.

„The Turn of the Screw”, po raz pierwszy wystawione ponad 60 lat temu w teatrze La Fenice, spotkało się z uznaniem zarówno krytyków, jak i publiczności, i to pomimo zastosowanej przez kompozytora techniki dodekafonicznej, którą wielu słuchaczy utożsamia z kakofonią. Utwór zawiera bowiem warstwy o bardziej tradycyjnej harmonice i melodyce: nie do końca pojęte motywacje i przeżycia bohaterów odzwierciedlone przez zawiłe konstrukcje dźwiękowe przykrywa miejscami muzyka konsonantyczna, eufoniczna. A zatem misternie skonstruowana wielogłosowa passacaglia sąsiaduje ze szlachetnie prostymi formami, takimi jak piosenka, a instrumentacja czytelnie różnicuje dwa światy: rzeczywisty i nadprzyrodzony.

Na polskim prawykonaniu tego utworu w Filharmonii Narodowej w Warszawie udało się zgromadzić optymalną obsadę wokalną. Rolę gospodyni, Mrs. Grose, zaśpiewała Diana Montague (w zastępstwie za Agnieszkę Rehlis). Ta brytyjska śpiewaczka znana jest głównie z partii mozartowskich oraz z nagrań dla Opera Rara. Chociaż od szczytu jej kariery upłynęło już trochę czasu, a jej głos stracił nieco na elastyczności, Montague może się pochwalić solidną techniką. W „The Turn of the Screw” stworzyła znakomitą kreację wzbogaconą subtelną, klasycznie brytyjską, zdystansowaną grą aktorską.

Z rolą Petera Quinta dobrze poradził sobie Eric Barry, tenor, który występował na festiwalu już parokrotnie. Swoją partię, postać ze świata duchów, zbudował na intensywnym jasnym brzmieniu, którym „zalewał” swoją ofiarę. Drugą zjawę, Miss Jessel, odegrała Kathleen Reveille – jej specyficzny głos pasował do tej niewielkiej roli, jednak jest to śpiewaczka o raczej umiarkowanych możliwościach, co być może wynika z młodego wieku i niedostatecznego doświadczenia.

W partiach dzieci usłyszeliśmy Rosie Lomas (Flora) oraz Dominica Lyncha (Miles), po których widać było doświadczenie sceniczne w tych rolach. Lomas znakomicie wcieliła się w pewną siebie dziewczynkę, a dodatkowo zrekompensowała nie najlepsze warunki wokalne swojego estradowego brata.

W partii zatroskanej guwernantki (z naciskiem na zatroskanie) usłyszeliśmy Emily Workman, która wykreowała swoją rolę przekonująco, aczkolwiek trochę jednowymiarowo – w wielu miejscach zabrakło zróżnicowania nastroju, zniuansowania emocji. Można to przynajmniej częściowo złożyć na karb sposobu dyrygowania Łukasza Borowicza, który ograniczał nie tylko Workman, lecz także pozostałych wykonawców. A szkoda, bo ta opera, niezwykła pod względem formy, nie jest tylko intelektualną zabawą dla muzykologów, ale obfituje w porywające, sugestywne fragmenty i cechuje się pomysłową orkiestracją przy wykorzystaniu zaledwie trzynastu instrumentów.

Rzetelność nieczęsto bywa u artysty wadą, gdy jednak nie zostawia miejsca na polot, pierwsza cierpi na tym sztuka. Pod batutą znanego z przywiązania do zapisu nutowego Borowicza dzieło niestety się dłużyło. Z precyzyjnego negatywu partytury dyrygent nie zdołał wywołać obrazów, które zawarł tam kompozytor. Zabrakło gradacji dynamicznej, wyczulenia na barwę, co może być pochodną braku koncepcji bądź niedostatku swobody. Choć troska o szczegóły jest cnotą nie do przecenienia, takiej partytury nie da się atrakcyjnie zrealizować, jeżeli ograniczy się jedynie do dbałości o to, by było czysto i by śpiewacy czuli się pewnie pod względem rytmicznym.

Publiczność wysłuchała koncertu raczej powściągliwie; dawało się też słyszeć znudzone komentarze i niecierpliwy szelest programów, a mimo to koncert zakończyła owacja na stojąco – tyleż tradycyjna na tym festiwalu, co nieuzasadniona. Czy jest to paradoks godny enigmatycznej opery Brittena? Trudno orzec. Tak czy inaczej nasuwa się smutna konkluzja, że gdyby częściej grano w Polsce jego dzieła, można by było nie iść na ten koncert i nie żałować albo wyjść w przerwie i nie mieć wyrzutów sumienia. A w tej sytuacji słuchaczom, którzy pragną kontaktu z muzyką tego rówieśnika Witolda Lutosławskiego, pozostaje nie wybrzydzać i cieszyć się Brittenowską machiną muzyczną pomimo jednej, drugiej czy piątej niedokręconej śrubki.

 

Koncert:

„The Turn of the Screw”, polskie prawykonanie koncertowe.

Muzyka: Benjamin Britten, libretto: Myfanwy Piper, dyrygent: Łukasz Borowicz, soliści: Emily Workman, Rosie Lomas, Dominic Lynch, Diana Montague, Kathleen Reveille, Eric Barry.

XIX Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena 
Filharmonia Narodowa w Warszawie, 28 marca 2015.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 327

(15/2015)
14 kwietnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj