Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Sztuka, wstyd i...

Sztuka, wstyd i hańba. Czy to już wojna dwóch kultur?

Iwo Zmyślony

Modlitwy pod „Adoracją” Jacka Markiewicza naprawdę mnie ucieszyły. Piszę to bez cienia ironii.

Wydały mi się bowiem najbardziej adekwatną manifestacją przekonań przeciwników tej pracy – czytelną formą niezgody, która nie stosuje przemocy i nie narusza niczyjej wolności. Czymś w rodzaju kwiatków wtykanych w spaloną „Tęczę” na Placu Zbawiciela. Był to ogromy postęp wobec politycznej hucpy urządzonej wcześniej przy udziale kamer telewizji Trwam oraz prominentnych polityków PiS. „Tak właśnie wygląda porządna demokracja” – przekonywałem w rozmowach z mniej życzliwymi komentatorami zdarzeń, którzy dopatrywali się w tej postawie zwykłej gry pozorów.

Dziś wiemy, że niestety to oni mieli rację. Krótkotrwały festiwal złudzeń, nadziei na pokojową koegzystencję skrajnie od siebie różnych porządków ideowych, zakończył się wczoraj wieczorem. Dwa dni – na tyle wystarczyło rozmodlonym wiernym chrześcijańskiej pokory i miłości bliźniego. Zniszczenie przez nich pracy Markiewicza nie jest jednak wyłącznie drastycznym zaprzeczeniem wartości, w obronie których rzekomo tam się modlili. Jest również zerwaniem więzi społecznych, atakiem na fundamentalne zasady demokracji. W tej chwili nie jest już ważne, czy praca ta faktycznie uraziła czyjeś uczucia religijne, czy tylko wyzwoliła głęboko stłumioną agresję. Ważne, że została naruszona przestrzeń wyobraźni, której bezwarunkowa ochrona – jak argumentowałem w moim niedawnym komentarzu – leży w interesie nas wszystkich.

Byłbym więc gorącym obrońcą modlitw przy „Adoracji”. Nie sądzę, by modlący zdawali sobie z tego sprawę, ale ich działanie w całej rozciągłości wpisywało się w założenia tej pracy. Ta mobilizacja była całkowicie zgodna z duchem Formy Otwartej – koncepcji Oskara Hansena rozwijanej przez Grzegorza Kowalskiego oraz jego uczniów – w tym m.in. Jacka Markiewicza. Co więcej, nawet samo zniszczenie tej pracy, w pewnym sensie spełnia jej zasadnicze intencje. Na tym polega właśnie wartość tego rodzaju sztuki i jej kulturotwórcza rola – wytrącanie z pasywnej postawy wobec życia, prowokowanie do twórczego myślenia i działania; do ujawniania swych przekonań i zajmowania postaw. Pod tym względem jest ona swoistym zwierciadłem, które pokazuje kim naprawdę jesteśmy – na ile jesteśmy dojrzali jako społeczeństwo; ile w nas kryje się zła, a ile dobra.

Postaw destruktywnych i konfrontacyjnych mieliśmy w ubiegłym tygodniu aż nadto. Do rozgrywających swoje polityczne interesy posłów PiS, dołączyli kardynał Kazimierz Nycz, arcybiskup Józef Michalik, a nawet minister Bogdan Zdrojewski, który publicznie oświadczył, że odmówił dodatkowego dofinansowania wystawy „British British Polish Polish”, tak jakby miało to jakikolwiek związek z kontrowersyjną pracą. Nie zabrakło też jednak głosów konstruktywnych, zorientowanych na dialog, które – choć nie wybrzmiały w ogólnomedialnej wrzawie – pozwalały optymistycznie patrzeć na całą sprawę. Mam tu na myśli przede wszystkich bardzo rzeczowy felieton księdza profesora Andrzeja Draguły, który – polemizując z moim komentarzem – zwrócił uwagę na teologiczne i psychologiczne źródła sprzeciwu wobec wykorzystywania symboli religijnych i wyraził nadzieję na merytoryczny dialog. Innym głosem ciekawym był tekst profesor Marii Poprzęckiej, która wskazała na szereg ikonograficznych i rytualnych analogii dla pracy Markiewicza w sztuce dawnej.

Działaniem jak najbardziej konstruktywnym były też modlitwy w Zamku Ujazdowskim. Mało tego, mogły one nawet wygrać całą sprawę. W odróżnieniu od politycznych manifestacji, miały bowiem potencjał religijnego gestu – szczerego, autentycznego świadectwa chrześcijańskich wartości. Gdyby tylko zostały przeprowadzone w sposób konsekwentny, bez naruszania godności innych osób, mogły stać się triumfem cierpliwości i niewzruszonej wiary. Okazały się jednak być tylko zasłoną dymną wobec prawdziwych intencji – woli zniszczenia i przemocy. Wszelkie możliwości debaty zostały jednostronnie zerwane. Nie ma już miejsca na subtelne rozważania, co ta praca oznacza, w jaki sposób możemy ją czytać, na ile nawiązuje do historii sztuki. Spór przeniósł się na poziom kwestii bardziej fundamentalnych – czy chcemy żyć w państwie, w którym to państwo prawnie gwarantuje autonomię świata sztuki, jako przestrzeni wolnej od tyranii politycznej większości? Czy chcemy debaty publicznej wolnej od przemocy i nienawiści? To, że te pytania musimy w ogóle stawiać, dowodzi fatalnej kondycji naszej demokracji.

W całej tej awanturze warto zwrócić uwagę na jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze na to, że protestujący, którzy zniszczyli „Adorację” Markiewicza, skutecznie narzucili wulgarną, prymitywną interpretację tej pracy. Nie wiem, skąd oni wzięli te wszystkie bluźniercze wizje, ale na prawicowych forach czytałem już o pseudoartyście gwałcącym krucyfiks, ocierającym się genitaliami itd. Wszystko to nie ma nic wspólnego z rzeczywistą pracą, ale narzucone zostało siłą przez osoby pozbawione rudymentarnej wiedzy na temat sztuki współczesnej. Prawdę mówiąc, wcale mnie nie dziwi, że wszystkie te wymyślone opisy ranią czyjeś uczucia religijne.

Po drugie skandalem jest pasywna, kunktatorska postawa dyrektora Fabio Cavalluciego, który przez dwa tygodnie trwającej awantury nie potrafił zająć oficjalnego stanowiska. Skłócony z załogą Cavallucci wkrótce prawdopodobnie pożegna się ze swoim stanowiskiem z powodu nieudolnego kierowania Zamkiem Ujazdowskim. Bardzo źle by się stało, gdyby jego długo wyczekiwane odejście zostało zapamiętane w środowisku międzynarodowym jako efekt nagonki prawicowych środowisk podobnych do tej, które przed dwunastoma laty doprowadziły do rezygnacji Andy Rottenberg ze stanowiska dyrektorki Zachęty.

Wtargnięcie agresorów do CSW i zniszczenie pracy Markiewicza nie jest przypadkiem izolowanym. W poniedziałek spalono pracę Julity Wójcik na Placu Zbawiciela, a wczoraj w krakowskim Starym Teatrze przerwano spektakl Jana Klaty. Czy mamy sobie wmawiać, że są to incydenty wzajemnie niepowiązane? Czy nie są one sygnałem, że nasz spór o fundamentalne wartości, na których chcemy opierać nasz ustrój przerodził się w otwartą wojnę światopoglądów? W konflikt pozbawiony reguł? Czym to się jeszcze skończy? Nie jest złem się różnić. Możemy różnić się pięknie, o ile bronimy nawzajem swojego prawa do posiadania różnic i o ile te różnice wyrażamy w słowach, bez mowy nienawiści. Zło zaczyna się z chwilą zerwania postawy dialogu, z chwilą fizycznego wyrządzenia krzywdy. Nie po raz pierwszy szerzy się ono pod płaszczykiem ochrony katolicko-narodowych wartości.

** Powyższy tekst został zmieniony. W poprzedniej wersji błędnie zapisano nazwisko profesor Marii Poprzęckiej.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 253

(46/2013)
12 listopada 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj