Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Opowieść młodego naukowca...

Opowieść młodego naukowca z pokolenia „pomiędzy” [Spór o Uniwersytet]

Łukasz Jasina

O absurdach polskiego systemu wyższej edukacji i smutnym losie naukowca pisze Łukasz Jasina.

Komentarz do Tematu Tygodnia „Po 25 latach wolności. I po co nam dziś uniwersytet?” [LINK]


 

Studia uniwersyteckie rozpocząłem 15 lat temu. To stosunkowo niedawno, ale w stosunkach edukacyjnych – chyba cała epoka. Pokolenie, które po raz pierwszy z edukacją wyższą zetknęło się w roku 1999, liczyło sobie dokładnie tyle samo lat co „Solidarność”, miało za sobą doświadczenie szkoły schyłkowego okresu komunizmu, a także wszelkich – pozytywnych i negatywnych – stron polskiej transformacji. Był to w gruncie rzezy niewesoły czas dla edukacji podstawowej i średniej w małym powiatowym miasteczku, w którym się wychowywałem. Brakowało pomocy naukowych, jedynym źródłem wiedzy o świecie były biblioteka, radio i dwa kanały państwowej telewizji. Wycieczki szkolne były drogie, a nauczycielkę angielskiego spotkałem dopiero w liceum – była zresztą Ukrainką „zza miedzy”.

Później – gdy już udałem się na studia – znalazłem się w Lublinie. Lublin to stolica dość biednego województwa – niemniej jest to miasto z ambicjami. Już w czasach Polski Ludowej istniały tam dwa uniwersytety, a na przełomie stuleci edukacja wyższa przeżywała boom.

Student

Na kierunkach takich jak prawo, studia już wtedy były masowe – dwustu studentów to chaos, a także całkowity brak możliwości budowania kontaktu między wykładowcą a studentem.

Dopiero po kilku latach, już jako wykładowca, poznałem świat znacznie gorszy od uniwersyteckiego. Były nim prywatne uczelnie wyższe. Z perspektywy Warszawy, gdzie kilka takich instytucji dochrapało się pewnej marki, może się to wydać niewiarygodne, ale na Lubelszczyźnie nie zawsze było tak różowo. Samodzielne prowadzenie zajęć przez magistra, czy też seminarium magisterskiego przez świeżo upieczonego doktora, było na porządku dziennym. Ale wyższa uczelnia marzyła się każdemu – każdy chciał mieć poczucie, że się wykształcił. Przecież wraz z wejściem do Unii Europejskiej nadchodziła świetlana przyszłość. Stąd nawet w Zamościu, Białej Podlaskiej czy Chełmie otwierano wydziały stosunków międzynarodowych.

Dziesięć lat temu uczelnie w ogóle nie myślały o przyszłości. Dzięki pokoleniu wyżu demograficznego hojnym strumieniem płynęły środki na kolejne budynki, gmachy oraz wydziały zamiejscowe. Nikt nie pomyślał, że za kilka lat – wraz z obniżeniem liczby studentów – wszystko może się skończyć. Przez kilka lat sytuację ratowały środki europejskie, przez które zresztą niejeden uniwersytet wpakował się w pułapkę kredytową. W Lublinie, czyli mieście najlepiej mi znanym, dotknęło to zarówno Katolicki Uniwersytet Lubelski, jak i Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej. Tarapaty finansowe, w jakie wówczas popadły uczelnie, są do dziś niejednokrotnie traktowane jako wytłumaczenie dla „zamrożenia” polityki kadrowej.

Młody naukowiec

Ówczesne stypendia naukowe były niewysokie, a na socjalne nigdy się nie załapałem – moja matka była bowiem wprawdzie biedna pielęgniarką, ale w zgodzie z formularzami jakoś zawsze mieliśmy nieco za wysokie dochody. Na sfałszowanie zaświadczeń o wysokości zarobków się nie zdecydowaliśmy. Dość szybko podjąłem więc liczne działania o charakterze zarobkowym – tak, tak już wtedy pracowało się w barze, udzielało korepetycji, dorabiało w różnych mediach, a nawet wygrywało teleturnieje. Dzięki jednemu z nich mogłem sobie nawet pozwolić na pasożytnicze skupienia się na nauce przez cały trzeci rok studiów. Przy odrobinie organizacji można to było pogodzić ze studiami dziennymi, a także z podyplomowym studium dziennikarstwa i nauce w Collegium Invisibile.

Po studiach też nie od razu znalazłem pracę w zawodzie naukowym. Gdy jednak już to nastąpiło, trafiłem do jednostki badawczo-rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Nie mogłem narzekać – 26 dni urlopu i od czasu do czasu delegacje do Warszawy, zdarzało się kupowanie książek, a dzięki błagalnemu listowi mojego przełożonego – dostałem nawet szansę korzystania z biblioteki naukowej resortu.

Jakże my – pracownicy Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej – zazdrościliśmy kolegom przychodzącym na położone niedaleko nas uniwersytety tylko po to, by poprowadzić zajęcia (i wciąż narzekali że są tacy zajęci). My musieliśmy uprawiać naszą pracę naukową przez osiem godzin dziennie. Jakże smutno patrzyło się nam na to, że tamci mogą przez rok pracować nad artykułem, jeździć na kwerendy i organizować konferencję raz na rok albo i rzadziej. My robiliśmy ich kilka rocznie, publikowaliśmy kilkanaście tekstów i tworzyliśmy ekspertyzy.

Przyznam się bez bicia, że przez rok okradałem też polskiego podatnika. Przygotowywałem bowiem dwie rozprawy doktorskie. Jedną z nich – w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk – pisałem oczywiście bez żadnego stypendium i po godzinach. Nigdy nie otrzymałem żadnych pieniędzy na badania naukowe, ale jakoś udało mi się zgromadzić materiały. Potrzebowałem dokumentów przechowywanych w British Film Institute w Londynie. Napisałem więc projekt i dzięki funduszom polskich emigrantów zgromadzonych w Fundacji z Brzezia Lanckorońskich – pojechałem. Doktorat skończyłem w terminie i równo po czterech latach oddałem go promotorowi.

Przyznam się do jeszcze jednego wielkiego grzechu. Pisałem regularnie różne wnioski stypendialne. Dzięki jednemu z nich wylądowałem na Harvardzie. Znów pomogły zewnętrzne instytucje: Fundacja Kościuszkowska (czyli dorobek pokoleń polskich Amerykanów) oraz Harvard Ukrainian Research Institute. Czasami mecenasi stawiali warunki niezwykle trudne – bilet lotniczy do Stanów musiałem sfinansować sam. W Polsce właściwie nikomu nie zależało na tym, bym gdzieś tam za oceanem zdobył wiedzę i kompetencje – wyłożyłem więc pieniądze: częściowo zarobione w wolnym czasie, a częściowo pochodzące z kredytu. Iście po amerykańsku…

Gdy wróciłem… nie miałem już pracy, choć wcześniej mój wyjazd zaakceptowano. Zdaje się, że ogarniający moją instytucję naukową kryzys zmuszał do redukcji. A przecież nie mógł to być sekretarz szefa albo pani pisząca dla niego maile po francusku. Ja byłem najmłodszy w zespole, a do tego dyskretnie dziwiono się, że w ogóle z tej całej Ameryki wróciłem. W przechowywanym przeze mnie do dziś memorandum mojego bezpośredniego przełożonego napisano także, że na niczym się nie znam, a doktoratu prawdopodobnie nie obronię w terminie. Stan mojej wiedzy trudno mi ocenić, ale doktorat obroniłem w terminie – trochę szybciej od mojego przełożonego, któremu zajęło to 12 lat.

Po odejściu z MSZ żyłem normalnie przez 3 lata z tytułem doktora, podejmując się różnych prac, w tym wykładów na uczelni wyższej w mieście powiatowym. Uczelnia ta składała się z kilku sal, wspaniałych pracowników administracyjnych, uroczego rektora i rytuałów. Już wtedy studiowali tam głównie młodzi Ukraińcy z Wołynia, ponieważ dzieci z roczników z lat 90. było w III RP nieco zbyt mało. A przez naszych wschodnich sąsiadów nawet powiatowa uczelnia wyższa była postrzegana jako gwarant europejskiego dyplomu.

W roku 2012 uśmiechnęło się do mnie szczęście – zostałem wykładowcą w Instytucie Dziennikarstwa i Nauk Społecznych KUL. Moją dwuletnią pracę wspominam dobrze. Wprawdzie nie miałem szans na otrzymanie etatu adiunkta, co było upokarzające (bo po co pisać doktorat, skoro i tak płaci ci się tyle co magistrowi), ale przecież to zawsze prawie dwa tysiące, a w wolnym czasie zawsze mogłem sobie jeszcze dorobić.

Przez dwa lata nie otrzymałem od uczelni ani grosza na swoją działalność naukową, ale w tym czasie i tak objechałem kilkanaście konferencji krajowych i międzynarodowych. Dostałem też stypendium (po raz kolejny mecenasem było społeczeństwo kraju innego niż Polska – tym razem organizacje ukraińskiej diaspory) i przez dwa miesiące pracowałem na Uniwersytecie w Toronto.

Zresztą większość konferencji naukowych organizowanych na uniwersytetach to fikcja. Owszem, ludzie wygłaszają tam niejednokrotnie ciekawe referaty. Ale publiczność to głównie uczestnicy i przyprowadzeni studenci. Potem za uczelniane pieniądze wychodzą publikacje. Za jeden tekst w nich, choćby notkę, dostanę więcej punktów niż za powszechnie analizowany esej w czasopiśmie idei. Potem akademicy dziwią się, że najciekawsze zjawiska mają miejsce poza ich środowiskiem.

Po dwóch latach przyszedł czas na przedłużenie ze mną umowy na czas nieokreślony. Tak się nie stało. Dowiedziałem się, że zabrakło dla mnie zajęć, co nieco dziwiło, bo ich obsadzanie zajęło potem sporo czasu, a w swoim pierwotnym planie miałem nawet liczne nadgodziny. Oficjalnie przegrałem z innym pracownikiem swojego instytutu, który wprawdzie praktycznie nie uczestniczył w zajęciach i nie miał pensum, ale miał stałą umowę. W sytuacji, gdy dla stałego pracownika nie ma zajęć, nie można zatrudnić kogoś innego. Jego kwalifikacje i osiągnięcia nie mają żadnego znaczenia. Na moim zatrudnieniu zależało wprawdzie studentom, kolegom i kierownictwu mojego instytutu, ale na sztywne ramy uczelnianych ustaleń wyżej wymienieni nic nie mogli poradzić. A ustalenia te są następujące: przy ustalaniu planu zajęć kwestią priorytetową nie jest kompetencja prowadzącego czy ocena jego pracy dokonana przez studentów. Zajęcia przecież może poprowadzić ktoś inny – nawet jeżeli ich tematyka to, mówiąc delikatnie, nie jego specjalność. Jacyś pracownicy z tytułem naukowym zawsze się znajdą. Uczelnia woli też ratować miejsce pracy osoby już zatrudnionej, niż stwarzać je dla kogoś nowego. To że ten nowy mógłby wnieść coś do procesu jej rozwoju, nie ma specjalnego znaczenia. Przysparzałby uczelni kosztów.

Kolejnym ważnym celem jest pozyskiwanie studentów. Znam się trochę na sprawach ukraińskich, białoruskich czy rosyjskich – mogę więc śmiało skrytykować sposób, w jaki się to odbywa. Aby ratować frekwencję – patrzy się przez palce choćby na brak znajomości języka polskiego. W rezultacie powstaje kolejna fikcja edukacyjna – co prawda pozyskujemy co najwyżej przeciętnych studentów, rośnie za to wskaźnik umiędzynarodowienia polskich uczelni, a to przecież niezwykle ważne w światowych rankingach.

Od czasu mojego odejścia z uniwersytetu mija kilka miesięcy – nie umieram jakoś z głodu i nie narzekam. Wiem jednak tylko – uniwersytet to przede wszystkim miejsce pracy, a studenci mają się tylko do jego istnienia dokładać. Nauka – czemu nie, ale to nie jest najważniejsze. Dlatego jestem przekonany, że uniwersytet nie jest miejscem, w którym rozegra się jakakolwiek ważna dyskusja o sprawach trapiących nasz kraj. W obecnym systemie jest to połączenie firmy ze szkołą zawodową i systemem certyfikacyjnym. A jako takie – nie ma na uwadze wyższych celów.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 316

(4/2015)
28 stycznia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE

Nie boję się autorytaryzmu



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj