Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Putinada] Bandera –...

[Putinada] Bandera – ukraiński koń trojański

Wiesław Romanowski

O obecnym w rosyjskiej świadomości i niezwykle użytecznym w imperialnej polityce i postimperialnych awanturach „micie Bandery”.

Wojna potrzebuje mitów. Mity ją wywołują, wspierają i legitymizują. Każda wojna tworzy nowe mity. Rosjanie, przygotowując aneksję Krymu i „projekt Noworosja”, sięgnęli po stary sowiecki „mit Stepana Bandery”, niezwykle użyteczny w imperialnej polityce i postimperialnych awanturach. Zajęcie półwyspu i udział wojsk rosyjskich w rebelii na wschodzie Ukrainy zaakceptowało ponad 80 proc. Rosjan. Obrona przed „banderowcami” uzyskała w Rosji społeczne poparcie. Gdy prezydent Wiktor Janukowycz uciekał z Ukrainy pod osłoną nocy i rosyjskich służb specjalnych, kremlowska telewizja mówiła o popieranym przez Zachód faszystowskim zamachu stanu w Kijowie. Narracji o Rewolucji Godności Kreml przeciwstawił dopasowany do nowych realiów tzw. mit Bandery. Nawet wydawałoby się dbający o swoją intelektualną reputację minister Siergiej Ławrow przestrzegał na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa przed „banderowskim renesansem”, ukraińskim nacjonalistycznym i neonazistowskim wirusem, czym wzbudził śmiech na sali.

W Rosji „mit Bandery” jest historycznie solidnie zakorzeniony, to jeden z synonimów „chochoła” – ekspresyjnego etnonimu z wyjątkowo negatywną konotacją. W „Słowniku współczesnego literackiego języka rosyjskiego” (Moskwa, 1965) „chochoł” to „określenie Ukraińca, początkowo pogardliwe, następnie żartobliwe i familiarne”. Według słownika Uszakowa (Moskwa, 1940) w ustach Wielkorusa „chochoł” to po prostu Ukrainiec. „Chochoł” występuje w parze z „kacapem” i „moskalem”, nie zapominając oczywiście o „lachu”. Tak to już jest, że wojenna populistyczna propaganda najprostszymi środkami dąży do zbudowania radykalnego podziału na „my” i „oni”, sięgając do najgłębszych pokładów etnicznej mądrości.

Galicyjski wirus

Rosja zawsze miała kłopot z Ukraińcami, jak pisze Leonid Mleczyn, moskiewski publicysta. Jego najnowsza książka nosi tytuł: „Stepan Bandera i los Ukrainy. O czym przypomniał kijowski Majdan”, należy zwrócić uwagę na to symboliczne połączenie: Bandera i los Ukrainy. To powszechny propagandowy zabieg, swoiste przyprawianie Ukrainie „gęby”, Bandera ma być nie tylko symbolem ukraińskiego nacjonalizmu, ale i całej Ukrainy. W praktyce propagandy nazywa się to „pozycjonowaniem przeciwnika”.

Teza podstawowa: Ukraińcy nie mają racji, starając się oddzielić od Rosji, nie miał jej też Franko, Hruszewski, Szeptycki, a także Bandera – najważniejszy symbol ukraińskiej niepodległości. Rosja – zarówno „biała”, jak i „czerwona” – nie miała dobrej polityki wobec Ukrainy. Dominowały w niej zawsze represje. Ale Ukraińcy byli sami sobie winni, ich fanatyzm – powiedzielibyśmy dzisiaj: polityczny fundamentalizm – wymuszał zastosowanie siły w imię zaprowadzenia elementarnego porządku. W tej narracji, obrazem ich stosunku do świata jest sam Bandera, tak charakteryzowany przez Mleczyna: „Niewysokiego wzrostu, raczej mały. Chuderlawa figura ascety. Surowa, pozbawiona uśmiechu, blada twarz, świadcząca o wewnętrznej walce namiętności. Chłodny ogień w oczach. Bezlitosny wzrok fanatyka. On z dzieciństwa był owładnięty narodową ideą i, wydawało się, że tylko szukał wroga, by go zniszczyć”. Pisze też, że jego ojciec, Andrij Bandera, greckokatolicki ksiądz, też był nacjonalistą, zaś sama Galicja, porzucona przez Austrię polska prowincja, nadała ukraińskiemu nacjonalizmowi szczególnie agresywny charakter, którego „wyjaśnienia trzeba szukać w psychologii galicyjskich chłopów wypełnionej przesądami, którzy we wszystkim widzieli knowania zewnętrznych wrogów”.

Podobne teksty o Banderze i „banderowcach” zaczęły powstawać jeszcze w 1945 r., to był kanon sowieckiej propagandy o wojnie domowej i pacyfikacji Ukrainy. Bandera był wówczas na emigracji, ukrywał się pod Monachium i nie miał wpływu na działania ukraińskiej partyzantki. Stał się jednak jej karykaturalną, stworzoną na potrzeby wojennej propagandy twarzą. Do tego wizerunku nawiązuje Mleczyn i współczesna kremlowska propaganda.

U wielu Rosjan Bandera wywołuje tragiczne skojarzenia. W wojnie domowej zginęło wówczas ponad 30 tys. żołnierzy i oficerów Armii Sowieckiej i ponad 130 tys. Ukraińców, partyzantów UPA i ludności cywilnej. Starty ukraińskie były jeszcze większe, licząc deportowanych i rannych – historycy w szacunkach dochodzą do pół miliona ofiar operacji „przymuszenia do najlepszego na świecie społecznego ładu”. Okrucieństwo tego starcia, przypominającego sceny z ludobójstwa Polaków na Wołyniu w 1943 r., nadal żyje w ukraińskiej i rosyjskiej pamięci.

Putin i jego otoczenie świadomie unikają określenia „Ukraińcy”, kiedy mówią o swoich wrogach, o ukraińskiej opozycji demokratycznej, która pokonała korupcyjny reżim Wiktora Janukowycza. Nie mówią Ukraińcy, a „banderowcy” i „nacjonaliści”: „Z jednej strony Putin pragnie zdemonizować swoich przeciwników jako (rzekomych) faszystów i antysemitów, z drugiej zaś chce przedstawić cały Euromajdan jako «galicyjski spisek» wspierany przez Zachód, ale nie mający szerokiego poparcia w większej części Ukrainy”, pisze w tej sprawie prof. Jarosław Hrycak [1]. Mit Bandery jest użyteczny dla Kremla również w szerszym kontekście. Ta postać radykalnie odróżnia Polaków i Żydów od Ukraińców. Polacy przypisują mu odpowiedzialność za ludobójstwo na Wołyniu, Żydzi odpowiedzialność za Holokaust: „Według galicyjskich Żydów ukraiński nacjonalizm kolaborował z Hitlerem i ciąży na nim odpowiedzialność za Holokaust. Galicyjscy Ukraińcy ze swej strony całkowicie wyparli galicyjskich Żydów ze swojej pamięci i nie chcą lub nie są gotowi przyznać, że ukraińscy nacjonaliści byli związani z masową zagładą galicyjskich Żydów” [2].

Koń trojański

Bandera był i pozostaje najsłabszym ogniwem w narracji o ukraińskim marzeniu o niepodległości. Polityczny awanturnik, bardziej anarchista niż faszysta, prowincjonalny terrorysta, każda z jego politycznych akcji zakończyła się porażką bądź klęską, rozbił Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, patronował bratobójczej walce, eksterminacji Żydów i ludobójstwu Polaków na Wołyniu, bardzo późno zrozumiał intencje i politykę nazistów. Niezmiernie łatwo takiego przeciwnika zdyskredytować, ośmieszyć, poniżyć i pokonać. Aż dziw bierze, że ma tyle pomników na Zachodniej Ukrainie. Legenda Bandery i jej korzenie w dzisiejszej Galicji zasługują na oddzielne badania. Może pewnym kluczem do zrozumienia genezy mitu Bandery są historie innych pomników dominujących w ukraińskiej przestrzeni symbolicznej.

W Kijowie stoi pomnik Bohdana Chmielnickiego, odsłonięty podczas panowania najbardziej reakcyjnego cara, Aleksandra III, w hołdzie twórcy związku Rosji i Ukrainy – z tej przyczyny hetman był również szanowany w Związku Radzieckim. Taras Szewczenko, orędownik ukraińskiego odrodzenia narodowego, obarczył Chmielnickiego odpowiedzialnością za ujarzmienie własnego narodu pod despotyzmem rosyjskim. Chmielnicki w centrum Kijowa, ufundowany przez rosyjski imperializm, podobnie jak mit Bandery, pełni rolę symbolicznego konia trojańskiego. Zwolennicy sojuszu z Rosją zawsze mogą się pod nim spotkać, mogą się do niego odwołać, szukać w nim politycznej inspiracji.

Pomniki Bandery na Zachodzie Ukrainy fundował sojusz skrajnej ukraińskiej prawicy i postsowieckiej nomenklatury, tak też powstała partia Swoboda, jeden z politycznych projektów Wiktora Janukowycza. Do galicyjskiej tradycji należy współpraca i niekiedy konkurencja między Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów i Komunistyczną Partii Zachodniej Ukrainy. Pisał o niej ostatnio rosyjski historyk Aleksiej Miller: „Głównym wrogiem dla Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów do 1939 r. byli Polacy. Jednak w zamachach terrorystycznych przeprowadzonych przez zachodnioukraińskich nacjonalistów w latach 30. najwięcej zginęło Ukraińców lojalnych wobec Polski. Oczywiście bliskie kontakty z władzą sowiecką w latach 1939–1940 nie dodały im popularności na Zachodniej Ukrainie. Interesujące jest również to, że Związek Radziecki w latach 30., przez Litwę, tajnie finansował Banderę i jego zwolenników. […] Stalinowi było przyjemnie pomóc komuś, kto destabilizuje Polskę, będącą wówczas głównym przeciwnikiem Związku Radzieckiego na zachodzie” [3]. Przypomnijmy też, że polityczny ojciec chrzestny Bandery, pułkownik Jewhen Konowalec, został zamordowany przez sowiecką bezpiekę za zerwanie współpracy i przejście na stronę Niemiec.

Ukraińska polityka historyczna nowego obozu władzy zakłada, że Bandera stanie się ogólnonarodowym ukraińskim bohaterem. Niepoważne są głosy, które można usłyszeć w Polsce, że to nam przecież nie zagraża, gdyż jest skierowane przeciwko Rosji i ma zmobilizować Ukraińców walczących z agresją na wschodzie kraju. Jaką rzeczywistą rolę pełni dzisiaj mit Bandery? Dla demokratycznej Ukrainy jest historycznym balastem, dla upadającego sowieckiego imperium szansą na prowadzenie antyukraińskiej propagandy i antyukraińskiej polityki. Argumentem dla przeciwników Ukraińskiej suwerenności i sojuszników Rosji w Europie.

Z niepokojem obserwuję kolejną odsłonę sojuszu skrajnej, pozaparlamentarnej, ale wpływowej ukraińskiej prawicy, postsowieckiej nomenklatury i rosyjskich służb specjalnych. Ukraińców może zjednoczyć wizja demokratycznego, ekonomicznie rozwiniętego państwa, ale nie Bandera i galicyjska polityka historyczna. Gdyby dosłownie traktować przyjęte przez Radę Najwyższą uchwały w sprawie polityki historycznej, zerwania z sowiecką i nazistowską przeszłością i symboliką, to należałoby oczekiwać również pożegnania z Banderą. Powinien trafić tam gdzie Lenin i Stalin – symbole totalitarnej przeszłości. Dzisiaj Bandera jest koniem trojańskim imperium w stanie permanentnego rozpadu.

Przypisy:

[1] Jarosław Hrycak, „Mit Galicji”, Kraków 2014, str.118 i 119.
[2] Jarosław Hrycak, tamże.
[3] http://lenta.ru/articles/2015/02/12/ukrid/

 

Rubrykę „Putinada” redaguje Łukasz Jasina.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 332

(20/2015)
23 maja 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj