0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Music to fear,...

Music to fear, czyli Szekspir na Zamku Królewskim

Gniewomir Zajączkowski, Szymon Żuchowski

W koncercie finałowym XXIX Warszawskich Spotkań Muzycznych znalazły się kompozycje dziewięciorga współczesnych twórców inspirowane liryką Williama Szekspira w wykonaniu sekstetu wokalnego proModern a cappella. Całe szczęście, że to wydarzenie już za nami.

Każdy z utworów miał w czasie tego koncertu swoje prawykonania, a cztery z nich powstały na zamówienie Związku Kompozytorów Polskich w ramach dofinansowanego przez Ministerstwo Kultury programu „Kolekcje – zamówienia kompozytorskie”. Wszystkie utwory powstały w 2015 r., co daje szczególną okazję przyjrzenia się, jak aktualnie kompozytorzy widzą barda ze Stratford, co ich w nim pociąga i inspiruje oraz jakimi dysponują pomysłami i środkami.

Koncert otworzyły „Trzy sonety do słów Williama Szekspira” na sekstet wokalny (2015) Stanisława Moryty, całkiem udane i zaawansowane ćwiczenia kontrapunktyczne w stylach różnych epok, które jako cykl spajał pastiszowy, lecz nie parodystyczny charakter. Właśnie ta pastiszowość była ich atutem. W miarę intrygujące mogły być też zróżnicowane koncepcje brzmieniowe. Drugi z nich, zamiast być muzyczną refleksją, stał się przypadkowo – częściowo za sprawą wykonania, a częściowo ze względu na tekst muzyczny – żartem na temat kociej muzyki: żeńska część sekstetu zaprezentowała wielokrotnie powtórzone słowo music w relatywnie długich wartościach metrycznych z przeciągniętym „j”, wykazując się przy tym nieszczególną barwą głosów, co przyniosło komiczny efekt. Trudno powiedzieć, czy taka realizacja została zalecona przez partyturę, czy stanowiła inwencję własną wykonawców.

W kolejnym utworze Anna Ignatowicz-Glińska wzięła na warsztat „Sonet 116”. Niestety, kompozytorka użyła zbyt wielu środków wyrazu, przez co całość wydawała się chaotyczna i nadmiarowa. Nie przystawała ona do zwięzłej i precyzyjnej formy sonetu. Nie brakowało jednak miejsc brzmiących oryginalnie i, co szczególnie istotne, adekwatnie do tekstu.

„ShakeSpired” na sekstet wokalny Miłosza Bembinowa  to próba umuzycznienia sonetów 129, 144 i 151 wyświechtanymi środkami wyrazu, których przeciętny Kowalski nie umie co prawda nazwać (zresztą nie musi), ale z którymi kojarzy muzykę współczesną. Były zatem glissanda, akordy zmniejszone i zwiększone zatopione w dziwacznej rytmice i dodatkowo podlane stylistką gospel. Całość dała koszmarny efekt o wątpliwej wartości estetycznej, skłaniający jednak do jednej cennej refleksji: powinno się powołać komisję do oceny dokonań polskich kompozytorów pobierających dofinansowanie z Ministerstwa Kultury. Żeby jednak nikomu nie było nudno ani przykro, na końcu ostatniego z utworów śpiewacy złożyli odwrócone dłonie w kształt serduszka, zgodnie z modą panującą wśród gimnazjalistów.  Jako że na początku również  wykonywali gesty przy twarzach, należy więc domniemywać, że takie zalecenie figuruje explicite w partyturze.

Na zakończenie pierwszej części koncertu wykonano dzieło Piotra Tabakiernika, przedstawiciela najmłodszej generacji kompozytorów. „’Aπόπτωσις (apoptōsis)” na sekstet wokalny to utwór nieciekawy, mimo że kompozytor zastosował rozszerzone techniki wokalne i aerofony (śpiewacy grali na butelkach po winie) oraz „perkusję” (deptali boso po suchych liściach rozsypanych na zamkowym parkiecie), a sięgnięcie po teksty w kilku językach, z dalekowschodnimi włącznie, nie dość, że nie pomogło, to sprawiło wrażenie niezamierzonej kpiny z postmodernizmu, wskazującej pułapki bezmyślnego sięgania po zdobycze intertekstualności. Od mówienia po chińsku, grecku i łacinie cesarz nie stał się mniej nagi, a użycie tylu tak różnych środków (nie do końca muzycznych) miało najwyraźniej na celu ukrycie, że Tabakiernik nie miał pomysłu na kompozycję zamówioną przez ZKP i dofinansowaną przez ministerstwo.

Po upragnionej przerwie jako pierwszy wszelkie nadzieje zawiódł Andrzej Borzym jr ze swoimi „4 pieśniami do słów Williama Shakespeare’a”. Następnie Paweł Łukaszewski w utworze pod tytułem „Shakespeare’s Sonnet Weary with toil, I haste to my bed (Sonet XXVII)” przedstawił swoje kolejne „Zdrowaś Mario” w stylu lekkiego sakralnego popu, tyle że wzbogaconego o pseudonowatorską poetykę akordu nonowego – można by pomyśleć, że to szczytowe osiągnięcie współczesnej teorii muzyki i kompozycji.

Kolejne dwa utwory w programie, umuzycznienie 1 i 2 sonetu autorstwa Krzesimira Dębskiego, to dowód niezrozumienia przez kompozytora tekstu, ponadto zdradzający dość egzotyczne inspiracje, niebezpiecznie bliskie Enyi, swingowi i Delibes’owi. Następnie zaprezentowano „Trzy sonety Szekspira (18, 25, 59)” Krzysztofa Herdzina w stylistyce odrobinę dansingowej, w których zabrakło jedynie cichutko omiatanych talerzy perkusji. Znalazły się za to inne elementy rodem z amerykańskiego show lat 50., jak wprowadzanie głosów od najwyższego do najniższego w konsonansowych współbrzmieniach, okazjonalnie dosmaczone kilkoma akordami zmniejszonymi, kreującymi dość bezkształtne płaszczyzny. Koncert zakończył „…lips to kiss …” Tomasza J. Opałki, utwór wysmakowany, jednak wyraźnie przynależący do muzyki rozrywkowej i w zakresie użytych środków wyrazu bardzo podobny do propozycji Borzyma, Bembinowa i Łukaszewskiego. Widać aż nazbyt wyraźnie, że wymienieni kompozytorzy nie mają własnego języka i stosują podobne chwyty oraz rozwiązania, jednak nie w sposób, który usprawiedliwiałby dumne określenie „polska szkoła kompozycji”.

Z niełatwą i niewdzięczną pod wieloma względami materią usiłował sobie poradzić sekstet proMODERN w składzie: Katarzyna Bienias, Ewa Puchalska, Ewelina Rzezińska, Andrzej Marusiak, Krzysztof Chalimoniuk, pod kierownictwem Piotra Pierona. Wiele ustępów wykonywanych utworów pokazało jednak niedostatki techniczne śpiewaków. Często brakowało precyzji. Poważne problemy z czystością dźwięku obnażał zwłaszcza unison; było je też słychać w nomen omen wykończeniach fraz, gdzie intonacja u jednych spadała, a u innych rosła. Sprawiało to wrażenie rozejścia się, rozszczepienia dźwięku, co być może było wynikiem niedostatecznej liczby prób.

Jednak nie intonacja była najpoważniejszym kłopotem – szczególnie negatywny wpływ na jakość wykonania miała bardzo nieszlachetna barwa bijąca w uszy u wszystkich śpiewaków, najbardziej zaś u napastliwego sopranu, przerysowanego mezzosopranu i zaciśniętego tenora, którego nadmierne starania przywodziły na myśl natchnionego katechetę lub ludowego zapiewajłę. Śpiewacy mieli też problemy kondycyjne – na początku drugiej połowy koncertu w ich głosach słychać było charakterystyczne objawy zmęczenia (suchość i jakby zamglenie).

Nie pomagała też słaba dykcja czyniąca angielski tekst prawie niezrozumiałym – to duże przewinienie w przypadku gatunku synkretycznego sięgającego po znakomitą poezję. Miała na to wpływ między innymi zła wymowa spółgłosek, a zwłaszcza uparta realizacja wszystkich „r” na sposób retrofleksyjny („z amerykańska”), chociaż dobra praktyka w przypadku śpiewu angielskiego wymaga, aby w pozycjach innych niż wygłos stosować o wiele bardziej czytelną artykulację dziąsłową (czyli wymawiać je bardziej jak polskie niż amerykańskie „r”).

Pół biedy, że pojawiły się drobne usterki w wymowie łacińskiej (dość niekonsekwentna restituta) czy greckiej. Gorzej, że był również problem z wymową polską – przed poszczególnymi utworami fragmenty sonetów w przekładzie Jana Kasprowicza czytał Piotr Pieron. Niestety, jego interpretacja była tyleż afektowana, co słabo zrozumiała – jakby kierownik zespołu nie zadbał o rozeznanie się w niełatwych warunkach akustycznych sali oraz w swoich własnych możliwościach artykulacyjnych. W tym kontekście domniemana nieznajomość przez publiczność języka chińskiego była zapewne okolicznością łagodzącą dla wykonawców.

Zważywszy na wszystkie poważne niedostatki sekstetu, tym bardziej dziwi niedawne wyróżnienie zespołu nagrodą Fryderyka; może należy ją rozumieć jako wyróżnienie dla mistrzowskiego reżysera dźwięku? Zastanawia również, że w ostatnim czasie odeszła z sekstetu Elżbieta Wróblewska, która niewątpliwie śpiewa na dużo lepszym poziomie niż jej byli koledzy i koleżanki z zespołu. Jeśli jednak przy rozdawaniu Fryderyków bierze się pod uwagę takie czynniki jak przy zamawianiu kompozycji, to nie należy się już chyba niczemu dziwić i poprzestać na radości, że ten koncert już za nami oraz nadziei, że coś lepszego w wykonaniu polskich kompozytorów jeszcze przed nami.

 

Koncert:

Finał XXIX Warszawskich Spotkań Muzycznych, Zamek Królewski w Warszawie, 15 maja 2015.

Wykonanie: proMODERN – sekstet wokalny muzyki współczesnej. Muzyka: Anna Ignatowicz-Glińska, Stanisław Moryto, Piotr Tabakiernik, Miłosz Bembinow, Andrzej Bożym jr, Paweł Łukaszewski, Tomasz J. Opałka, Krzesimir Dębski, Krzysztof Herdzin.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 333

(21/2015)
26 maja 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj