Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Music to fear,...

Music to fear, czyli Szekspir na Zamku Królewskim

Gniewomir Zajączkowski, Szymon Żuchowski

W koncercie finałowym XXIX Warszawskich Spotkań Muzycznych znalazły się kompozycje dziewięciorga współczesnych twórców inspirowane liryką Williama Szekspira w wykonaniu sekstetu wokalnego proModern a cappella. Całe szczęście, że to wydarzenie już za nami.

Każdy z utworów miał w czasie tego koncertu swoje prawykonania, a cztery z nich powstały na zamówienie Związku Kompozytorów Polskich w ramach dofinansowanego przez Ministerstwo Kultury programu „Kolekcje – zamówienia kompozytorskie”. Wszystkie utwory powstały w 2015 r., co daje szczególną okazję przyjrzenia się, jak aktualnie kompozytorzy widzą barda ze Stratford, co ich w nim pociąga i inspiruje oraz jakimi dysponują pomysłami i środkami.

Koncert otworzyły „Trzy sonety do słów Williama Szekspira” na sekstet wokalny (2015) Stanisława Moryty, całkiem udane i zaawansowane ćwiczenia kontrapunktyczne w stylach różnych epok, które jako cykl spajał pastiszowy, lecz nie parodystyczny charakter. Właśnie ta pastiszowość była ich atutem. W miarę intrygujące mogły być też zróżnicowane koncepcje brzmieniowe. Drugi z nich, zamiast być muzyczną refleksją, stał się przypadkowo – częściowo za sprawą wykonania, a częściowo ze względu na tekst muzyczny – żartem na temat kociej muzyki: żeńska część sekstetu zaprezentowała wielokrotnie powtórzone słowo music w relatywnie długich wartościach metrycznych z przeciągniętym „j”, wykazując się przy tym nieszczególną barwą głosów, co przyniosło komiczny efekt. Trudno powiedzieć, czy taka realizacja została zalecona przez partyturę, czy stanowiła inwencję własną wykonawców.

W kolejnym utworze Anna Ignatowicz-Glińska wzięła na warsztat „Sonet 116”. Niestety, kompozytorka użyła zbyt wielu środków wyrazu, przez co całość wydawała się chaotyczna i nadmiarowa. Nie przystawała ona do zwięzłej i precyzyjnej formy sonetu. Nie brakowało jednak miejsc brzmiących oryginalnie i, co szczególnie istotne, adekwatnie do tekstu.

„ShakeSpired” na sekstet wokalny Miłosza Bembinowa  to próba umuzycznienia sonetów 129, 144 i 151 wyświechtanymi środkami wyrazu, których przeciętny Kowalski nie umie co prawda nazwać (zresztą nie musi), ale z którymi kojarzy muzykę współczesną. Były zatem glissanda, akordy zmniejszone i zwiększone zatopione w dziwacznej rytmice i dodatkowo podlane stylistką gospel. Całość dała koszmarny efekt o wątpliwej wartości estetycznej, skłaniający jednak do jednej cennej refleksji: powinno się powołać komisję do oceny dokonań polskich kompozytorów pobierających dofinansowanie z Ministerstwa Kultury. Żeby jednak nikomu nie było nudno ani przykro, na końcu ostatniego z utworów śpiewacy złożyli odwrócone dłonie w kształt serduszka, zgodnie z modą panującą wśród gimnazjalistów.  Jako że na początku również  wykonywali gesty przy twarzach, należy więc domniemywać, że takie zalecenie figuruje explicite w partyturze.

Na zakończenie pierwszej części koncertu wykonano dzieło Piotra Tabakiernika, przedstawiciela najmłodszej generacji kompozytorów. „’Aπόπτωσις (apoptōsis)” na sekstet wokalny to utwór nieciekawy, mimo że kompozytor zastosował rozszerzone techniki wokalne i aerofony (śpiewacy grali na butelkach po winie) oraz „perkusję” (deptali boso po suchych liściach rozsypanych na zamkowym parkiecie), a sięgnięcie po teksty w kilku językach, z dalekowschodnimi włącznie, nie dość, że nie pomogło, to sprawiło wrażenie niezamierzonej kpiny z postmodernizmu, wskazującej pułapki bezmyślnego sięgania po zdobycze intertekstualności. Od mówienia po chińsku, grecku i łacinie cesarz nie stał się mniej nagi, a użycie tylu tak różnych środków (nie do końca muzycznych) miało najwyraźniej na celu ukrycie, że Tabakiernik nie miał pomysłu na kompozycję zamówioną przez ZKP i dofinansowaną przez ministerstwo.

Po upragnionej przerwie jako pierwszy wszelkie nadzieje zawiódł Andrzej Borzym jr ze swoimi „4 pieśniami do słów Williama Shakespeare’a”. Następnie Paweł Łukaszewski w utworze pod tytułem „Shakespeare’s Sonnet Weary with toil, I haste to my bed (Sonet XXVII)” przedstawił swoje kolejne „Zdrowaś Mario” w stylu lekkiego sakralnego popu, tyle że wzbogaconego o pseudonowatorską poetykę akordu nonowego – można by pomyśleć, że to szczytowe osiągnięcie współczesnej teorii muzyki i kompozycji.

Kolejne dwa utwory w programie, umuzycznienie 1 i 2 sonetu autorstwa Krzesimira Dębskiego, to dowód niezrozumienia przez kompozytora tekstu, ponadto zdradzający dość egzotyczne inspiracje, niebezpiecznie bliskie Enyi, swingowi i Delibes’owi. Następnie zaprezentowano „Trzy sonety Szekspira (18, 25, 59)” Krzysztofa Herdzina w stylistyce odrobinę dansingowej, w których zabrakło jedynie cichutko omiatanych talerzy perkusji. Znalazły się za to inne elementy rodem z amerykańskiego show lat 50., jak wprowadzanie głosów od najwyższego do najniższego w konsonansowych współbrzmieniach, okazjonalnie dosmaczone kilkoma akordami zmniejszonymi, kreującymi dość bezkształtne płaszczyzny. Koncert zakończył „…lips to kiss …” Tomasza J. Opałki, utwór wysmakowany, jednak wyraźnie przynależący do muzyki rozrywkowej i w zakresie użytych środków wyrazu bardzo podobny do propozycji Borzyma, Bembinowa i Łukaszewskiego. Widać aż nazbyt wyraźnie, że wymienieni kompozytorzy nie mają własnego języka i stosują podobne chwyty oraz rozwiązania, jednak nie w sposób, który usprawiedliwiałby dumne określenie „polska szkoła kompozycji”.

Z niełatwą i niewdzięczną pod wieloma względami materią usiłował sobie poradzić sekstet proMODERN w składzie: Katarzyna Bienias, Ewa Puchalska, Ewelina Rzezińska, Andrzej Marusiak, Krzysztof Chalimoniuk, pod kierownictwem Piotra Pierona. Wiele ustępów wykonywanych utworów pokazało jednak niedostatki techniczne śpiewaków. Często brakowało precyzji. Poważne problemy z czystością dźwięku obnażał zwłaszcza unison; było je też słychać w nomen omen wykończeniach fraz, gdzie intonacja u jednych spadała, a u innych rosła. Sprawiało to wrażenie rozejścia się, rozszczepienia dźwięku, co być może było wynikiem niedostatecznej liczby prób.

Jednak nie intonacja była najpoważniejszym kłopotem – szczególnie negatywny wpływ na jakość wykonania miała bardzo nieszlachetna barwa bijąca w uszy u wszystkich śpiewaków, najbardziej zaś u napastliwego sopranu, przerysowanego mezzosopranu i zaciśniętego tenora, którego nadmierne starania przywodziły na myśl natchnionego katechetę lub ludowego zapiewajłę. Śpiewacy mieli też problemy kondycyjne – na początku drugiej połowy koncertu w ich głosach słychać było charakterystyczne objawy zmęczenia (suchość i jakby zamglenie).

Nie pomagała też słaba dykcja czyniąca angielski tekst prawie niezrozumiałym – to duże przewinienie w przypadku gatunku synkretycznego sięgającego po znakomitą poezję. Miała na to wpływ między innymi zła wymowa spółgłosek, a zwłaszcza uparta realizacja wszystkich „r” na sposób retrofleksyjny („z amerykańska”), chociaż dobra praktyka w przypadku śpiewu angielskiego wymaga, aby w pozycjach innych niż wygłos stosować o wiele bardziej czytelną artykulację dziąsłową (czyli wymawiać je bardziej jak polskie niż amerykańskie „r”).

Pół biedy, że pojawiły się drobne usterki w wymowie łacińskiej (dość niekonsekwentna restituta) czy greckiej. Gorzej, że był również problem z wymową polską – przed poszczególnymi utworami fragmenty sonetów w przekładzie Jana Kasprowicza czytał Piotr Pieron. Niestety, jego interpretacja była tyleż afektowana, co słabo zrozumiała – jakby kierownik zespołu nie zadbał o rozeznanie się w niełatwych warunkach akustycznych sali oraz w swoich własnych możliwościach artykulacyjnych. W tym kontekście domniemana nieznajomość przez publiczność języka chińskiego była zapewne okolicznością łagodzącą dla wykonawców.

Zważywszy na wszystkie poważne niedostatki sekstetu, tym bardziej dziwi niedawne wyróżnienie zespołu nagrodą Fryderyka; może należy ją rozumieć jako wyróżnienie dla mistrzowskiego reżysera dźwięku? Zastanawia również, że w ostatnim czasie odeszła z sekstetu Elżbieta Wróblewska, która niewątpliwie śpiewa na dużo lepszym poziomie niż jej byli koledzy i koleżanki z zespołu. Jeśli jednak przy rozdawaniu Fryderyków bierze się pod uwagę takie czynniki jak przy zamawianiu kompozycji, to nie należy się już chyba niczemu dziwić i poprzestać na radości, że ten koncert już za nami oraz nadziei, że coś lepszego w wykonaniu polskich kompozytorów jeszcze przed nami.

 

Koncert:

Finał XXIX Warszawskich Spotkań Muzycznych, Zamek Królewski w Warszawie, 15 maja 2015.

Wykonanie: proMODERN – sekstet wokalny muzyki współczesnej. Muzyka: Anna Ignatowicz-Glińska, Stanisław Moryto, Piotr Tabakiernik, Miłosz Bembinow, Andrzej Bożym jr, Paweł Łukaszewski, Tomasz J. Opałka, Krzesimir Dębski, Krzysztof Herdzin.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 333

(21/2015)
26 maja 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj