Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Polityczna satyra w...

Polityczna satyra w dymkach. O komiksie „Kroniki dyplomatyczne” Christophe’a Blaina i Abla Lanzaca

Piotr Kieżun

Wydawanie sprzecznych poleceń, żądanie wszystkiego „na cito”, ciągłe przesuwanie godzin spotkania… Któż tego nie doświadczył? „Kroniki dyplomatyczne” to nie tylko przewrotna opowieść o francuskiej polityce. To pełen humoru, archetypiczny portret szefa.

Istnieje dawno utarty zwyczaj, by nazwy instytucji politycznych zastępować nazwami miejsc, w których owe instytucje się znajdują. Mówimy więc o Wiejskiej, mając na myśli Sejm, albo o Belwederze, mając na myśli Prezydenta RP. Można przy tym postawić tezę, że im bardziej stabilne są instytucje danego kraju, tym więcej jest tych polityczno-geograficznych metonimii, bo mają szansę utrwalić się w społecznej świadomości.

W języku polskim mamy ich stosunkowo niewiele. Cóż, historia nas nie rozpieszcza i słowo „trwałość” należy nad Wisłą wymawiać ostrożnie. We Francji miejsc, których nazwy odnoszą się do polityki, jest sporo. Pałac Elizejski to oczywiście głowa państwa, Matignon to premier i rząd, Bercy (od nazwy ulicy) to ministerstwo finansów, Solférino (też od nazwy ulicy) – Partia Socjalistyczna. Część z tych instytucji mieści się zresztą w niezwykle efektownych paryskich pałacach, które idealnie nadają się na symbole władzy. Ich monumentalność i przepych sprawiają wrażenie, że stale dzieje się w nich coś niezwykle istotnego i że to w nich ważą się, jeśli nie losy świata, to przynajmniej losy Francji.

Co w rzeczywistości kryje się za grubymi ministerialnymi murami? Rąbka tajemnicy uchylają nam Christophe Blain i Abel Lanzac, autorzy dwuczęściowego albumu, którego francuski tytuł brzmi „Quai d’Orsay” i który w tym roku ukazał się w Polsce.

Kroniki_dyplomatyczne_okladka (1)

Quai d’Orsay również jest metonimią. Tak bowiem zwyczajowo określa się francuskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które mieści się w pałacu położonym przy bulwarze o tej samej nazwie. W latach 2002–2004 urzędował tam Dominique de Villepin, znany polityk centroprawicy i bliski współpracownik Jacques’a Chiraca. Jest to postać tyleż barwna, co typowa dla francuskiego politycznego establishmentu: potomek starej, burżuazyjnej rodziny, od pokoleń zaangażowanej w sprawy publiczne (ojciec – deputowany, matka – radczyni w trybunale administracyjnym), absolwent prestiżowej École nationale d’administration (na jednym roku z François Hollandem i Ségolène Royal), dyplomata na placówkach w Waszyngtonie i New Dehli. Inteligentny, sprawny mówca i nie mniej sprawny autor erudycyjnych książek o Napoleonie. Jeśli dodać do tego charakterystyczną gestykulację, ponadprzeciętny wzrost i posturę Clinta Eastwooda, można śmiało stwierdzić, że Villepin to figura, która w sam raz nadaje się na bohatera komiksu objaśniającego meandry gabinetowej polityki à la française.

Wyrazistość Villepina to jednak tylko jedna z przyczyn, dla których Blain i Lanzac uczynili go centralną postacią swojego niezwykłego albumu i odmalowali w osobie Aleksandra Taillarda de Vormsa, ekscentrycznego ministra spraw zagranicznych starającego się powstrzymać amerykańską inwazję na fikcyjne, bliskowschodnie państewko Luzdem. Inny, znacznie istotniejszy powód wiąże się z życiorysem scenarzysty Abla Lanzaca, który pracował jako urzędnik we francuskim MSZ-ecie właśnie pod rządami Villepina i którego osobiste perypetie stały się kanwą komiksu.

Skąd pomysł, by urzędnicze przygody pokazać światu w formie graficznej opowieści? W jednym z wywiadów odpowiedzi na to pytanie udzielił Christophe Blain, jeden z najpoczytniejszych francuskich twórców komiksów, który Lanzaca – a właściwie Antonina Baudry, bo takie jest prawdziwe nazwisko autora scenariusza „Quai d’Orsay” – poznał przypadkowo podczas podróży: „Pewnego wieczoru w kawiarni opowiedział mi o swoim zawodowym doświadczeniu w roli ministerialnego radcy w czasach Dominique’a de Villepin. Swoje historie odgrywał w dosłowny sposób, naśladując każdego z bohaterów. To było niezwykłe. […] Tak właśnie narodził się Taillard de Vorms” („Le Figaro”, 23 stycznia 2012).

Kroniki_dyplomatyczne_il1 (1)

Komiks ma więc dwóch bohaterów: pierwszym jest Taillard de Vorms, drugim – Artur Vlaminck, młody urzędnik tuż po doktoracie, alter ego Lanzaca. Obu poznajemy już na pierwszych stronach albumu, gdzie Artur zostaje przyjęty do pracy jako jeden z licznych radców Taillarda de Vormsa. Od pierwszych stron możemy również obserwować, w jaki sposób duet Blaina i Lanzaca tworzy specyficzną, przepełnioną komizmem atmosferę, która sprawia, że podczas lektury na ustach czytelnika co i rusz pojawia się mimowolny uśmiech.

Przepis na udaną komiksową satyrę wydaje się tutaj prosty: od strony graficznej należy zastosować uwypuklającą charakterystyczne cechy postaci, prostą kreskę Blaina, od strony tekstowej sparodiować, niczym Lanzac, język politycznych decydentów. Jednak jak to z przepisami bywa, sekret zawsze tkwi w proporcjach. Parodia Villepina w „Quai d’Orsay” jest celna, ale nie prostacka, rysunek wiernie oddaje wszystkie śmiesznostki polityka, ale nie jest wulgarny. W komiksie Blaina i Lanzaca olbrzymią rolę odgrywa poza tym dowcip sytuacyjny, wyrażony nie tyle tekstem i pojedynczymi kadrami, co znakomicie „wyreżyserowanymi” sekwencjami kadrów, w których liczą się ruch i gesty postaci, często podkreślane onomatopejami. Ekspresyjna kreska Blaina połączona z wszystkimi tymi „szussst!”, „brzęk!”, „ryps!”, „plak!”, „prast!”, „piiiiiiip!” i „trzask!” daje przekomiczny efekt.

Śmiejemy się przy tym nie tyle z konkretnych politycznych decyzji, ile z samego sposobu sprawowania władzy. Kiedy w pierwszej scenie Taillard de Vorms roztacza przed zlęknionym Arturem wizję pracy w zespole prężnych i ambitnych fachowców („Na tej tratwie zebrałem najlepszych”), niejednemu z nas staje przed oczami obecny lub dawny szef, który również przed nami snuł rozważania o potędze własnej firmy. Inne nawyki Taillarda de Vormsa też wydadzą się nam zresztą znajome i konia z rzędem temu, kto wśród niżej podanych nie znajdzie ani jednego, którego sam nie padłby kiedyś ofiarą:

– wydawanie sprzecznych poleceń,
– powierzanie zadań, które wcześniej powierzyło się komu innemu,
– zainteresowanie ogólną wizją bez wchodzenia w to, czy szczegóły są możliwe do wykonania,
– żądanie wszystkiego „na cito”,
– oczekiwanie całkowitej dyspozycyjności,
– poprawianie własnych poprawek,
– ciągłe przesuwanie godzin spotkania,
– uznawanie cudzych pomysłów za własne (jeśli się sprawdziły)…

Przykłady można by mnożyć.

Kroniki_dyplomatyczne_il2 (1)

Aby „Quai d’Orsay” czytać z prawdziwą przyjemnością, nie trzeba być więc ani specjalistą od francuskiej polityki, ani znawcą francuskiego społeczeństwa. Wypada jednak znać się trochę na najnowszej historii świata. Album Blaina i Lanzaca to bowiem nie tylko dziesiątki scenek, w których poznajemy rozrośniętą rządową administrację i podjazdowe wojenki poszczególnych urzędników, ale także opowieść o wydarzeniach, które naprawdę miały miejsce. Villepin objął tekę ministra w rok po zamachu na WTC. Był to okres, w którym USA zaczęły intensywniej naciskać na Irak, aby ten – zgodnie z rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ ogłoszoną po zakończeniu I wojny w Zatoce Perskiej – pozbył się broni masowego rażenia. W listopadzie 2002 r. Rada Bezpieczeństwa uchwaliła kolejny dokument, słynną rezolucję nr 1441, w której nakazała Irakowi przedstawienie dowodów zniszczenia broni masowego rażenia oraz wpuszczenie inspektorów ONZ na terytorium państwa. W dokumencie znalazł się zapis o „poważnych konsekwencjach” w przypadku niewypełnienia ustaleń zawartych w rezolucji. To właśnie na ten dość ogólnikowy zapis w 2003 r. powoła się George W. Bush, by rozpocząć inwazję na Irak przy otwartym sprzeciwie Rosji, Chin i Francji.

„Quai d’Orsay” jest ni mniej, ni więcej tylko parodystyczną ilustracją tego, co działo się tuż przed wybuchem II wojny w Zatoce Perskiej we francuskim MSZ-ecie. Zresztą pomimo zastosowania fikcyjnych nazw oraz imion autorzy nie ukrywają, że chodzi im właśnie o ten konkretny historyczny moment. Luzdem łatwo utożsamić z Irakiem, a czarnoskórego Jeffreya Cola z Colinem Powellem. W końcowej scenie drugiego tomu wszystko jest już powiedziane wprost. Taillard de Vorms wygłasza na forum ONZ patetyczne przemówienie, w którym kategorycznie sprzeciwia się inwazji na Luzdem. Jego fragmenty, które czytamy w dymkach, to fragmenty słynnego przemówienia Villepina z 14 lutego 2003 r., wygłoszonego podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Kroniki_dyplomatyczne_il3

Dociekliwy czytelnik mógłby zadać w tym miejscu pytanie: po co to wszystko? Po co pisanie (czy też rysowanie) komiksu z kluczem? Czy nie można by wszystkiego przedstawić bez porozumiewawczego mrugnięcia okiem? Villepina nazwać Villepinem, a Irak Irakiem? Polski tytuł albumu – świetnie dobrany przez tłumacza Krzysztofa Umińskiego, który koncertowo przełożył również wszystkie potoczne zwroty wypełniające dialogi bohaterów – to „Kroniki dyplomatyczne”. Czyżby fikcyjny sztafaż był dyplomatycznym unikiem? W końcu nie bez przyczyny Antonin Baudry przybrał artystyczny pseudonim. W momencie, w którym ukazywał się pierwszy tom komiksu, pracował jeszcze w ministerstwie.

Powód wydaje się jednak nieco głębszy. Villepin i tak wiedział, kto jest autorem scenariusza. „Gdy zaczynałem projekt – wspomina Baudry w jednym z wywiadów – wysłałem storyboard Dominique’owi de Villepinowi. Trząsł się ze śmiechu, gdy go czytał!” („Le Figaro”, 5 lutego 2013). Ostatnie zdanie jest tu najważniejsze. „Quai d’Orsay”, albo inaczej – „Kroniki dyplomatyczne”, to album, podczas lektury którego śmiać się może nawet sparodiowany w nim polityk. Taillard de Vorms, jak stwierdził Blain, nie przypomina bowiem Dominique’a de Villepina. „On go tylko przywodzi na myśl”. Tak jak i innych polityków, których na co dzień oglądamy na ekranach telewizorów. Szkoda, że tych, z których chcielibyśmy się śmiać z taką wyrozumiałością jak Blain i Lanzac, jest tak niewielu.

 

Komiks:

„Kroniki dyplomatyczne”, scenariusz: Abel Lanzac, rysunki: Christophe Blain, przeł. Krzysztof Umiński, wyd. timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2015.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 364

(52/2015)
29 grudnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj