Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Kasandry krachu. Recenzja...

Kasandry krachu. Recenzja filmu „Big Short”

Filip Konopczyński

Najnowszy film Adama McKaya wszedł do amerykańskich kin w szczególnym momencie: tuż przed rozdaniem Oscarów oraz w trakcie kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych. Kto sądzi, że to przypadek, myli się.

„Big Short” to kolejny w ostatnich latach hollywoodzki film (chociażby po „Margin Call”, „Wall Street 2” czy „Wilku z Wall Street”) poświęcony amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Porusza temat, który w Polsce nie cieszy się specjalną popularnością, za to w USA znalazł się w pierwszej dziesiątce box office’u w pierwszych tygodniach od premiery. Obraz McKaya jest również wskazywany jako jeden z głównych faworytów do tegorocznych Oscarów. Tę popularność można oczywiście tłumaczyć iście galaktyczną obsadą: po raz pierwszy razem na ekranie występują Brad Pitt, Christian Bale oraz Ryan Gosling (a także bardzo popularny i ceniony za oceanem komik – Steve Carell). W przypadku sukcesu tego filmu języczek u wagi stanowi podnoszony w czasie kampanii wyborczej problem patologii sektora finansowego oraz jego zgubnego wpływu na amerykańską (oraz światową) gospodarkę.

big short (1)

Film to adaptacja bestsellerowej książki Michaela Lewisa, reportera i dziennikarza finansowego (autora głośnego „Moneyball”). Opisano w niej historię kilkorga przedstawicieli sektora finansowego (inwestorów, menadżerów funduszy inwestycyjnych, graczy giełdowych), którzy w okresie poprzedzającym krach giełdowy z 2007 r. „grali na upadek” amerykańskiego rynku nieruchomości – obstawiali, skupując wyspecjalizowane instrumenty finansowe. I wygrali, a tym samym wzbogacili się o miliardy dolarów w sytuacji, w której gospodarka amerykańska straciła (według różnych szacunków) od 8 do nawet 14 bln dol. W krytycznym okresie tamtejszy rynek kurczył się o 800 tys. miejsc pracy miesięcznie. Kryzys szybko rozlał się po świecie, a inwestorzy w panice zaczęli wycofywać swoje pieniądze z rynków zagranicznych – co w dużym stopniu przyczyniło się do ogromnych kłopotów krajów takich jak Irlandia, Islandia, Grecja czy Włochy.

 Widowisko nadciągającego kryzysu

„Big Short” nie można nazwać kinem politycznym w tym sensie, że opowieść McKaya nie wpisuje się w żadną narrację ideologiczną – nie znamy poglądów głównych bohaterów, nie ma to zresztą większego znaczenia dla rozwoju akcji. Opowieść prowadzona jest z perspektywy kilku grup postaci, z których rola narratora przypada temu granemu przez Ryana Goslinga. Dzięki takiej formule fabularnej dostajemy dość przekrojowy obraz panoramujący kryzys finansowy z 2007 r. Kamera zabiera nas więc zarówno na najwyższe piętra szklanych wieżowców, prestiżowe konferencje branżowe, do ekskluzywnych barów ze stripteasem, jak i, w końcu, do wartych setki tysięcy dolarów willi na przedmieściach (które jednak okazują się opustoszałe i zupełnie bezwartościowe).

THE BIG SHORT

Reżyser wykorzystuje eklektyczne i widowiskowe narzędzia filmowe po to, by film cały czas trzymał w napięciu i był zrozumiały dla jak największej grupy widzów. Stąd pojawiają się zabawne cameo kucharza Anthony’ego Bourdaina, aktorki Margot Robbie czy eksgwiazdy Disneya Seleny Gomez. Nie mają one związku z fabułą, za to w przystępny sposób starają się tłumaczyć, czym są pojęcia z głębin finansjery, takie jak: CDS (Credit Default Swap – derywat będący formą ubezpieczenia na wypadek niewywiązania się z długu), CDO (Collateral Debt Obligationinstrument finansowy zabezpieczający dług poprzez podzielenie na transze aktywów o różnym pochodzeniu i poziomie bezpieczeństwa) czy tytułowy Big Short (upraszczając – tak zwana pozycja krótka – czyli operacja umożliwiająca zarobienie na spadku cen danego waloru)

Wstawki te jednak nie obciążają filmu nadmiarem ekonomicznej problematyki. Narracja jest wartka i prowadzona w taki sposób, że widz razem z bohaterami stopniowo odkrywa „zaczarowany świat wielkiej finansjery”, który, zgodnie ze słowami bohaterów, jest mieszaniną drobnego cwaniactwa i chciwości, naiwnej buty i niewyobrażalnej głupoty. Jednak w odróżnieniu od większości filmów poświęconych finansowemu establishmentowi, „Big Short” nie opisuje sytuacji w kategoriach indywidualnej winy konkretnych uczestników finansowej „wielkiej gry”, lecz koncentruje się na problemach strukturalnych. Bohaterowie nie są przedstawieni jako złowieszczy psychopaci („American Psycho”), nie zostają również wciągnięci w makiaweliczne intrygi, których ceną jest czystość sumienia (jak w „Wall Street” Olivera Stone’a), a nawet nie poznajemy beneficjentów ze szczytów korporacyjnej hierarchii (jak w filmie „Margin Call”). „Big Short” opowiada różnorakie historie zwykłych ludzi, którzy próbują się odnaleźć w strukturach współczesnego świata wielkiego kapitału.

Zasługą twórców jest, że film nie traci przez to na swojej atrakcyjności. Co więcej, przewrotny sposób opowiadania stawia widza w niezręcznej sytuacji: sympatyzowanie z głównymi bohaterami oznacza bowiem tylko i aż tyle, że „kibicujemy” nadciągającemu kryzysowi.

Śmieciowy entuzjazm

Mimo braku politycznej „wielkiej narracji” „Big Short” pokazuje, jak bardzo środowisko największej światowej finansjery uległo inwestycyjnemu entuzjazmowi opartemu na absurdalnych (z punktu widzenia ekonomistów spoza głównego nurtu) teoriach finansowych. „Śmieciowe” kredyty oceniane były przez sowicie opłacane agencje ratingowe jako niezwykle bezpieczne (AAA). Banki i inne instytucje finansowe udzielały kredyty pod zakup nieruchomości osobom, które nie powinny były ich dostać. Następnie zaś za pomocą skomplikowanych (i celowo hermetycznych i „innowacyjnych”) instrumentów finansowych łączyły je w tzw. CDO’sy, które, odpowiednio zabezpieczone przez CDS’y, stawały się przedmiotem dalszego obrotu, tym samym wchodząc w skład aktywów dużych graczy sektora finansowego.

W roku 2008 podczas słynnego kryzysowego spotkania z ekonomistami LSE królowa Elżbieta II zapytała ich wprost: „Czemu nikt tego nie zauważył?”.

Filip Konopczyński

Jakie są zatem przyczyny krachu 2007 r. według twórców „Big Short”? System finansowy w wielu momentach filmu opisywany jest jako „ustawiony”. Instytucje zainteresowane są tylko i wyłącznie zyskami oraz pozbawione skutecznego nadzoru dążą do jego maksymalizacji za wszelką cenę. Stąd wziął się proceder udzielania wysokich kredytów hipotecznych osobom, które nie powinny ich dostać. Aby to ukryć, potrzebne były bliskie i korupcjogenne relacje z agencjami ratingowymi. Scena, w której przedstawicielka Standard & Poor’s rozmawia z bohaterem granym przez Steve’a Carella, powinna przejść do historii kina. Carell, wcielający się w szefa funduszu inwestycyjnego, który „obstawił” setki milionów, występuje tu w podwójnej roli. Z jednej strony to osoba, która krytykuje sektor finansowy za patologie krzywdzące interesy zwykłych ludzi. Z drugiej, jest osobiście zainteresowany tym, aby jego czarne proroctwa się sprawdziły – stawka to okrągły miliard dolarów. Siła sceny polega na tym, że w zasadniczo podobnej sytuacji znajduje się pracownica agencji S&P – ona także, mimo osobistych przekonań, jest żywotnie zainteresowana tym, aby jej firma przynosiła zyski, a ona sama mogła zachować pracę. Widzimy więc dwie profesjonalne i uczciwe osoby, które ze względu na zajmowane przez siebie miejsce w systemie przyczyniają się do upadku całej gospodarki – a więc także do realnego cierpienia milionów zwykłych ludzi.

Gdy ten system się załamał, gigantów sektora finansowego mógł uratować tylko bail out – a więc „wykupienie”, dokapitalizowanie przez instytucje państwowe, czyli ostatecznie przez wszystkich obywateli. Zakończenie filmu ma wydźwięk nadzwyczaj pesymistyczny i, niestety, prawdziwy: raptem jeden przedstawiciel Wall Street został skazany, uchwalone post factum regulacje są słabe i nieskuteczne, „bal” trwa nadal i wielce prawdopodobne jest, że kolejne problemy ekonomiczne czekają nas już w niedalekiej przyszłości.

Czemu nikt tego nie zauważył?

Jedną z cech łączących wielki kryzys z 1929 r. i ten z 2007 jest to, że uznani ekonomiści głównego (tak zwanego neoklasycznego) nurtu do samego końca twierdzili, że to nie ma prawa się w ogóle zdarzyć. W roku 2008 podczas słynnego kryzysowego spotkania z ekonomistami LSE królowa Elżbieta II zapytała ich wprost: „Czemu nikt tego nie zauważył?”.

THE BIG SHORT

Steve Keen, profesor Ekonomii Kingston University, to jeden z badaczy, którzy o nadchodzącym kryzysie finansowym pisali już od 2005 r., zaś co najmniej od końca lat 90. wskazywali na bardzo niebezpieczne zjawiska makroekonomiczne do niego prowadzące. W swoich przewidywaniach posługuje się on twardą kategorią metodologiczną: stosunkiem prywatnego długu społeczeństwa (a więc zadłużenia obywateli) do PKB. Na tej podstawie alarmował o sytuacji przed 2007 r. w USA, na tej samej podstawie wnioskuje, że w ogromnych tarapatach jest teraz m.in. gospodarka Chin.

Według niego „ślepota” ekonomistów neoklasycznych wynika przede wszystkim z przyjęcia błędnych założeń, na podstawie których tworzą swoje modele. Szczególną frustrację Keena budzi wciąż popularne założenie (powtarzane niemal podczas każdych zajęć ekonomicznych), że rynek dąży do równowagi. Według profesora z Kingston College po prostu tak nie jest, a przyjęcie takiego aksjomatu prowadzi do sytuacji, w której większość ekonomistów w czasach poprzedzających giełdowe bańki spekulacyjne jest mniej kompetentna niż inni uczestnicy życia społecznego. Przecież skoro rynek naturalnie dąży do równowagi, a państwowy regulator jest bezsilny (zgodnie z ortodoksją konsensusu waszyngtońskiego), to kryzysy oparte na mechanizmach bańki spekulacyjnej nie powinny w ogóle mieć miejsca.

Kino, kryzys i kampania wyborcza

Keen nie jest jedynym ekonomistą, który trafnie opisywał amerykańską i światową sytuację ekonomiczną przed kryzysem. Lista Kasandr obejmuje jednak niewielką liczbę osób, m.in. profesora Roberta Schillera z Yale, profesora NYU Nouriela Roubiniego, Ann Pettifor, szefową Policy Research in Macroeconmics, profesora University of Missouri Michaela Hudsona, Center for Economic and Policy Research Deana Bakera, a także szereg profesjonalistów sektora finansowego – Petera Schiffa czy Erica Janszena. Jak to jednak możliwe, że cała reszta zawodowych i gruntownie wykształconych ekonomistów nie widziała niechybnie nadciągającej katastrofy?

„Ekonomiści niepokorni” twierdzą, że w systemie politycznym USA to Wall Street dominuje nad Kapitolem i Białym Domem. Podobny ton przybierają wypowiedzi jednego z trzech faworytów (według sondaży) przyszłorocznej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych – ubiegającego się o nominację z ramienia Partii Demokratycznej senatora z Vermontu Berniego Sandersa. Swoją kampanię opiera on na mobilizacji społecznego oburzenia kryzysem z roku 2007, w efekcie którego sytuacja ekonomiczna milionów Amerykanów uległa przez ostatnie 8 lat pogorszeniu, podczas gdy najbogatsze 0,1 proc. odnotowało gigantyczne zyski. Według polityka, który określa się jako „demokratyczny socjalista”, odpowiedzialne za to są bliskie korupcyjne związki miliarderów, Wall Street oraz elity polityczne obu partii. To przez nie amerykańska gospodarka jest „ustawiona” (rigged). Sanders wprost zachęca wszystkich do obejrzenia „Big Short” po to, aby emocje wywołane przez dzieło McKaya przekuć na swój dobry wynik wyborczy. Według badań opinii, jedynie 37 proc. Amerykanów ocenia sektor bankowy pozytywnie.

THE BIG SHORT

Skierowany przeciwko sektorowi finansowemu populizm zdaje się przybierać na sile. W chwili, gdy pisane są te słowa, spływają kolejne sondaże, które wskazują, że Sanders ugruntował swoją przewagę nad Hillary Clinton w dwóch pierwszych stanach (Iowa i New Hampshire), w których odbędą się prawybory. Potencjalne zwycięstwo Sandersa wciąż odbierane jest w mediach jako mało prawdopodobne (czy wyobrażamy sobie, żeby w USA rządził ktoś, kto określa się jako socjalista?!), jego szanse faktycznie stale rosną. Obserwatorzy polityczni zwracają uwagę, że podobna sytuacja miała miejsce w 2008 r., kiedy faworytka – Hillary Clinton – w ostatnich tygodniach kampanii w ramach prawyborów partii Demokratów przegrała z wcześniej nieznanym senatorem z Illinois – Barackiem Husseinem Obamą.

Tym razem jednak, m. in. dzięki fenomenom kulturowym takim jak popularność filmu McKaya, nie będzie można powiedzieć, że nikt nie ostrzegał nas przed ryzykiem kolejnego krachu, który może nastąpić, jeśli nie wprowadzi się koniecznych regulacji.

„Big Short” to wartka adaptacja jednego z najważniejszych śledztw dziennikarskich XXI w. Największą zaletą filmu jest to, że pozwala on ukazać mechanizmy rządzące sektorem finansowym, a jednocześnie przedstawić je w konwencji detektywistycznej. Inaczej niż w kryminałach, nie chodzi w nim jednak o ustalenie tożsamości mordercy i rozwiązanie wyimaginowanej zagadki morderstwa: kto zabił?, a w tym wypadku: kto zawinił i doprowadził do kryzysu? W przypadku tego „śledztwa” stawka jest, niestety, o wiele poważniejsza, a podstawowe pytanie dotyczące kryzysu ma charakter strukturalny: jak zbudować gospodarkę, nie opierając jej o „śmieciowe założenia”?

 

Film:

„Big Short”, reż. Adam McKay, USA 2015.

 

SKOMENTUJ

Nr 368

(4/2016)
26 stycznia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj