Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Polewka w żelaznym...

Polewka w żelaznym kociołku. Recenzja książki „Eri i smok” Jacka Inglota [KL dzieciom]

Karolina Stępień

Mała Eri musi sprostać wielkiej misji – powierzono jej opiekę nad poszukiwanym przez złego czarnoksiężnika smoczym jajem. Na szczęście może liczyć na pomoc gnomów, skrzatów, błędnego rycerza i wielu innych baśniowych postaci.

Jest coś ekscytującego w smokach. Długo przedstawiane przez kulturę Zachodu jako jednoznacznie złe, podbiły w końcu nasze serca. Według Chestertona pojawiają się wraz z narodzinami dziecięcej wyobraźni. Leniwie przeciągają się w powietrzu u Miłosza. Smocza perspektywa zdaje się lepsza od tej ludzkiej – jest dojrzalsza, nieskrępowana utartymi schematami i wreszcie – magiczna. Fajnie byłoby kiedyś spotkać smoka.

Taką szansę dostaje od losu Eri, tytułowa bohaterka powieści Jacka Inglota, którą wydawnictwo Nasza Księgarnia wznowiło w tym roku. Po raz pierwszy książkę opublikowało Wydawnictwo Skrzat dziewięć lat temu. Została wtedy uhonorowana nominacją literacką do nagrody Polskiej Sekcji IBBY „Książka Roku”.

Eri wraz z rodzicami i rodzeństwem mieszka w spokojnej wsi na skraju Lasu, którego jako jedna z niewielu wcale się nie boi. Osadnicy uważają ją za dziecko inne od pozostałych – ma niezwykły dar zaprzyjaźniania się ze zwierzętami. I jest ruda. Mówi się, że może być „wiedząca”, tak jak szeptucha mieszkająca w małej chatce w Lesie, do której wysyła się dziewczynkę po pomoc w leczeniu najróżniejszych przypadłości.

Pewnego dnia wiedźma wręcza Eri kosz z przypominającym dużą czarną perłę smoczym jajem. Szuka go zły czarnoksiężnik Widukind. Za pomocą smoka chce zapanować nad całą krainą. Ten bowiem, kto będzie obecny przy narodzinach stworzenia i nada mu imię, będzie miał wpływ na jego dalsze losy. A smok to potężna istota i w niepowołanych rękach może stać się bardzo niebezpieczną bronią. Dlatego Eri musi udać się w podróż do dobrej wróżki Ewanny, która zna sposób na pokonanie Widukinda i potrafi pomóc mającemu się wkrótce wykluć smoczątku. Zanim to jednak nastąpi, dziewczynka powinna wybrać mu imię i zaopiekować się nim do czasu, gdy będzie bezpieczny.

Bohaterka rozpoczyna więc przeprawę przez fantastyczną krainę: mroczne Bory Fandoriańskie, rzekę Warennę, skalne miasto gnomów, spustoszone w dawnej wojnie ludzi ze smokami Szen i Arkadię, aż do zielonego Lyrie. W podróży Eri poznaje wielu przyjaciół, którzy pomagają jej stawić czoła kolejnym przygodom. Zaznajomiony z baśniową konwencją czytelnik może po kolei odnotowywać (z zadowoleniem lub znużeniem) kolejne dobrze znane postaci – gnoma, skrzata, zbójcę, trolla, błędnego rycerza czy skalnego olbrzyma.

Podobnie jak w klasycznych baśniach, wszyscy oni są krystalicznie dobrzy lub „źli do szpiku kości”. Nawet jeśli znajdzie się jakiś ambiwalentny z pozoru psotnik, od początku budzi raczej litość niż antypatię i ostatecznie odpokutowuje wszystkie drobne przewinienia. Sporo tu zresztą baśniowego dydaktyzmu – „nieudawanej skruchy”, „grzecznych dzieci”, „złych uczynków”, tego, co robić wolno i czego nie wolno (nie wolno na przykład „napadać na ludzi i pozbawiać ich mienia”). Można się zastanawiać, czy posłuszna dziewczynka, jak bohaterka postrzegająca samą siebie jako „małą i słabą”, jest dzisiaj pożądanym wzorem do naśladowania.

W tym świecie jednoznacznie pozytywnych i negatywnych bohaterów ufna i dobra Eri może bez lęku zawierać nowe przyjaźnie. I chociaż często się boi, a jej serce nieustannie „trzepoce jak ptak schwytany w sieć”, w dziecięcym czytelniku kolejne przygody obrońców smoczego jaja raczej nie powinny budzić strachu. Narracja bezpiecznie prowadzi go przez całą krainę, aż do spodziewanego szczęśliwego, choć obfitego we wzruszające pożegnania zakończenia. „Bezpiecznie” w tym przypadku oznacza także jednak w pewnym stopniu monotonnie.

Struktura fabularna powieści przypomina tę z „Hobbita”, a poczciwi bohaterowie – postaci występujące w „Opowieściach z Narni”, chociaż u Inglota nie przechodzą przemiany pod wpływem przeżytych przygód. Tolkien i Lewis to oczywiście najlepsze wzorce. „Eri i smok” zdaje się jednak być książką dosyć odtwórczą w stosunku do innych opowieści tego typu. Z tego powodu zawiązaniem akcji i schematyczną strukturą może znudzić już od pierwszych stron. Nieco uśpi przede wszystkim dorosłego, rozpieszczonego współczesnymi książkami dla dzieci, bogatymi w „mrugnięcia okiem” do starszego czytelnika (zbój-poeta Wergiliusz i jego historia rodzinna oraz nawiązania do Don Kichota nie sycą na długo). Mało emocjonująca może wydać się także młodemu odbiorcy, zaznajomionemu już z tradycyjnymi baśniami czy legendami i przestymulowanemu audiowizualną kulturą obfitości.

W całej tej swojej przewidywalności powieść powinna wydawać się mdła. Ma jednak w sobie wiele uroku. Zawdzięcza go chociażby osadzeniu baśniowej krainy w staropolskim kontekście – „Eri i smok” wykorzystuje elementy słowiańskich podań, nawet jeśli czasem wplecionych w opowieść jedynie w formie luźnych inspiracji (kto wie, kim są majki?). Poza tym powtarzalność kolejnych etapów podróży nadaje historii przyjemny rytm. Przede wszystkim cieszy jednak język. Nawet jeśli chwilami infantylnie emocjonalny, bardzo sprawnie wykorzystuje baśniową konwencję, ubarwioną wieloma słowami, które dawno wyszły już z użycia. Może dziwić, że w przypisach wytłumaczone zostają dawne jednostki miar, jak „łokieć” i „mila”, a tymczasem „ułomki”, „kozik” czy „kopystka” pojawiają się jedno za drugim bez żadnego wyjaśnienia. Mimo tego, a może właśnie dzięki tym czasem niejasnym słowom historia zyskuje niezwykły klimat – „polewka” brzmi przecież bardziej apetycznie niż zwyczajna domowa „zupa”. Szczególnie że przygotowywana jest w żelaznym kociołku i podawana z „gomółkami wędzonego sera”.

Powieść Inglota dostała od Naszej Księgarni nowe życie dzięki skierowaniu wydania do innego odbiorcy niż ten, do którego chciało dotrzeć wydawnictwo Skrzat. Zmianę docelowej kategorii wiekowej widać głównie na ilustracjach. Komiksowo-disneyowską stylistykę Kamili Stankiewicz zastępuje sympatyczna kreska Anity Graboś, powołująca do życia małe, pocieszne postaci. I dobrze, bo „Eri i smok” to książka, która spodoba się raczej dzieciom młodszym niż te, do których wizualnie adresowane było pierwsze wydanie. Książka trochę nudna – ale nudą, która zastępuje niepokój – jest kojąco przytulna i językowo smaczna. Poza tym to przecież powieść ze smokiem, i to już w tytule. Mruczącym „w swym smoczodziecięcym języku”. Czego chcieć więcej na dobranoc? Albo do poczytania w hamaku, z garnuszkiem pachnącej polewki pod ręką.

 

Książka:
Jacek Inglot, „Eri i smok”, il. Anita Graboś, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

 

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 502

(34/2018)
21 sierpnia 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj