Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Nieskończenie Niepodległa] 1945....

[Nieskończenie Niepodległa] 1945. Wciąż Polska

Łukasz Bertram

W 1945 roku Polacy nie wpadli w dziejową przepaść. Znaleźli się pod władzą radykalnej i zależnej od Moskwy mniejszości, ale dla milionów z nich nowy porządek oznaczał szansę poprawy losu. Nie było ani pełnego wyzwolenia, ani nowej okupacji – była nowa, inna Polska.

Profesor Osman Achmatowicz, chemik, miał wszelkie powody, by czuć niechęć wobec polskiej rzeczywistości roku 1945, która w wymiarze politycznym oznaczała przejęcie władzy przez Polską Partię Robotniczą, kierowaną przez przedwojennych komunistów i aktywnie wspieraną przez Związek Radziecki. Pochodził z tatarskiego rodu arystokratycznego, którego matecznik leżał na wschodnich terenach II RP i wskutek powojennego przesunięcia Polski na zachód znalazł się za powojenną granicą. Z radzieckich rąk zginęli podczas wojny dwaj bracia i siostra profesora. On sam nie akceptował komunizmu z powodów zarówno ideologicznych – jako przeciwnik marksizmu – jak i politycznych – jako przeciwnik stosowania przemocy. Mógł wyjechać za granicę, gdzie zapewne jako dawny stypendysta Oksfordu i przedstawiciel nauk ścisłych, miałby spore szanse, by się dobrze odnaleźć. Postanowił jednak zostać i wziął udział w organizowaniu Politechniki Łódzkiej, a potem został jej rektorem. Kierował się swoistym pozytywizmem oraz przekonaniem, iż trzeba służyć takiej Polsce, jaka jest. Ta postawa zaprowadzi tatarskiego księcia na stanowisko wiceministra szkół wyższych, które obejmie w 1953 roku [1]. Ten etap był paradoksalny i wyjątkowy – wyjątkowe natomiast nie były dylematy, przed którymi mieszkańcy Polski stawali po zakończeniu II wojny światowej.

W dzisiejszej debacie publicznej silnie obecny jest pogląd, że najwłaściwszym wyborem w 1945 roku było prowadzić walkę zbrojną z nową władzą. O niebezpieczeństwach i uproszczeniach takiego podejścia, związanego z bezkrytycznym kultem tak zwanych żołnierzy wyklętych, pisaliśmy już z Izą Mrzygłód. Można napotkać również interpretacje, w których koniec wojny oznaczał dla Polski jednoznaczną katastrofę i wyrwę w tysiącletniej historii [2]. Bardziej wnikliwa refleksja nad ówczesną rzeczywistością, niejednoznaczną i skomplikowaną, każe z takimi ujęciami polemizować.

Władza raz zdobyta

Polscy komuniści, radykalna mniejszość pozbawiona społecznego zaufania i legitymizacji, zawdzięczali swoje wyniesienie do władzy przede wszystkim ZSRR, a bezpośrednio – Armii Czerwonej i NKWD. Swoje rządy opierali w dużym stopniu na przemocy wobec przeciwników: nie tylko zbrojnego podziemia, lecz także legalnej opozycji w postaci Polskiego Stronnictwa Ludowego, spacyfikowanego ostatecznie w 1947 roku. Emblematyczna wypowiedź lidera Polskiej Partii Robotniczej Władysława Gomułki z czerwca 1945 roku brzmiała: władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy. Tak samo myślało wielu jego towarzyszy, dla których jasne było, że w nowej Polsce nie ma miejsca na jakąkolwiek społeczną niezależność. Przez pierwsze lata, zgodnie z radzieckimi wytycznymi, nie eksponowali jednak najbardziej radykalnych punktów swojej ideologii, a niektórzy żywili autentyczne nadzieje, że w Polsce da się socjalizm zbudować lepiej i łagodniej niż w ZSRR. W 1948 roku PPR dokonała jednak zwrotu politycznego i skończyła z „polską drogą do socjalizmu”, usuwając Gomułkę jako „prawicowo-nacjonalistycznego” odchyleńca. Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, powstała ze zjednoczenia PPR i Polskiej Partii Socjalistycznej (w praktyce zaś – kapitulacji tej drugiej po kilku latach prób zachowania niezależności), obrała kurs na przyspieszone upodobnienie do ZSRR. Kluczowym czynnikiem była presja z Moskwy, która nad Wisłą znalazła jednak gorliwych zwolenników.

Państwo, które narodziło się w 1944/1945 roku, było więc niesuwerenne zewnętrznie, decyzją wielkich mocarstw przesunięte terytorialnie oraz rządzone przez niepopularną formację, dla której od lat pozytywnym punktem odniesienia był stalinowski ZSRR. Ten wymiar polityczny nie jest jednak jedyną ramą dla polskich doświadczeń tego czasu. Nie były one proste i jednoznaczne ani w odniesieniu do postaw jednostek, ani do zachodzących wówczas wielkich przeobrażeń społeczno-gospodarczych.

(Od)budowa życia

Drugim obok polityki kontekstem dla wyborów jednostek była koszmarna skala wojennych zniszczeń: osobowych, materialnych oraz moralnych. Uczymy się o nich w szkole, choć głównie o pierwszych dwóch kategoriach, w których Polska była najtragiczniej dotkniętym przez wojnę krajem Europy. Czasem słyszymy o tym w opowieściach dziadków, ale chyba tak naprawdę dziś nie możemy w pełni wyobrazić sobie, co znaczyło żyć w Polsce w 1945 roku. Pokazują to suche zestawienia statystyczne, od całościowej straty majątku narodowego z 1939 roku (38 procent) przez straty w infrastrukturze transportowej (50 procent) czy przemyśle chemicznym (64,5 procent) po odsetek lekarzy, którzy ponieśli śmierć (39 procent). Mieszkańcy Polski, którzy doświadczyli kilku lat rozstrzeliwań, łapanek, wywózek, pacyfikacji, obozów, wychodzili z wojny jako społeczność roztrzaskana i straumatyzowana, co pokazują między innymi prace Jana Tomasza Grossa i Marcina Zaremby. Jednocześnie – próbującą urządzić się na nowo i przywrócić wokół siebie normalność.

Na polskie uczelnie wracali dawni profesorowie, lecz wśród ich studentów znalazło się wielu młodych ludzi, którym szansę zmiany losu na lepsze dała nowa rzeczywistość.

Łukasz Bertram

Entuzjazm odbudowy nie był tylko propagandowymi hasłami komunistów. W podnoszeniu Polski z gruzów aktywnie uczestniczyli ludzie, którzy z rewolucją nie mieli dotąd do czynienia. Sztandarowym przykładem jest oczywiście Eugeniusz Kwiatkowski, w latach 30. wicepremier i twórca COP, który został kierownikiem Delegatury Rządu ds. Odbudowy Wybrzeża. Nie był on wyjątkiem. Kiejstut Żemaitis, przed wojną dobrze sytuowany i niezaangażowany politycznie inżynier w śląskiej hucie „Baildon”, w 1944 roku wstąpił do Wojska Polskiego, a potem podjął pracę na kierowniczych stanowiskach w hutnictwie. Swoją wielką karierę na niwie państwowej rozpoczęła w 1945 roku graficzka Wanda Telakowska, która kilka lat później stworzyła Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Inni odbudowywali polską naukę: Stanisław Ossowski już w sierpniu 1945 roku przeprowadził socjologiczne badania terenowe w na Śląsku Opolskim, dopiero co przyłączonym do Polski. Wznawiały działalność uczelnie i powstawały nowe, a wykładali na nich ci sami uczeni co przed wojną (często byli to ludzie z Lwowa i Wilna, którzy musieli opuścić swoje małe ojczyzny). Do tych przeżyć inteligentów dodajmy doświadczenie dzieci chłopskich, dla których namacalną rzeczywistością stały się wreszcie bezpłatne studia. Kilkanaście lat temu socjolożka Hanna Świda-Ziemba opisała środowisko młodzieży inteligenckiej, którym komunizm – oraz wojna – podcięły skrzydła. Obok nich żyli jednak rówieśnicy, którym to właśnie zmiany drugiej połowy lat 40. otworzyły szerzej drzwi [3].

Pisząc to, nie chcę stawiać ich postaw w radykalnym kontraście wobec ludzi, którzy zdecydowali się pozostać na emigracji, dla których władza komunistów była perspektywą nie do zniesienia albo którzy mieli uzasadnione obawy przed represjami. Potępiając bezrefleksyjny kult „wyklętych” oraz dokonywane przez część z nich zbrodnie, musimy również próbować zrozumieć motywacje i emocje tych, którzy chcieli pozostać „w lesie”.

Motywacje ludzi, którzy wybrali zaangażowanie w budowę nowej Polski (co nie było tożsame z budową nowego ustroju!), były bardzo różne, tak jak różne były ich poglądy czy pochodzenie społeczne. Jedni chcieli wykorzystać szanse poprawy losu, inni pragnęli wrócić do pracy, która dawała im spełnienie, a która została brutalnie przerwana przez wojnę. Wielu chciało świadomie ofiarować swoje zdolności i wysiłek państwu czy też społeczeństwu. Nawet zaś ci, którzy nie budzili się każdego ranka z myślą „ja a Polska”, mogli realizować swoje osobiste cele i marzenia dlatego, że w 1944/1945 roku odrodziły się polskie ramy państwowe. Nie zmienia tego fakt, że Kwiatkowski został dość szybko usunięty ze stanowiska, zaś uczeni musieli zmagać się z narastającą presją władz na naukę. W końcu – w latach okupacji niemieckiej polska nauka została zakazana, przemysł służył głównie machnie wojennej III Rzeszy, terror mógł dotknąć w każdej chwili każdego, a Polski miało po prostu nie być. Zmiana, odczuwalna w codziennym doświadczeniu, była ogromna.

Każdy traktor ma dwa końce

Wieloznaczność sytuacji, w jakiej znalazło się polskie społeczeństwo po wojnie, świetnie pokazują nie tylko losy indywidualne, lecz także dzieje przemian gospodarczych. Jak pisała już w tym cyklu Iza Mrzygłód, jedną z najdramatyczniej niezałatwionych spraw II RP była reforma rolna, czy raczej jej brak. Pragnienie ziemi było podstawowym żądaniem milionów rodzin próbujących utrzymać się z niewielkich spłachetków ziemi, a parcelacja wielkich majątków była polityczno-ekonomiczną koniecznością i aktem swoistej sprawiedliwości społecznej. To nie były tylko postulaty komunistycznych radykałów – wraz z (po)wojennym przesuwaniem się nastrojów społecznych na lewo, stanowiły one centralny element ducha epoki. Jednak sposób przeprowadzenia oraz efekty reformy rolnej były dwuznaczne. Ekonomiczny sens miałaby parcelacja, a następnie tworzenie gospodarstw średniej wielkości. Za takim rozwiązaniem opowiadało się Polskie Stronnictwo Ludowe.

Młodzi ludzie ze wsi dostawali do rąk narzędzie modernizacji – odgórnej, ułomnej, zideologizowanej, ale zmieniającej ich codzienne doświadczenie.

Łukasz Bertram

Komuniści wybrali natomiast inny model: nadawanie ziemi – w ogromnym pośpiechu – bezrolnym czy właścicielom małych gospodarstw, ale do granicy 5 hektarów (tylko na poniemieckich ziemiach zachodnich do 20 hektarów). Przez pięć lat rozparcelowano 2,4 milionów hektarów ziemi, utworzono 347 tysięcy gospodarstw i powiększono 254 tysiące. Dla dawnych „ludzi zbędnych” była to wielka zmiana, jednak gospodarstwa takie wciąż były słabe i niewydolne. PPR wdrożyła tę politykę, by jak najszybciej uzyskać poparcie na wsi – interesy realnego ludu miały tu mniejsze znaczenie. Bardziej spiskowa interpretacja głosi, że od początku chodziło o osłabienie wsi, by łatwiej można było wdrożyć kolektywizację rolnictwa [4]. Zamiar „przebudowy wsi” i tworzenia spółdzielni rolniczych, wcześniej głęboko skrywany, komuniści ogłosili dopiero w 1948 roku. Tej zaś perspektywy polscy chłopi bali się i nienawidzili z całego serca.

Podobnych dwuznaczności jest więcej. Młodzieżowa przybudówka PPR, Związek Walki Młodych, organizował między innymi kursy dla traktorzystów. Był w tym cel polityczny: związać bardziej młodych chłopów z komunizmem i osłabić wpływy ruchu ludowego. Zastanówmy się jednak nad doświadczeniem wiejskich chłopaków: w straszliwie wyniszczonym kraju, który jeszcze wcześniej trapiony był nędzą i przeludnieniem wsi, dostawali do rąk materialne świadectwo awansu i narzędzie modernizacji. Odgórnej, ułomnej, ideologicznie skrzywionej, ale zmieniającej ich codzienne doświadczenie. Takie same wnioski można wyciągnąć z dziejów rozwoju wiejskiej służby zdrowia, fenomenalnie opisanych przez Ewelinę Szpak. Pokazuje ona chociażby, że nowoczesna opieka zdrowotna w istocie po raz pierwszy dotarła pod strzechy na przełomie lat 40. i 50., ale dużą część tychże wyłączono z systemu darmowych świadczeń z powodu czysto politycznych: przeciwstawiając „złe” strzechy indywidualne, „dobrym” skolektywizowanym, które na opiekę zasługiwały.

Bitwy o plany

Reforma rolna była tylko elementem znacznie większego zagadnienia, czyli dyskusji o tym, jak w ogóle funkcjonować ma nowa polska gospodarka. Z początku rzeczywistością było współwystępowanie trzech form własności: państwowej, spółdzielczej i prywatnej. W 1947 roku ich udział w dochodzie narodowym kształtował się następująco: sektor państwowy 31,9 procent, spółdzielczy z samorządowym 5 procent, prywatny 63,1 procent [5]. Dla PPR była to przykra konieczność czasowego wyzbycia się przekonania o prymacie gospodarki państwowej, dla PPS czy PSL – właściwa droga rozwoju. Wszystkie główne siły polityczne zgadzały się też co do konieczności przeprowadzania nacjonalizacji większych zakładów przemysłowych – z tym, że ludowcy próbowali zwiększyć pulę przedsiębiorstw, które mogłyby pozostać w rękach prywatnych. 3 stycznia 1946 roku uchwalona została ustawa o nacjonalizacji wszystkich przedsiębiorstw poniemieckich oraz należących do 17 „strategicznych” gałęzi, takich jak górnictwo, włókniarstwo czy poligrafia. W pozostałych obszarach ustawą objęto zakłady zatrudniające na jednej zmianie ponad 50 osób. W rękach państwa znalazła się więc na przykład przemysłowa infrastruktura przyłączonego do Polski Śląska. Trzeba tu dygresyjnie podkreślić, iż znacznie zwiększyła ona potencjał nowego państwa w wydobyciu węgla (93 kopalnie w porównaniu do 67 przed wojną) czy koksu (20 do 9), co równoważyło stratę Borysławsko-Drohobyckiego Zagłębia Naftowego, leżącego na wschodzie, a tym samym utraconego na rzecz ZSRR [6].

Nadzieje na utrzymanie modelu równowagi między gospodarką państwową, spółdzielczą i prywatną, rozwiały się brutalnie już w 1947 roku.

Łukasz Bertram

Element „ducha epoki” stanowiło również planowanie gospodarcze – silna wiara, że pozwoli ono w racjonalny i uporządkowany sposób nie tylko odbudować Polskę ze zniszczeń, lecz także wydobyć ją z wielowiekowego zacofania. Powstały jesienią 1945 roku Centralny Urząd Planowania z Czesławem Bobrowskim jako prezesem zdominowali członkowie PPS oraz bezpartyjni. Opracowali oni wytyczne Planu Odbudowy Gospodarczej (tak zwanego planu trzyletniego), uchwalonego przez sejm 2 lipca 1947 roku. Był to kompromis między komunistycznym dążeniem do rozwoju głównie przemysłu ciężkiego a skupieniem uwagi na innych dziedzinach gospodarki. Zakładał wspominaną trójsektorowość – i jako jedyny z wszystkich powojennych planów został wykonany zgodnie z założeniami.

Nadzieje, że taki stan rzeczy da się utrzymać, zaczęły rozsypywać się jednak właśnie w 1947 roku. Świadectwem zależności od ZSRR było odrzucenie przez polskie władze, mimo początkowej przychylności, uczestnictwa w planie Marshalla – amerykańskim programie pomocy zrujnowanej Europie. Wiosną tego roku minister przemysłu i handlu Hilary Minc, główny architekt polityki gospodarczej PPR, a potem PZPR, ogłosił rozpoczęcie „bitwy o handel”, którą oficjalnie miał toczyć z drożyzną i spekulacją, w rzeczywistości zaś – z całym prywatnym sektorem. Dla ortodoksyjnych komunistów jego istnienie oznaczało bowiem niebezpieczeństwo odrodzenia się znienawidzonego kapitalizmu. Walczono z nim między innymi poprzez astronomiczne i rujnujące drobnych przedsiębiorców domiary podatkowe, a ponad 1,1 tysiąca osób uznanych za spekulantów skierowano bez wyroku sądu do obozów pracy [7]. W ciągu dwóch lat liczba prywatnych sklepów spadła ze 134 tysięcy do 78 tysięcy [8]. W 1948 roku PPR przypuściła atak na Centralny Urząd Planowania. Bobrowski został zmuszony do ustąpienia ze stanowiska. PPR opanowała również spółdzielczość i podporządkowała je państwu, co całkowicie zaprzeczało ich idei budowania przestrzeni dla „pomocy wzajemnej” dobrowolnie zrzeszających się jednostek.

***

Od kilku lat w dyskusjach na temat polskich lat 40. nieustannie powraca książka Andrzeja Ledera „Prześniona rewolucja”. Jej główna teza głosi, że w latach 1939–1956 doszło w Polsce do tytułowej gruntownej zmiany społecznej, która nie zakorzeniła się w społecznej świadomości. Propozycja Ledera jest inspirująca, aczkolwiek słabo zakorzeniona w historycznej empirii. Dlatego też zamiast tego przypomniałbym wyrażony w latach 80. pogląd historyka Tadeusza Łepkowskiego, iż w latach 40. doszło nad Wisłą do zderzenia się (a może splecenia?) dwóch rewolucji. Jedna z nich, „ludowa”, była pluralistyczna, żywiołowa, jednocześnie patriotyczna i społecznie postępowa. Druga, komunistyczna, była antydemokratyczna, brutalna i nadzorowana z zewnątrz, choć niepozbawiona też korzeni rodzimych oraz autentycznego poparcia części społeczeństwa [9]. W przeciwieństwie bowiem do obu okupantów z lat 1939–1945 komuniści urodzili się i wychowali na ziemiach polskich, a brytyjski historyk Eric Hobsbawm słusznie napisał, iż każdy ruch komunistyczny był dzieckiem miejscowej radykalnej lewicy i rewolucji październikowej [10].

Druga rewolucja dość szybko pożarła pierwszą, jednak w refleksji nad przeobrażeniami tego czasu trzeba brać pod uwagę obie z nich. O ile nową rzeczywistość trudno nazwać pełnym wyzwoleniem, to nie pasuje do niej też określenie „nowej okupacji”. Pierwsze lata powojenne to oczywiście Bolesław Bierut, Adam Humer i Józef Różański, rozbijanie społecznej niezależności, niszczenie wszelkiej opozycji, wywózki, obozy pracy, „bitwa o handel”, morderstwa i tortury UB. Jednakże to również Achmatowicz, Ossowski i Telakowska, masowy awans społeczny i koniec „ludzi zbędnych”, studenci wstępujący na uniwersytety i politechniki, doskonałe powieści, opowiadania i wiersze, uruchamiane zakłady i warsztaty, wodowanie statku „Sołdek” czy zagospodarowanie ziem zachodnich. Wszystko to działo się w kraju, który dla milionów swoich obywateli nie był jakąś dekoracją, z wymalowanym orłem, bielą i czerwienią, Kościuszką i Staszicem, naroślą na prawdziwym narodowym ciele, politycznym Doppelgängerem, złą siostrą-bliźniaczką Kopciuszka narodów – tylko Polską właśnie.

 

Przypisy:

[1] Więcej o Achmatowiczu oraz kilku innych niekomunistach, którzy włączyli się w (od)budowę polskiego przemysłu, pisałem w artykule „Towarzysze podróży. Bezpartyjni w polskiej elicie rządowej 1949–1956”, dostępnym w wersji elektronicznej pod tym linkiem.

[2] W taki sposób sprawę stawiają na przykład: Ryszard Legutko w „Eseju o duszy polskiej” [Kraków 2008] oraz Zdzisław Najder w tomie „Węzły pamięci niepodległej Polski” [Kraków 2014].

[3] Czerpię tę myśl z bardzo interesującej, wydanej w 2016 roku książki Agaty Zysiak „Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście”, Kraków 2006.

[4] J. Kaliński, „Historia gospodarcza Polski Ludowej”, Białystok 2005, s. 10.

[5] Tamże, s. 14.

[6] Tenże, „Gospodarka Polski w latach 1944–1989. Przemiany strukturalne”, Warszawa 1995, s. 11.

[7] M. Szumiło, „Roman Zambrowski 1909–1977. Studium z dziejów elity komunistycznej w Polsce”, Warszawa 2014, s. 222–223.

[8] A.L. Sowa, „Historia polityczna Polski 1944–1991”, Kraków 2011, s. 104.

[9] T. Łepkowski, „Myśli o historii Polski i Polaków”, Warszawa 1983, s. 43–53.

[10] E. Hobsbawm, „Revolutionaries. Contemporary Essays”, London 1973, s. 3.

Tekst powstał dzięki wsparciu finansowemu Fundacji Towarzystwa Dziennikarskiego „Fundusz Mediów”.

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Warszawa, grudzień 1948. Samochody z transparentami informującymi zobowiązaniach podejmowanych przed Kongresem Zjednoczeniowym PPR i PPS. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 525

(4/2019)
31 stycznia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj