Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > „Dar doszukiwania się...

„Dar doszukiwania się problemów absolutnie wszędzie” [Odpowiedź Jackowi Głażewskiemu]

Adam Puchejda

Gdyby każdy twórca pojawiający się na kartach tej książki miał swój „pogłębiony”, „kontekstowy” i „komentujący” przypis, objaśnienia zmieniłyby się w historię literatury, a to nie było ani moim zamiarem, ani ambicją, ani nie byłoby zgodne z tym, co sam Głażewski postuluje.

Chętnie rozpocząłbym tę odpowiedź od słów przywołanego w tekście Czesława Miłosza, który powiedział już kiedyś, że „poloniści mają niezwykły dar doszukiwania się problemów absolutnie wszędzie, a już najbardziej tam, gdzie o nie najtrudniej”. Daruję sobie jednak zbędne złośliwości i przejdę od razu do rzeczy.

Jacek Głażewski zarzuca mi, że w swoim opracowaniu listów Jana Błońskiego i Czesława Miłosza nie napisałem „sfunkcjonalizowanego” komentarza do tekstu, że zwracam uwagę na rzeczy nieistotne, a ważne pomijam, wreszcie – że popełniłem szereg poważnych błędów, w tym nawet „merytoryczny błąd zaniechania”. Ale po kolei.

Po pierwsze, wbrew temu, co sugeruje Głażewski, moją ambicją nie było napisanie dogłębnego, podkreślam: dogłębnego i szerokiego komentarza do zbioru listów. Przygotowując edycję listów, kierowałem się raczej – także przez autora przywołaną – zasadą Stussiego, by „osiągnąć delikatną równowagę, publikując z zachowaniem odpowiedniego rygoru, ale bez pedanterii”. Od początku nie zamierzałem też pisać komentarza, który – znów wspomogę się cytatem podrzuconym przez Głażewskiego – zacznie wdawać się „w interpretację sensów wyższych”, czym „przekroczyłby swe uprawnienia”. Innymi słowy, swoją rolę edytora rozumiałem i rozumiem nadal nader skromnie – moim zadaniem było przejrzeć archiwa, przepisać korespondencję obu autorów i opatrzyć ją rozsądną listą objaśnień terminów, słów obcych, tytułów, dat, ważniejszych pojęć itp. Co więcej, wszystkie przypisy z założenia były pomyślane jako pomoc dla czytelnika, który niekoniecznie jest ekspertem, historykiem lub historykiem literatury i na przykład nie musi pamiętać, co wydarzyło się w listopadzie 1962 roku w Stanach Zjednoczonych, posiada jednak ogólne wykształcenie, obejmujące także podstawowe fakty z dziejów polskiej literatury.

Po drugie, Głażewski sam pisze, że „procedury edytorskie odnoszące się do piśmiennictwa XX wieku nie zostały dotychczas wzorcowo określone”, po czym w swoim tekście pozwala sobie rozdawać razy z powodu rzekomego braku „profesjonalizmu edycji”. Głównym dowodem moich przewin jest zaś użycie – w przedostatnim zdaniu noty edytorskiej – słów „przybliżyć kontekst epoki”, co według Głażewskiego jest potwierdzeniem, że piszę „sfunkcjonalizowany” komentarz, którego przecież nie piszę… A skoro tak, łatwo już o wyrok, że edycja jest „skażona”, niedbała i w ogóle listy Miłosza i Błońskiego zasługują na „większy pietyzm i edytorską dbałość”. Może tak jest istotnie. Z pewnością dziś wiele rzeczy zrobiłbym inaczej – i hopefully – lepiej. Tylko na czym tak naprawdę polegają konkretne zarzuty Głażewskiego? Przyjrzyjmy się też temu.

Zatem, po trzecie. Za dużo, pisze Głażewski, jest o Petainie, za mało o Sandauerze, a przede wszystkim nie ma komentarza, czyli odpowiedzi na pytanie, dlaczego tenże Petain nie naruszył „równowagi” francuskiego społeczeństwa, a Sandauer „docent” mógł Miłosza „zabawić”. Owszem, takie wyjaśnienia mogły się pojawić, ale… w moim odczuciu byłoby to sprzeczne z zasadami, których sam Głażewski broni lub używa jako broni przeciw mnie – czyli, by nie wdawać się „w interpretację sensów wyższych” i sięgać „w sferę historii literatury”. Mogły się też pojawić, ale… Spójrzmy raz jeszcze na te objaśnienia i zastanówmy się, czy na pewno krytyka Głażewskiego jest słuszna? Mam wątpliwości. Powiem więcej, jestem przekonany, że inteligentny czytelnik zrozumie, dlaczego Petain, bohater Francji z czasów I wojny światowej, który – jak piszę – został skazany na karę śmierci za kolaborację z Niemcami, następnie zamienioną na dożywocie, nie naruszył francuskiej, społeczno-politycznej „równowagi”. Podobnie sprawa ma się z Sandauerem, który jako głośny krytyk zdecydował się na karierę uniwersytecką… Wszystko to jednak napisał już sam Błoński – w swoim liście.

Po czwarte, po tym jak Głażewski pisze, że wyjaśniam za dużo, na przykład, że nota o Petainie zbyt encyklopedyczna, no i po co mówić o paszporcie służbowym, sam ma pretensje, że wyjaśniam… za mało. A to pomijam ważną aluzję do „Pana Tadeusza” – która mnie, przyznaję, wydała się banalna i uznałem ją za część tradycji języka – a to mówię, kim jest człowiek „krościaty” (pryszczaty), ale nie tłumaczę – to mój „merytoryczny błąd zaniechania” – kim byli w historii polskiej literatury pryszczaci itd. Tak, nie tłumaczę, kim byli, by zatrzymać się przy tym przykładzie, pryszczaci, bo uznałem, że to część historii, która jest czytelnikowi znana, a co więcej, obok wymieniona jest cała plejada „krościatych” pisarzy, takich jak Borowski, Rudnicki i Andrzejewski, którzy też nie mają swojego przypisu. Nie mają go zaś nie bez powodu. I tu wracamy do zasad. Gdyby każdy twórca pojawiający się na kartach tej książki miał swój „pogłębiony”, „kontekstowy” i „komentujący” przypis, objaśnienia zmieniłyby się w historię literatury, a to – dodam raz jeszcze – nie było ani moim zamiarem, ani ambicją, ani nie byłoby zgodne z tym – o czym już mówiłem, ale warto przypomnieć – co sam Głażewski postuluje. To samo dotyczy uwag o braku komentarza dotyczącego „Henryka” czy „odnośnego kapitana”. Różnimy się z Głażewskim co do oceny, na ile te kwestie potrzebują wyjaśnień. Moim zdaniem pewne rzeczy są zrozumiałe same przez się lub sam autor w tekście listu tłumaczy je w sposób dostatecznie wyczerpujący, wyjaśnianie zaś innych wykracza poza obowiązki edytora, który nie musi pełnić roli historyka literatury.

Na koniec, Głażewski ma rację co do dwóch rzeczy. Wydawca pominął, a ja nie zauważyłem, że w indeksie nie ma Tadeusza Grabianki. Ma też rację, gdy mowa o pobycie Miłosza na Kostaryce – pisarz rzeczywiście nie mógł być tam w listopadzie. Nie mógł, bo w przypisie jest czeski błąd – miał być „luty”, nie „listopad”. Daleka stąd jednak droga do interpretacji, że „edytor postanowił […] opracować korespondencję […] w oderwaniu od jej źródłowego charakteru”. Fakt, że Głażewski moje próby znalezienia dodatkowych informacji o podróżach i wykładach Miłosza (dodajmy, że wiele takich informacji, także trudno dostępnych, znalazłem) usiłuje przedstawić jako podważanie prawdomówności samego Miłosza („wydawca podważa chronologię wydarzeń, a po części również prawdomówność autora «Kronik»”) jest co najmniej kuriozalny. To, że doszło do pomyłki w dacie, nie znaczy, że zarzucam Miłoszowi kłamstwo. To raczej dowód niechętnej lektury recenzenta. Lub – by znów odwołać się do wcześniejszego cytatu – prawdziwy „dar doszukiwania się problemów absolutnie wszędzie, a już najbardziej tam, gdzie o nie najtrudniej”.

 

Książka:

Jan Błoński, Czesław Miłosz, „Listy 1958–1997”, zebrał, przepisał i opatrzył przypisami Adam Puchejda, Gdańsk 2019, „Biblioteka Mnemosyne”.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 569

(49/2019)
3 grudnia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj