Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Historia w głowie,...

Historia w głowie, w sercu i w innych miejscach. O współczesnym katastrofizmie i antologii poezji grupy „Żagary”

Paweł Majewski

W Bibliotece Narodowej Ossolineum ukazała się niedawno opasła antologia poezji grupy „Żagary”. Lektura na dziś? Jak najbardziej. Żagarystów określa się zazwyczaj jako poetów katastroficznych, a debata publiczna od kilku lat wygląda coraz częściej jak manifest katastrofizmu. Są jednak pewne różnice.

Pisarze romantyczni wykreowali mit, w którym ich działalność miała status absolutny – była jakoby niezależna od polityki, władzy, społeczeństwa i historii. Ślady tej autokreacji do dziś pokutują gdzieniegdzie w podręcznikach szkolnych, ale obecnie niewielu ludzi interesujących się literaturą, nie tylko romantyczną, postrzega pisanie tekstów literackich i jego rezultaty jako czynności i byty niezależne od okoliczności zewnętrznych.

Sami romantycy – Victor Hugo chociażby, a u nas niejaki Mickiewicz – angażowali się intensywnie w życie społeczne swoich czasów, zarówno słowem, jak i czynem. Baudelaire pozycjonował się wprawdzie jako poeta niezależny od aktualiów, ale czynił to ze znakomitym rozeznaniem aktualnej sytuacji swojego kraju i narodu. W późniejszych epokach literackich również trudno znaleźć poważnych twórców, którzy żyliby i tworzyli w nieświadomości czasów, w jakich im żyć i tworzyć przyszło. Zdarzało się niektórym, że udawali taką nieświadomość, lecz z reguły czynili tak ci, których historia okaleczyła szczególnie okrutnie.

Skrajnymi przypadkami takiego wyrozumowanego artystycznego wyparcia są w XX wieku Vladimir Nabokov i Teodor Parnicki – pisarze rozmiłowani w kreowaniu fantastycznych światów historii alternatywnej, w których okruchy rzeczywistości historycznej konfigurowane były w nierealne sekwencje mocą twórczej fantazji. W piśmiennictwie krytycznym trafiają się czasem próby porównywania tych dwóch twórców, ale przydałby się uzdolniony doktorant a może nawet habilitant, który napisałby solidną rozprawę na temat ich powinowactw duchowych. Związki między zrujnowaniem świata dzieciństwa Nabokova przez rewolucję bolszewicką a jego dojrzałymi utworami – tym bardziej wyraźne, że on sam zaprzeczał im z maniakalną gorliwością – oraz między historyczno-fantastyczną twórczością Parnickiego a jego młodzieńczymi przypadkami (jako dwunastoletnie dziecko przejechał samotnie przez pół Rosji, a był to rok 1920 [!], aby odnaleźć ojca, który go porzucił na życzenie macochy) – aż się proszą o baczne przyjrzenie, zwłaszcza w czasach, gdy w humanistyce akademickiej kwitnie tak wiele odmian hermeneutyki podejrzeń.

Odwrotną stroną fałszywego „niezaangażowania” historycznego literatury jest manifestacyjne umieszczanie w niej kontekstów sytuacji dziejowej, w jakiej ona powstaje. Wstępna – ale od razu potężna – fala takiego zaangażowania nastąpiła w literaturze dwudziestowiecznej po I wojnie światowej i rozpadzie porządku Europy, który jeszcze w pierwszych latach tego stulecia wydawał się niewzruszony. Zarówno skala, jak i tempo tego rozpadu, oraz rozmiar katastrofy, jaką była Wielka Wojna, skłoniły setki pisarzy do napisania powieści i esejów analitycznych i rozrachunkowych, a liczne grono poetów – do malowania nastrojów gasnącej cywilizacji modernistycznej w poematach, z których „Ziemia jałowa” jest najbardziej znanym, ale przecież nie jedynym.

W międzywojennej literaturze polskiej obrano kilka kursów wobec dziejowości. Na obszarze poezji niektórzy, jak Skamandryci, programowo zlekceważyli okoliczności historyczne i próbowali ich nie dostrzegać. Nurty awangardowe włączyły historię i cywilizację do swoich praktyk artystycznych jako składnik estetyczny. Natomiast za formację najbardziej świadomie i planowo zaangażowaną w rozpoznawanie sytuacji historycznej narzędziami języka poetyckiego w naszym międzywojniu uchodzi grupa „Żagary”. Żagaryści działali tylko trzy lata, od kwietnia 1931 do marca 1934 roku, ale to wystarczyło, aby zapewnili sobie trwałe miejsce w historii literatury polskiej.

W pierwszej serii Biblioteki Narodowej ukazała się niedawno prawie tysiącstronicowa (ze wstępem – ponad tysiącstronicowa) antologia poezji żagarystycznej, której cechą szczególną jest to, że jej autorzy, zamiast wybierać wedle uznania poszczególne utwory, umieścili w niej kompletną zawartość wszystkich tomów poetyckich mieszczących się w ramach tego nurtu, a ponadto zebrali też wiersze rozproszone poetów z grupy „Żagarów”. Dzięki temu czytelnik ma pełny obraz zjawiska i może łatwo porównywać powstałe w tym samym czasie wiersze Czesława Miłosza i Jerzego Putramenta albo Jerzego Zagórskiego i Teodora Bujnickiego. Jest to niebanalne doświadczenie czytelnicze, szczególnie wtedy, kiedy weźmie się pod uwagę późniejsze losy tych poetów.

Żagarystów określa się zazwyczaj jako poetów katastroficznych. W taką etykietkę zaopatrzyli ich historycy literatury. Nie do końca jednak jest pewne, czy czynione przez nich rozpoznania, przybierane w formę obrazów poetyckich, naprawdę są „katastroficzne” (czyli stanowią wyolbrzymione, nierealne fantazmaty), czy też są raczej pozbawioną złudzeń, wnikliwą i rzeczową diagnozą tego, co się wówczas działo w Polsce i w Europie, fakt, że nieco ponurą na tle figlików skamandryckich, gier językowych Awangardy Krakowskiej czy koturnowego parnasizmu młodego Iwaszkiewicza, niemniej niemającą w sobie nic ponadprzeciętnie pesymistycznego, przynajmniej w porównaniu z tym, co rzeczywiście miało miejsce od końca lat 30. Termin „katastrofizm” ukuto w czasach, kiedy przeczucia kresu naszej cywilizacji wciąż jeszcze uchodziły za – delikatnie mówiąc – przesadne i kojarzono je albo z poetycką bujną wyobraźnią, albo z chorymi nerwami, albo z nadużywaniem środków podniecających. Ciekawe, że nawet po 1945 roku jakoś nie zauważono, że katastrofiści nie wieszczyli, tylko po prostu przewidywali bliską przyszłość. Przez kolejne pół wieku Europa usiłowała zamieszkiwać własne ruiny tak, jakby to była nowa rezydencja. Odbudowano to, co się dało odbudować, resztę skrzętnie omijano okiem umysłu.

Jednak w XXI wieku nastroje katastrofistyczne ogarniają już nie tylko zbzikowanych poetów, zblazowanych intelektualistów i amatorów opium (czy co się tam teraz popala), ale również: pracowników korporacji, dzieci szkolne i młodzież licealną, studentki i studentów, praworządnych obywateli, wykluczonych, młodych pracowników naukowych oraz szereg innych grup i środowisk. Od kilku lat debata publiczna wygląda coraz częściej jak manifest katastrofizmu, a to, co się dzieje w roku bieżącym, nie osłabia tego trendu.

Śledząc doniesienia o aktach ikonoklazmu wywołanego kolejną odsłoną rozrachunków z kolonialną przeszłością Europy i USA, można dostrzec, jak w naszych czasach reaktywuje się historia. Nie widzi się jej już jako pasma sukcesów, zwycięstw i cennych odkryć – przeciwnie, podkreśla się, że składają się na nią głównie, jeśli nie jedynie, przemoc, wyzysk i krzywda, a każdy sukces wąskiej grupy elit okupiony był cierpieniem mas. Historia nie jest już szeregiem faktów badanych przez uczonych na podstawie źródeł. Jest panoptykonem negatywnych emocji, wśród których dominuje ból i strach, i które odczuwane są przez ludzi żyjących obecnie niejako w imieniu tych, którzy ich niegdyś doświadczyli i odeszli bez dania świadectwa. To odczuwanie często wymyka się spod kontroli i wtedy staje się już właściwie obojętne, czyj pomnik zostanie obalony – wystarczy, że będzie przedstawiał jakiegoś mężczyznę w stroju z dawnych czasów. Tym bardziej traci sens pojęcie „katastrofizmu” – katastrofa nie jest już bowiem szczególnym momentem dziejów. To całe dzieje stają się jedną wielką ciągłą katastrofą. Tak się je dziś widzi. Ci, którzy widzą je wciąż inaczej, są coraz słabiej słyszalni.

Wbrew pozorom, nie jest to widzenie zupełnie nowe. Pomniki obalano już w starożytnym Egipcie, obalanie pomników to w ogóle pospolite zjawisko. A postrzeganie dziejów jako pasma katastrof także obecne było już dawno, tyle że w czasach, gdy dominowało nastawienie triumfalistyczne, widzieli je w ten sposób – oprócz wspomnianych dystraktów – głównie satyrycy i karykaturzyści. Popatrzmy na okładkę „Simplicissimusa” z 1900 roku, z okresu intensywnej infiltracji Chin przez ówczesne mocarstwa europejskie:

Podpis brzmi: „Europejczyk wylewa błogosławieństwa swojej kultury na kulę ziemską”, a nadtytuł głosi: „Sen cesarzowej Chin” i dotyczy ówczesnej władczyni tego kraju, Cixi, która musiała stawiać czoła europejskim interwentom i nie najlepiej jej się to udawało. Już w tym samym czasie postać w średniowiecznej zbroi mogłaby równie dobrze lać strumień krwi z rogu obfitości na przykład na Kongo czy Indie. Przypomnijmy, że „Simplicissimus” był tygodnikiem satyrycznym, do którego pisywały takie tuzy, jak bracia Mann, Hermann Hesse, Hugo von Hofmannsthal czy Frank Wedekind. Podobnie jak to czynili mądrzy błaźni w epokach dawnych, władzę i jej poczynania można było w nowoczesności krytykować z pozycji komicznej lub artystycznej – ale niekoniecznie od wewnątrz. Tak przez stulecia działał mechanizm samopotwierdzania się polityczności.

Pod koniec XX wieku – mając dość historii i jej treści – wielu ludzi żyjących w zachodnim kręgu kulturowym umieściło ją w miejscu znajdującym się poniżej ich pleców. Przez kilka chwil sądzono nawet, że się skończyła, ponieważ wydawało się niektórym, że świat dotarł do swego ostatecznego celu. Obecnie historia została z tego miejsca wyjęta, ale tylko po to, aby patrzeć na nią z obrzydzeniem jako na treść fekalną rojącą się od aktów przemocy, ucisku, dyskryminacji i eksterminacji. Historia po wyjęciu jej z miejsca poniżej pleców jest bowiem, co zrozumiałe, cała zafajdana. Gdybyśmy zatem mieli pod ręką szlauch, to natychmiast byśmy ją opłukali. Ale nie mamy wody.

 

Książka:

„Żagary. Antologia poezji”, wstęp Tadeusz Bujnicki, opracowanie Jarosław Fazan, Krzysztof Zajas, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2019, BN I 335.

 

* Ilustracja użyta na stronie głównej: Winieta miesięcznika „Żagary”, 1931, nr 3. Źródło: Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa. Domena publiczna

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 602

(32/2020)
21 lipca 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj