Bądź na bieżąco!

Zapisz się na newsletter
Kultury Liberalnej

Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [List do redakcji]...

[List do redakcji] Populiści skompromitowali w Polsce konserwatyzm, którego potrzebujemy

Jarek Gryz

Współczesny populizm nie broni status quo, ale dąży do radykalnych zmian. Jest więc ruchem rewolucyjnym, a nie konserwatywnym. Nie jest przypadkiem, że w oficjalnym programie wyborczym PiS-u z 2019 roku ani razu nie pada słowo „konserwatyzm”.

Nie jestem konserwatystą. Jeśli już miałbym określić swoją orientację polityczną, to za Leszkiem Kołakowskim nazwałbym się zapewne konserwatywno-liberalnym socjalistą. Każda z tych ideologii ma bowiem coś społecznie wartościowego do zaoferowania. Z żalem patrzę więc na polską scenę polityczną, na której nie ma żadnej partii prawdziwie konserwatywnej.

Co gorsza, te z nich, które za konserwatywne się podają (czy podawały), są tej ideologii zwyrodnieniem i to przez nie stała się ona łatwym celem w debatach politycznych. Nazwać kogoś konserwatystą to w najlepszym razie uznać go za niegroźnego kołtuna, ale częściej za niebezpiecznego rasistę, mizogina i religijnego fundamentalistę. „Polacy do broni”, „kobiety do garów”, „czarni do Afryki”: to hasła, jakie kojarzy się w Polsce z konserwatyzmem. Tymczasem światła partia konserwatywna jest w Polsce potrzebna.

„Oczywistość” konserwatyzmu

Konserwatyzm w szerokim sensie, jako postawa społeczna, istniał od zawsze. Jest on wyrazem naszej instynktownej obawy przed nagłymi zmianami i tendencji do nawykowych zachowań. Ta „oczywistość” jest zapewne powodem, dla którego nie miał on nigdy swojej oficjalnej wykładni i nie dorobił się swego Johna Stuarta Milla czy Karola Marksa. Niektórzy jego wyznawcy twierdzili wręcz, że konserwatyzm nie jest ideologią, bo choć wie on przeciw czemu jest, to niekoniecznie wie, za czym jest.

Jak to zgrabnie ujął przed stu laty prawicowy pisarz niemiecki Ernst Jünger, konserwatyzm to swoisty ruch oporu. Ten negatywny charakter spowodował, że ewoluował on w taki sam sposób, w jaki zmieniały się społeczne i polityczne obiekty jego krytyki. Dlatego współczesny konserwatyzm bardzo różni się od swej pierwotnej wersji sprzed dwóch wieków.

Przyjmuje się powszechnie, że pojawił się jako świadoma postawa polityczna po opublikowaniu w 1790 roku przez Edmunda Burke’a jego krytyki rewolucji francuskiej. Na początku dziewiętnastego wieku konserwatyści bronili społecznego i politycznego status quo, podpierając się głównie autorytetem religii. Zagrożeniem starego porządku była nie tylko sama rewolucja, ale kapitalizm i jego polityczna ideologia – liberalizm.

Pierwsze kompromisy i burzliwa ewolucja

Dla ówczesnych konserwatystów, którzy nie wierzyli ani w postęp, ani w demokratyczną równość, to właśnie liberalizm był głównym przeciwnikiem. Ale już po kilkudziesięciu latach zawarto pierwsze historyczne kompromisy. Powoli konserwatyści zaakceptowali demokrację polityczną, a by postawić tamę socjalizmowi i związkom zawodowym, sprzymierzyli się z prawym skrzydłem liberalizmu.

W pierwszej połowie dwudziestego wieku funkcjonował już nowy twór polityczny – liberalny konserwatyzm, który organizował się w partie centroprawicy. Spektakularne sukcesy polityczne partie te zaczęły odnosić po drugiej wojnie światowej, a ich apogeum były rządy Ronalda Reagana i Margaret Thatcher w latach osiemdziesiątych.

Ta burzliwa ewolucja konserwatyzmu w ciągu ostatnich dwóch wieków nie znaczy przecież, że nie miał on żadnej cechy konstytutywnej. Jednak najbardziej wyrazistą i historycznie żywotną tezą tej doktryny jest sceptycyzm wobec racjonalności w polityce. Myśliciele oświeceniowi, którzy tę racjonalność reprezentowali, domagali się poprawy ludzkiej kondycji poprzez zaplanowane z góry reformy instytucji politycznych. Wierzyli w istnienie uniwersalnych zasad moralnych i politycznych, które uzasadnić można rozumem, a nie odwoływaniem się do autorytetu czy tradycji.

Tradycja, według nich, ma wartość tylko o tyle, o ile oprze się racjonalnej krytyce. Rewolucja francuska, będąca realizacją tych oświeceniowych, zasad obnażyła w pełni – według konserwatywnych krytyków – arogancję i szkodliwość radykalnych intelektualistów.

„Żadnych eksperymentów!”

Polityczny racjonalizm usiłuje ulepszyć społeczeństwo, kierując się abstrakcyjnymi zasadami, a nie tradycją. Tymczasem społeczeństwo, jak twierdzą konserwatyści, to nie maszyna, ale wysoce skomplikowany organizm, którego samym rozumem bez pomocy doświadczenia zmienić się nie da. Wszelkie zmiany muszą być rozważne i stopniowe, bo nasza wiedza jest zawsze niepełna, a więc i skutki tych zmian mogą być nieoczekiwane.

Owszem, instytucje i wartości społeczne zmieniają się, z czasem ich słabości stają się oczywiste i wtedy jaskrawe nieprawidłowości są korygowane. Ale długowiekowe mechanizmy i zwyczaje przechowują mądrość poprzednich pokoleń i zasługują na szacunek. Powinniśmy być zatem sceptyczni wobec politycznego, ekonomicznego czy kulturowego planowania na wielką skalę, bo niszczy ono owe ukryte wartości i konstrukty społeczne, których celu możemy nawet nie rozumieć. „Żadnych eksperymentów!”, głosił slogan wyborczy niemieckiej CDU z 1957 roku.

Organiczna wizja społeczeństwa nastawia konserwatystów sceptycznie wobec możliwości sprawczych państwa. Konserwatywny filozof brytyjski Roger Scruton uważał wręcz, że jedynym celem państwa jest ochrona i wspomaganie społeczeństwa obywatelskiego. Lokalne społeczności lepiej znają swoje problemy i potrzeby niż anonimowi biurokraci państwowi i one same powinny je rozwiązywać. Co więcej, społeczności się od siebie różnią i rozwiązanie właściwe dla jednej z nich niekoniecznie będzie stosowne dla innej.

Najważniejsze jest to, że ludzkie społeczności budowane spontanicznie od dołu to autentyczne wspólnoty, których członkowie mają poczucie szczególnych praw i obowiązków wynikających z uczestnictwa w nich. Dziedziczą one wartości poprzednich pokoleń i przekazują je następnym. W istocie, wszelkie wartości społeczne generowane są w sposób naturalny w takich właśnie społecznościach, a nie przez państwo czy ideologów. Dwie, tak ważne dla funkcjonowania społeczeństwa wartości, zaufanie i odpowiedzialność, mogą istnieć tylko tam, gdzie ludzie znają się nawzajem. W wypadku zorganizowania odgórnego, przez rząd czy biurokrację, obie te wartości szybko znikają.

Fałszywa ideologia w obronie status quo?

Prymat społeczności lokalnych wobec państwa i niechęć do radykalnych zmian to dwa elementy konserwatyzmu, które można uznać za wartościowe. Nie są to oczywiście wartości absolutne i wymagają nieustannej konfrontacji z tym, co społecznie cenne pod innym względami. Bezkrytyczna ufność wobec „mądrości” lokalnych wspólnot doprowadziła do segregacji rasowej na południu Stanów Zjednoczonych i społecznego wykluczania przedstawicieli LGBT w niektórych polskich gminach. Odwoływanie się do „tradycyjnej roli kobiet” przez całe wieki uzasadniało utrzymywanie ich w pozycji podrzędnej i blokowało dostęp do kariery naukowej czy politycznej. Wiele uniwersytetów amerykańskich nie przyjmowało kobiet aż do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a Szwajcaria dopiero wtedy przyznała im pełne prawa wyborcze. Czy zatem rację mają krytycy konserwatyzmu, twierdząc, że to fałszywa ideologia ukuta na użytek tych, którym status quo odpowiada?

Odwróćmy to pytanie i zastanówmy się nad tym, do czego doprowadziłoby całkowite odrzucenie obu zasad konserwatyzmu omawianych powyżej. Odrzucenie prymatu społeczeństwa obywatelskiego nad państwem to w skrajnej postaci pełna kontrola tego drugiego nad tym pierwszym, czyli totalitaryzm. A kompletna reforma społeczno-polityczna to nic innego jak rewolucja. Pełną emanacją obu tych zjawisk był komunizm. I w tym sensie, był on dla konserwatyzmu głównym konkurentem ideologicznym przez ostatnie sto lat.

Trudny do rozstrzygnięcia dwugłos

Wydawało się, że kres komunizmu będzie dla konserwatyzmu ostatecznym triumfem ideologicznym. Jednak liberalna demokracja, na której straży stały przez ostatnie stulecie partie liberalno-konserwatywne, stała się przedmiotem ataku ze strony ruchów populistycznych. Atakowany przy tym jest nie konserwatyzm jako taki, ale liberalizm. Czy można zatem postawić tezę, że współczesny populizm to kolejna ewolucja konserwatyzmu, który tym razem postanowił rozprawić się z liberalizmem? Jak się okazuje, nie jest to dla komentatorów politycznych wcale oczywiste. Interesujący dwugłos w tej sprawie reprezentują Edmund Fawcett i David Brooks.

Fawcett, autor wydanej dwa lata temu obszernej i wnikliwej historii konserwatyzmu (zatytułowanej po prostu „Conservatism”), wskazuje, że twarda prawica, rozumiana jako współczesne ruchy populistyczne, odwołuje się do typowych dla myśli konserwatywnej idei: nacjonalizmu, tradycjonalizmu obyczajowego, fundamentalizmu religijnego. Ponadto, podkreśla Fawcett, odmiana konserwatyzmu reprezentowana przez populizm nie jest w historii tej doktryny niczym nowym. Ambiwalencja wobec liberalizmu istnieje bowiem w konserwatyzmie od samego początku jego istnienia i dawała o sobie znać wielokrotnie. I wreszcie, dodaje Fawcett, wyborcy głosujący na partie populistyczne to przecież głównie rozczarowany elektorat konserwatywny.

Z kolei David Brooks, konserwatywny publicysta amerykański, zamieścił w styczniowym numerze „The Atlantic” sentymentalną elegię o amerykańskim konserwatyzmie. Brooks wspomina swoją młodzieńczą fascynację myślą Burke’a i drogę, jaką przeszedł jako wierny sympatyk Partii Republikańskiej. Aż do prezydentury Donalda Trumpa. Od tego czasu, twierdzi Brooks, ideologia reprezentowana przez jego partię stała się zlepkiem zajadłych resentymentów i ślepym przywiązaniem do wodza. Spójność tej ideologii utrzymywana jest wyłącznie przez nienawiść wobec „innego”.

Prawica amerykańska żyje dzięki utrzymywaniu stanu permanentnej wojny, w której wymyśla się coraz to nowych wrogów: krytyczną teorię rasy, niebinarne ubikacje czy groźnych imigrantów. Konserwatyzm Burke’a, wspomina Brooks, postulował rozwiązywanie konfliktów społecznych drogą negocjacji i kompromisu. Tymczasem trumpizm widzi każdy spór w kategoriach walki ze złem, gdzie jedynym rozwiązaniem jest zastraszanie lub siła. To nie ma nic wspólnego z konserwatyzmem, powiada Brooks.

Konserwatyzm zdewaluowany przez populistów

Trudno rozstrzygnąć ten spór, natomiast znaczący jest fakt, że konserwatyzm utracił w rękach populistów najbardziej wartościowe elementy. Nie jest to już na pewno doktryna obrony tradycji i niechęci do zmian. Odrzucając liberalizm na początku XIX wieku, konserwatyzm bronił obowiązującego wówczas porządku feudalnego. Kiedy wypiera się liberalizmu dzisiaj, nie ma żadnej tradycji politycznej, do której mógłby się odwołać.

Kiedy Trump mówi „make America great again”, nie odnosi się do żadnego konkretnego momentu w historii, ale do pewnej utopii, która jest tylko narzędziem retorycznym. Kiedy PiS obiecuje uczynić Polskę (będącą w ruinie) silną i sprawiedliwą, to również nie odwołuje się do naszej przeszłości, ale projektuje pewien ideał, do którego zamierza dążyć. A kiedy odmawia przyjmowania uchodźców w imię homogeniczności etnicznej, odwołuje się najwyraźniej do tradycji… PRL, bo to bodaj jedyny moment w naszej historii, kiedy taka homogeniczność istniała.

Współczesny populizm nie broni status quo, a chce radykalnych zmian, jest więc raczej ruchem rewolucyjnym, nie konserwatywnym. Nie jest przypadkiem, że w oficjalnym programie wyborczym PiS-u z 2019 roku ani razu nie pada słowo „konserwatyzm”.

Podobnie jest z prymatem lokalnych wspólnot wobec państwa. Hasłem przewodnim dla ruchów populistycznych, z faszystowskimi na czele, była idea silnego państwa co w swoim założeniu miało osłabić rangę struktur lokalnych. Oto jak rozumiał to Mussolini: „Faszystowska koncepcja władzy jest propaństwowa; interesy jednostki są istotne tylko o tyle o ile zgodne są z interesami państwa […] Liberalizm odmawiał nadrzędności państwa nad interesami poszczególnych obywateli”. Inaczej niż liberalizm, konserwatyzm stawia na pierwszym miejscu społeczność, a nie jednostkę, ale tej również daje pierwszeństwo przed państwem. Tymczasem populizm jest nieufny, a często otwarcie wrogi wobec społeczeństwa obywatelskiego w jakiejkolwiek formie. Polska i Węgry dostarczyły w ostatnich latach wielu tego rodzaju przykładów. Nie dalej jak 12 maja tego roku minister Przemysław Czarnek stwierdził: „Najchętniej doprowadziłbym do sytuacji, by do szkoły nie miała wstępu żadna organizacja pozarządowa”.

Nie ma w Polsce partii konserwatywnej

Nie mamy w Polsce partii konserwatywnej, a światłego konserwatyzmu potrzebujemy, bo potrzebujemy umiaru. Nieznośną normą stało się wzajemne prześciganie się partii w propozycjach zmian: politycznych, ekonomicznych i społecznych. Niemal nikt nie zwraca przy tym uwagi na ich koszt, jak gdyby sam akt ich wprowadzania był wartością samą w sobie. Likwidacja OFE czy stworzenie Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym przedstawiane były jako niezbędne reformy systemu emerytalnego i sądownictwa, a obie te reformy skończyły się spektakularnym fiaskiem, którego gigantyczne koszty finansowe ponosimy wszyscy. A dodatkowa cena, jaką płacimy za bałagan administracyjny czy społeczny, jest spora, choć często trudna do oszacowania.

Czy niezliczone reformy systemu podatkowego, opieki zdrowotnej, czy szkolnictwa przyniosły pożądane efekty? Czy ich autorzy brali pod uwagę koszty psychologiczne i społeczne, jakie w efekcie ich wprowadzenia ponieśli podatnicy, pacjenci czy uczniowie? O ile można było zrozumieć konieczność przeprowadzenia reform po zmianie ustroju w latach dziewięćdziesiątych, o tyle uczynienie zmiany imperatywem każdego programu politycznego to niedorzeczność. Coraz częściej przypominają one niefrasobliwe eksperymenty (vide Polski Ład) przeprowadzane – co podkreśliłby konserwatysta – na żywym ciele tkanki społecznej.

Konserwatyści potrzebni są zatem, by stale i do znudzenia powtarzać, że każda zmiana pociąga za sobą wymierne koszty, że „nigdy nie było i nie będzie takich ulepszeń życia ludzkiego, które nie musiałyby być opłacone pogorszeniem pod innymi względami”, jak pisał Kołakowski. Potrzebni są także po to, by bronić społeczeństwo obywatelskie przed zakusami i arogancją rządzących, którzy uważają, że mogą samodzielnie planować historię i budować lepsze społeczeństwo. Czas już, żeby któraś z polskich partii napisała w swoim programie: „Żadnych eksperymentów!”.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 704

(28/2022)
7 lipca 2022

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj