Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Outsider w epoce...

Outsider w epoce Twittera. O filmie „Frank” Lenny’ego Abrahamsona

Michał Piasecki

Ekscentryczne, odklejone od rzeczywistości postacie, leśna chatka poza cywilizacją, a z drugiej strony – aktywne wykorzystywanie mediów społecznościowych, ciągłe śledzenie licznika wyświetleń i pragnienie sławy. „Frank” Abrahamsona prowokuje pytanie: czy outsider w czasach Twittera ma ten sam status co wyrzutek epoki Boba Dylana?

Po jednorazowym flircie z czysto dramatyczną konwencją przy okazji realizacji filmu „What Richard Did”, Abrahamson powraca do swojego ulubionej konstrukcji rzeczywistości opartej na napięciu pomiędzy tym, co indywidualne (wiernością własnym pragnieniom), a tym, co zdeterminowane (realistyczną zasadą rzeczywistości). Ponownie próbuje zgłębić uniwersalizm, który przejawia się w tym napięciu. Mnożąc kolejne komediowe sytuacje, irlandzki reżyser oscyluje między subtelnym humorem, a podszytym bólem melancholijnym dramatem, uzupełniając całości o arthouse’owy sznyt. Film miał premierę na festiwalu w Sundance i reprezentuje typową dla tej imprezy tonację komediodramatu z budującym przesłaniem. Przede wszystkim jednak twórca „Franka” powraca do charakterystycznego typu postaci – dobrowolnie zajmującego marginalną pozycję outsidera. Dla przypomnienia – wcześniej Abrahamson opowiadał o pogrążających się w narkotycznym zatraceniu tytułowych bohaterach filmu „Adam i Paul” (2005) i Josiem, człowieku zagubionym i tkwiącym w miejscu płynności oraz bezczasu – taka była tytułowa również „Stacja benzynowa” (2007).

Frank

Frank na tym tle wygląda bardzo znajomo, zarazem współdzieli ze wspomnianymi bohaterami kondycję społecznego wyrzutka. Jednocześnie, poprzez maskę i swoją podwójną tożsamość, funkcjonuje w swoistym trybie superbohaterskim, który bez skrępowania pozwala mu być kimś wyjątkowym, przez co mógłby być wręcz odczytany na prawach błyskotliwego pastiszu swoich poprzedników. Rysowany wyrazistą kreską, pozbawiony lęków i oporów, staje się tłumioną zazwyczaj, nadmiarową czystą energią. Jest uosobieniem tajemnicy każdej świadomie marginalizującej się postaci.

Opowiadana historia powstała na podstawie artykułu prasowego opracowanego przez Jona Ronsona, tekst posłużył następnie za podstawę dla scenariusza napisanego również przez Ronsona w duecie z Peterem Straughanem (obaj współpracowali wcześniej przy „Człowieku, który gapił się na kozy”). Inspiracją dla twórców była postać Franka Sidebottoma – scenicznego wcielenia komika Chrisa Sieveya z lat 80. Jego ówczesne występy miał mocno autorski charakter, łączyły elementy performance’u z kabaretowym komizmem, a ich znakiem rozpoznawczym była sztuczna głowa Franka z ogromnymi oczami. Nie przez przypadek jednak o tym pierwowzorze scenicznym dowiadujemy się od Abrahamsona dopiero z napisów końcowych. Wspomniany kontekst ma znaczenie wyłącznie faktograficznej ciekawostki, nie można traktować go nawet jako odległego powidoku, ani tym bardziej – choćby wybiórczej – biograficznej wariacji. Na dobrą sprawę jedyne, co pozostało z historii komika to wielka papierowa głowa. Ten dosłowny cytat, wyglądający na bezczelne zapożyczenie, ma też w sobie emocjonalną łączność z pierwowzorem. Odtwarza sprawczą siłę scenicznego występu, moc zawartą w rekwizycie.

Pochwała doskonałej przeciętności

Rozpoczynające poprzedni akapit, krótkie wyliczenie postaci, które zaludniają światy projektowane przez Abrahamsona, trafnie oddaje najważniejsze punkty topografii twórczej wyobraźni irlandzkiego reżysera. Jednak doceniając jej autorski rys, należy pamiętać, że nie ukształtowała się ona wyłącznie w wyobraźni reżysera. „Frank” miał swoją premierę na festiwalu w Sundance. Nie można wykluczyć, że jego tożsamość narracyjna, wizualna i marketingowa została zaprojektowana z myślą o gustach i przyzwyczajeniach publiczności tego festiwalu. Interesujący jest zwłaszcza ten ostatni kontekst, choć właściwie „marketing” to nie najlepsze określenie tego fenomenu – bezpieczniej byłoby mówić o płaszczyźnie komunikacyjnej bądź społecznościowej. „Frank” został stworzony z zamiarem obecności w przestrzeni social media, wpisana została w niego możliwość interakcji z odbiorcą. Oprócz systematycznie pojawiających w samym obrazie tweetów, istotny jest również naśladowczy potencjał tkwiący w postaci stworzonej na użytek performance’u. To projekt zawierający w sobie wiele charakterystycznych cech gatunku indie, finansowanego za pomocą platformy Kickstarter, dzięki której widzowie uczestniczą w produkcji już od wstępnych faz powstawania filmu. Przy całej nieskrywanej fascynacji amerykańskim kinem niezależnym spod znaku Sundance, Abrahamson nie jest jednak ani jej ortodoksyjnym wyznawcą ani tym bardziej zakładnikiem wspomnianej konwencji. We „Franku” tym, co przełamuje schematyczne ograniczenia jest pierwiastek slow cinema, monotonia ocierająca się o nudę typową dla leniwego wakacyjnego dnia, zastyganie tempa akcji, drążenie czasu kosztem ruchu.

Frank6

Sytuacja narracyjna jest nieco bardziej skomplikowana, niżby mógł to zapowiadać tytuł filmu skupiający się na postaci Franka. W rzeczywistości świat przedstawiony oglądamy z perspektywy trzydziestoletniego Jona. Przez cały film, w trybie pamiętnikarskiego zwierzenia, komentuje on ekranowe wydarzenia z off-u. Gdy go poznajemy, daje się opisać za pomocą jednego słowa: przeciętność. Jego życie jest monotonne, ale stabilnie – to stan, w którym można niezmiennie trwać, nie troszcząc się o najbliższą przyszłość. Mimo swojego wieku Jon wciąż mieszka z lekko nadopiekuńczymi rodzicami, a celem ucieczki zarówno od ich towarzystwa, jak i niesatysfakcjonującej pracy jest jego pokój, gdzie w samotności próbuje komponować na keyboardzie. To zachowanie, oprócz funkcji kompensacyjnej, ma też wymiar obrony ostatniego bastionu autentyczności, pielęgnowania ziarnka, którym jest marzenie o karierze muzycznej. Chociaż Jon nie ma podstaw do podtrzymywania nadziei, że los się jeszcze odmieni, to zachowuje się jak nastolatek stojący na progu dorosłości, przed którym wciąż rysuje się szeroki horyzont nieograniczonych życiowych możliwości. Aż ciśnie się na usta zawołanie przywołujące do porządku: Dorośnij! Zejdź na ziemię! Takie marzenia spełniają się przecież w bajkach, a nie w małych brytyjskich miasteczkach.

I rzeczywiście sposób, w jaki w życiu Jona nagle następuje kompletne przewartościowanie, nosi znamiona perypetii rodem z bajki magicznej. Tajemnicza siła losu bądź przypadku sprawia, że trzydziestolatek znajduje się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Chłopak jest świadkiem samobójczej próby mężczyzny, który okazuje się być klawiszowcem alternatywnego zespołu muzycznego. W tym miejscu objawia się przewrotność kina spod znaku Sundance. Tragiczne zdarzenie ma też swoje pozytywne strony – zwalnia się miejsce w zespole, a ekscentryczny lider z ogromną sztuczną głową zadaje Jonowi wyczekiwane od lat pytanie: Czy chcesz dołączyć do naszego zespołu? Po takim prezencie od losu trudno nie doszukiwać się wewnętrznej ukrytej logiki rządzącej życiem i choćby przez moment nie pomyśleć o przeznaczeniu. Nic więc dziwnego, że Jon będzie w stanie poświęcić nawet cały otrzymany spadek, aby opłacić czynsz za pobyt w domku na odludziu podczas nagrywania wymarzonej płyty.

Abrahamsonowi, podobnie jak w braciom Coen w „Co jest grane, Davis?”, udaje się dość trafnie uchwycić pretensjonalną tendencję niszowych muzyków do budowania swojej wyrazistości na micie bycia autentycznym i nieskomercjalizowanym outsiderem.

Michał Piasecki

Soronprfbs jadą do Ameryki

Dawno już minęły czasy, gdy w dobrym guście było kreowanie się na nadwrażliwca odcinającego się od rzeczywistości. Ostentacyjne słuchanie Joy Division? Tworzenie w myślach wyrafinowanych sposobów na popełnienie samobójstwa? Te czasy już minęły. Co więc mają począć zespoły wciąż odczuwającym podobny stan ducha? Obrazić się na ten stan rzeczy? Szukać innej atrakcyjnej formy? A może popłynąć z nurtem zmian? Abrahamsonowi, podobnie jak w braciom Coen w „Co jest grane, Davis?”, udaje się dość trafnie uchwycić pretensjonalną tendencję niszowych muzyków do budowania swojej wyrazistości na micie bycia autentycznym i nieskomercjalizowanym outsiderem. Jednak paradoksalnie dla zespołu Franka ostatecznie to właśnie pójście na kompromis okaże się najlepszą strategią. Nie zatriumfuje jednak pragnienie zysku, a próba zyskania komunikacji z odbiorcami, czego owocem będzie możliwość bezpośredniego obcowania muzyków i widowni podczas koncertów.

Scharakteryzowanie zespołu, do którego trafia Joe sprawia tyle samo trudności, co wymówienie jego nazwy – „Soronprfbs”. Równie kłopotliwe jest również zaklasyfikowanie gatunku granej przez nich muzyki. Mieszanki radykalnego eksperymentu z improwizacją typową dla performance’u. Żywioł spontaniczności i zabawy bierze górę nad profesjonalizmem i przemyślaną ścieżką kariery. Trudno o inną hierarchię priorytetów w świecie rządzonym przez stagnację, gdzie krzywa rozwoju zamiast wznosić się, przybiera kształt obwodu koła. Współuczestnictwo w zabawie, zawieszenie praw rządzących codziennością, a wreszcie możliwość tworzenia samego siebie na nowo najbardziej przyciągają Soronprfbs do muzyki. Granie w zespole to dla jego członków nie aktywność zawodowa, ale szansa na odnalezienie schronienia przed prywatnymi lękami. Jedyna możliwość na zadomowienie się – w najgłębszym tego słowa znaczeniu.

Wynajęcie letniskowego domku w lesie i odizolowania się od wszelkich bodźców zewnętrznych, aby w spokoju nagrać płytę, jest przede wszystkim szansą na spędzenie dłuższego czasu razem zespołem, znalezienie oparcia w drugim człowieku. Mimo sielankowości tego opisu, relacje między bohaterami nie mają w sobie wiele z tych charakterystycznych wspólnotowych komun. Pełni wewnętrznych pęknięć i psychicznych ran, członkowie zespołu ścierają się ze sobą i ze swoimi zróżnicowanymi temperamentami, a ich współżycie nie jest wolne od poważnych konfliktów. Tym, co ich łączy, jest wspólnota losu, zżycie się podczas bezustannego przebywania ze sobą. Więź jest na tyle silna, że – gdy pojawia się nowa osoba – początkowo odbija się od bariery wytworzonej przez resztę. Przypadek Jona jest tym bardziej podejrzany, że jego nieustępliwy upór, aby zespół zaczął odnosić realne sukcesy zagraża utrwalonej harmonii. Burzy dobrze funkcjonujący ład. Tkwienie w „byciu alternatywnym” pozwala uspokoić głosy ambicji i unikać konfrontacji z publicznością. Szczególnie przeciwstawia się temu obdarzona najbardziej charyzmatyczną osobowością Clara, wprost daje ona Jonowi do zrozumienia, że skończy on popełniając samobójstwo tak samo, jak reszta jego poprzedników. Oprócz tego konfliktu, między spontaniczną ambicją a melancholijnym fatalizmem, rywalizacja toczy się również o względy Franka – to do niego jako lidera należy ostatnie i decydujące słowo.

Powyższa niezgodność musiałaby pewnie zakończyć się opuszczeniem zespołu przez jedną ze stron. Z pomocą przychodzą jednak media społecznościowe. Pozwalają pogodzić ze sobą nieuchronną zgodę na ingerencję w prywatność jako konsekwencję zyskania sławy, z uniknięciem realnego wtargnięcia obcych w życie i zrzucenia zasłony. Świat wirtualny staje się więc swego rodzaju buforem. Nie informując o tym pozostałych członków zespołu, Jon nagrywa sytuacje mające miejsce na próbach i umieszcza je na Twitterze. Mechanizm fascynacji sprowadzający się do śledzenia każdego kroku, typowy dla najwierniejszych fanów, staje się dostępny dla wszystkich, którzy zdobędą się na wysiłek kliknięcia przycisku „obserwuj”. Wirtualność daje szansę na wystawienie się na spojrzenie bez konieczności jego odwzajemnienia. Dzięki temu zespołowi udaje się dostać na najważniejszy światowy festiwal muzyki niezależnej South by Southwest w Teksasie.

Frank5

How to create a head like Frank’s?

O „Franku” od początku było głośno z powodu aktorskiej obsady. Irlandzki reżyser zaprosił do udziału współrodaka Michaela Fassbendera. Znany z obrazów Steve’a McQueena aktor już wcześniej grywał w niezależnych produkcjach, jak choćby w „Fish Tank”. Abrahamson powtarza w wywiadach anegdotę, że już po tym jak Michael Fassbender wyraził zgodę na zagranie roli Franka, jeszcze raz upewnił się, że aktor zdaje sobie sprawę z tego, że – poza kilkoma ostatnimi ujęciami – będzie musiał grać w ogromnej sztucznej, papierowej „głowie”. Ten zabieg zamaskowania rozpoznawalnego aktora, ukrycia jednej z najcenniejszych twarzy kina, można odczytać również symbolicznie. Tej klasy odtwórcy, grając w niezależnych produkcjach, często mówią o możliwości swobodnego pokazania umiejętności aktorskich poza ciasnym „głównonurtowym” gorsetem.

Nie dało się oczywiście uciec od potocznych opisów filmu „Frank” jako „tego filmu z Fassbenderem”. Jednak wszyscy Ci, którzy wybiorą się na „Franka” tylko po to, aby zobaczyć aktora znanego z „Wstydu” w nietypowym wcieleniu, prawie do końca będą trzymani w napięciu – gdzieś nieświadomie zadając sobie pytanie: czy to naprawdę on? Zdradza go głos, sposób poruszania, gestykulacja, ale przecież nie wiemy na pewno, że nie mamy do czynienia z doskonałym naśladowcą lub sobowtórem. Lekko perwersyjna gra, jaką reżyser prowadzi z widzem jest częścią doświadczenia bohaterów.

Wśród licznych domysłów i legend na temat źródeł pojawienia się sztucznej głowy Franka, najciekawsza jest odpowiedź ojca, który twierdzi, że pierwszy model zrobił własnoręcznie na bal przebierańców – który ostatecznie był tylko wymysłem syna. Frank jest właśnie kimś w rodzaju króla beztroskiego karnawału, przywódcy niezróżnicowanej grupy barwnych osobowości. Jak śpiewa w jednej z piosenek: „kocha wszystkich”, ale czy właśnie taka bezgraniczna miłość nie musi kończyć się kompletną bezradnością w spotkaniu z konkretną i niepowtarzalną jednostką?

Wbrew temu, do czego przyzwyczaiła nas europejska tradycja teatralna – maska, a szerzej zakrycie twarzy, niekoniecznie musi służyć fałszowaniu prawdziwego obrazu i ukrywaniu czegokolwiek. Może równie dobrze służyć jako element wyrażający tłumione cechy osobowości. Tak jest właśnie w przypadku Franka, któremu noszenie sztucznej głowy pozwala na uzupełnienie narosłych w społecznym funkcjonowaniu ułomności o swoje prawdziwe „ja” – pozwala nie tworzyć nowej osobowości, a być naprawdę sobą. Poniekąd „Frank” urasta do rangi filmu o szeroko rozumianej wirtualności – o próbie wyjścia poza ograniczenia tu i teraz, przekroczenia horyzontu obowiązującej aktualności. Sztuczna głowa Franka, zuchwałe pragnienie Jona, aby zagrać koncert oraz obsesyjne aktualizowanie profilu na Twitterze łączy podobna funkcja. Stanowią one protezę uzupełniającą rzeczywistość o elementy, które bez tego pozostałyby jedynie w sferze potencjalności.

Frank3

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 289

(29/2014)
22 lipca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj