Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Z miasta] Powojenny...

[Z miasta] Powojenny modernizm, czyli o kukułczym jaju

Michał Krasucki

Najpierw zdemontowano charakterystyczny neon, później rozpoczęto prace przy rozbiórce elementów wnętrz i elewacji, by wreszcie zdjąć aluminiowe panele osłaniające elewację. Na koniec przyjechały buldożery.

Dzień po dniu, kawałek po kawałku, szczelne ściany Sezamu ustępowały pod naporem młotów, aby wreszcie odsłonić żelbetową konstrukcję i wnętrze, które przez dziesięciolecia zaskakiwało swoją funkcjonalnością i nowoczesnością. Tej konstrukcji też już nie ma. W miejsce Sezamu, swego czasu największego z nowoczesnych domów towarowych w powojennej Polsce, powstanie współczesny biurowiec. Na dziewięciu piętrach znajdą się nie tylko biura, ale także sklep Społem, a nawet wejście do stacji metra.

Będzie czysto, nowocześnie i równo.

Niechciane dzieci

Sezam nie wszystkim się podobał. Był kontrowersyjny, a już na pewno zaniedbany. Nieczyszczona przez lata aluminiowa elewacja pokryła się liszajami śródmiejskiego brudu, a z czasem i barwnymi reklamami kolejnych wyprzedaży. Sezam szokował. Na elewacji nie było prawie żadnych okien, całe życie budynku koncentrowało się w środku. Budząc zainteresowanie architektów, krytyków, niektórych historyków, nie znalazł zrozumienia wśród mieszkańców ani tym bardziej – inwestorów.

Modernizm pada ofiarą swoich wieloletnich użytkowników, czasem głupich pomysłów remontowych, a także nieskutecznego prawa.

Michał Krasucki

Tak samo jest z większością przedstawicieli warszawskiego powojennego modernizmu. W budynkach kina 1 Maj (obecnie supermarket), Domu Handlowego Merkury czy Osiedla Przyczółek Grochowski tylko nieliczni dopatrzą się ponadprzeciętnych wartości architektonicznych czy artystycznych. To trudna w odbiorze architektura. Z rzadka zdarza się, że świadomi inwestorzy zadają sobie trud jej zrozumienia i wyeksponowania właściwych walorów. Takie realizacje, jak adaptacja Prezydium Rządu czy remont kina Iluzjon, można policzyć na palcach jednej ręki. Modernizm pada ofiarą swoich wieloletnich użytkowników, czasem głupich pomysłów remontowych, a także nieskutecznego prawa.

Świadomość tego, że jest źle, szybko dotarła do środowiska architektów. Oddział SARP w Warszawie wiele lat temu przygotował listę 133 powojennych obiektów, które z uwagi na wyjątkowe wartości zasługują na zachowanie. Mozolna praca przyniosła wymierny efekt i niektóre z obiektów znalazły się nawet w „Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania dla Warszawy” jako dobra kultury współczesnej. Słońce wzeszło nad zagrożonym współczesnym dziedzictwem. Na chwilę.

Pierwszym głośnym przykładem zburzenia arcydzieła powojennej architektury był Supersam przy pl. Unii Lubelskiej. Pomimo głośnego sprzeciwu społecznego budynek w 2006 r. rozebrano. Potem przyszedł czas na Pawilon Chemii, kino WZ. Wszystkie trzy obiekty były na sarpowskiej liście. Nieszczęsne były także prowadzone remonty. Wystarczy tu wspomnieć choćby Pasaż Śródmiejski, który po rewitalizacji przestał był miejscem spacerów i spotkań, a stał się wygonem, po którym hula wiatr. Charakter zmieniły też punktowce Ściany Wschodniej, które z wyjątkowych stały się przeciętne. Zamiast błyszczących nowoczesnością wypolerowanego aluminium okładzin otrzymały tandetne szare panele. Niby jest czysto. Ale czy ładnie?

Dobra kultury współczesnej

Kiedy w 2003 r. weszła w życie nowa ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami wszyscy odetchnęli. Oto wprowadzono oficjalne zapisy o dobrach kultury współczesnej. Odpowiednie przepisy pojawiły się także w ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, która literalnie mówi o „uznanym dorobku współcześnie żyjących pokoleń” i nakłada obowiązek uwzględniania dóbr kultury współczesnej przy sporządzaniu planu miejscowego.

Mimo początkowej radości, okazało się jednak, że przepisy pozostają martwe – nikt nie wiedział, jak je wprowadzić w życie. Czy za dobra kultury ma odpowiadać konserwator powołany wszak do ochrony zabytków, czy może wydziały architektury, które przygotowują projekty planów miejscowych, ale nie zajmowały się nigdy ich ochroną?

To ostatni moment na uratowanie powojennej architektury. Zarówno przed rozbiórką, jak też tandetną modernizacją. 

Michał Krasucki

Faktycznie, jedynym mechanizmem ochronnym stały się zapisy planów miejscowych, których w większości… nie ma. Co więcej, jeżeli już są, to w nielicznych wskazanych „dobrach” chronią tylko to, co się da, czyli bryłę i charakter zabudowy. W najlepszym razie – elewację. Nigdy natomiast nie odnoszą się do wnętrz, a te przecież często stanowią o faktycznej wartości obiektów. Czym byłyby na przykład Akademia Muzyczna lub wspomniany już budynek Prezydium Rządu bez wnętrz: unikatowej klatki schodowej czy wielkiego wewnętrznego okrągłego dziedzińca? Zapis pozostał martwy. Jeszcze gorzej jest, gdy planu miejscowego w ogóle nie ma.

Najlepszym dowodem na to, że ustawa w tym zakresie nie funkcjonuje, jest niedawna samowola przeprowadzona w Domu Handlowym Merkury na Żoliborzu. W świetle dnia właściciel budynku skuł częściowo zachowane mozaiki na klatce schodowej. I nikomu nic do tego – we wnętrzu dobra kultury współczesnej wszystko wolno! Na kolejne dowody prawnej pułapki nie będziemy długo czekać – przekonają nas o tym niebawem rozbiórki Pawilonu Emilia czy Teatru Żydowskiego. W przypadku obu budynków (także na liście SARP-u) wydano już pozwolenia na rozbiórkę.

Wszystkie drogi prowadzą do konserwatora

Absurd zatacza coraz większe kręgi. To, co jest (czyli dobra kultury współczesnej), można chronić na postawie tego, czego nie ma (czyli planów miejscowych). Instytucja, która jest powołana do ochrony zabytków (konserwator zabytków), nie może nic zrobić, bo takie prawo odbiera mu wykładnia ministra kultury stwierdzającego (skądinąd słusznie), że dobro kultury to przecież nie zabytek. Kolejne urzędy prześcigają się w odsyłaniu pism i zrzucaniu na siebie odpowiedzialności za to jaskółcze jajo. Wojewódzki konserwator zabytków niechętnie proceduje wpisy do rejestru zabytków obiektów powojennych – w końcu są to dobra kultury współczesnej. Jeżeli już, robi to w kalekiej formule, jak w przypadku biurowca Bellony przy ul. Towarowej, który trafił do rejestru nie jako budynek, ale zestaw oderwanych od siebie trzech elewacji i holu. Mimo to faktycznie jedyną skuteczną ochroną mogą być wpisy do rejestru zabytków lub ujęcie w gminnej ewidencji zabytków. I nic innego. Skoro z faktu bycia na „liście dóbr kultury współczesnej” nic nie wynika, to może warto ją po prostu zignorować i najcenniejsze budynki czy zespoły budynków „przenosić” do rejestrów i ewidencji?

Jednym z argumentów przeciwko takiemu rozwiązaniu jest specyficznie pojmowane pojęcie „epoki minionej”. Zgodnie bowiem z zapisami ustawy o ochronie zabytków, zabytkami mogą być tylko jej dzieła. W trakcie postępowań urzędy konserwatora odmawiają wpisów do rejestru zabytków, tłumacząc, że coś jest zbyt nowe. Czy w takim razie nie ma miejsca na „nowe zabytki”? A może przyjąć po prostu inne kryteria wartościowania w czasie dla tych obiektów?

Przyjęte w środowisku służb konserwatorskich pojęcie epoki minionej bywa interpretowane skrajnie rozbieżne. Może to być rok 1945, może być 1955–56 jako cezura końcowa socrealizmu w sztuce i stalinizmu w polityce. Może to być równie dobrze każda inna interpretacja zakładająca dawność obiektu, bez podawania konkretnej cezury czasowej, co pozwala na działanie uznaniowe. Z jednej strony, wojewódzcy konserwatorzy odmówili objęcia ochroną obiektów takich jak Supersam (1962) czy dworzec w Katowicach (do 1971), za każdym razem powołując się na zbyt współczesny charakter tych budynków. Z drugiej, w rejestrach znajdują się obiekty z tego samego czasu lub nowsze, np. audytorium Wydziału Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego (1971).

Jak w takim razie przyjąć odpowiednie kryteria? Może granicę należy ustalić na roku 1989, kiedy zmieniły się warunki społeczno-gospodarcze? A może dopiero u przełomu wieków, w końcu niektóre z powstałych w latach 90. budynków, jak np. wrocławski dom handlowy Solpol (toczy się dyskusja o to, czy go chronić, czy nie) zapisały się trwale jako świadectwa rodzącego się w Polsce kapitalizmu.

To ostatni moment na uratowanie powojennej architektury. Zarówno przed rozbiórką, jak i tandetną modernizacją. Inaczej popełnimy ten sam błąd, jakiego dopuszczono się w latach 50., burząc albo oszpecając powstałe na początku XX w. eklektyczne i secesyjne kamienice. Przecież wówczas miały one raptem po 50 lat. Tyle co dziś Przyczółek Grochowski albo Ursynów.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 322

(10/2015)
16 marca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj