PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Wielka Brytania] Brexit,...

[Wielka Brytania] Brexit, czyli rewolucja prekariuszy?

Łukasz Pawłowski

Po porażce zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w UE od razu pojawiły się głosy, że to dowód klęski „neoliberalizmu”. Kolejny po wyborach na Węgrzech, w Polsce i Austrii, po sukcesach populistów w Niemczech czy niepokojach we Francji. Wyjaśnienie brzmi znakomicie – prosto i w sposób przekonujący. Ma tylko jeden feler – niczego nie wyjaśnia.

Kilka godzin po zakończeniu głosowania, na stronach „Guardiana” opublikowano artykuł Lisy McKenzie, w którym autorka przekonuje, że głos za wyjściem z UE „to jedyna szansa dla klasy robotniczej”, by coś zmienić. Pomińmy już pytanie o to, czym jest klasa robotnicza w zdominowanej przez sektor usług gospodarce brytyjskiej, i uznajmy, że chodzi po prostu o biedniejszych Brytyjczyków. Autorka twierdzi, że w referendum głównym motywem głosujących za wyjściem nie była wcale niechęć do imigrantów, jak przekonuje część komentatorów, lecz raczej niepewność zatrudnienia i strach o przyszłość dzieci oraz starszych rodziców, a także frustracja z powodu niezrozumienia ze strony elit.

Z tą drugą tezą trudno się nie zgodzić. Problem polega jednak na tym, że głosując „przeciw elitom”, Brytyjczycy zagłosowali „za elitami”. Kim bowiem są wywodzący się z Partii Konserwatywnej liderzy ruchu na rzecz wyjścia z UE? Boris Johnson? Były burmistrz Londynu, zamożny absolwent Eton i Oksfordu, przyjaciel Davida Camerona (choć to zapewne zmieniło się w ciągu kilku ostatnich miesięcy) i polityk, który niespecjalnie ukrywa, że referendum jest dla niego wehikułem, który ma go zawieść na Downing Street. Michael Gove? Absolwent Oxfordu, wieloletni członek Partii Konserwatywnej, były minister edukacji, a obecnie minister sprawiedliwości w rządzie Camerona i (do niedawna) również przyjaciel premiera. Nigel Farage? Były Konserwatysta o arystokratycznych korzeniach i były trader w londyńskim City. Żaden z tych panów nie jest uosobieniem przeciętnego Brytyjczyka.

Dla równowagi warto wspomnieć o bohaterze brytyjskiej lewicy, Sadiqu Khanie, pierwszym muzułmańskim burmistrzu Londynu, pochodzącym z biednej imigranckiej rodziny. Khan, który o fotel burmistrza Londynu walczył z popieranym przez Johnsona i innych Torysów dziedzicem liczonej w miliardach fortuny, Zakiem Goldsmithem, w kampanii referendalnej gorąco zachęcał do pozostania w UE. A zatem albo te kilka tygodni sprawowania władzy w Londynie całkowicie zawróciły Khanowi w głowie, albo też schemat, według którego biedni Brytyjczycy oraz „obrońcy ludu” głosowali za wyjściem, nie bardzo pasuje do rzeczywistości.

Podobnie jak nie pasuje do rzeczywistości teza, że Brexit to głos młodych sfrustrowanych prekariuszy, przejętych strachem o własną przyszłość. Trzon zwolenników Brexitu to bowiem osoby… powyżej 50. roku życia, czyli – jak to złośliwie ujął jeden z komentatorów – ludzie, którzy być może nie dożyją konsekwencji czwartkowej decyzji. W narrację „prekariusze kontra elity” nie bardzo daje się też wpisać fakt, że wyniki głosowania w znacznej mierze pokrywają się z granicami narodów tworzących Zjednoczone Królestwo – czy Szkoci to zgniłe elity, a Anglicy biedne misie na umowach śmieciowych?

Głosując „przeciw elitom”, Brytyjczycy tak naprawdę zagłosowali „za elitami”.

Łukasz Pawłowski

O co więc tak naprawdę chodziło w czwartkowym referendum? Nie ma jednej odpowiedzi. Znaczenie referendum było różne dla różnych ludzi, mówił na łamach „Kultury Liberalnej” Adrian Wooldridge z tygodnika „The Economist”. Jedni chcieli dać upust swojemu zniesmaczeniu rządami Camerona, inni protestowali przeciwko rosnącym cenom nieruchomości, jeszcze inni dali się uwieść angielskiemu nacjonalizmowi lub okazali niepokój z powodu masowej imigracji.

To strach zrozumiały, bo struktura społeczna Wielkiej Brytanii zmienia się w błyskawicznym tempie. Już 6 lat temu mógł się o tym przekonać ówczesny premier, Gordon Brown. Podczas spotkania na ulicy pewna Brytyjka zaczęła narzekać na przyjeżdżające na Wyspy tłumy Polaków. Brown wysłuchał, ale kiedy tylko wsiadł do samochodu, nazwał kobietę dewotką i ofukał współpracowników, którzy namówili go do rozmowy. Jego tyradę nagrał wciąż włączony mikrofon. Kilka godzin później wrócił do kobiety z kwiatami, ale wybory przegrał. Do władzy doszedł Cameron i… obiecał referendum, licząc na to, że łatwo je wygra.

I na tym polega największy skandal związany z czwartkowym głosowaniem – premier Wielkiej Brytanii chciał nim zażegnać wewnątrzpartyjny konflikt, a wywołał kryzys, którego koszty finansowe idą w miliardy funtów, zaś koszty polityczne są wciąż trudne do oszacowania. Sam Cameron z kolei nie tylko przejdzie do historii jako premier, który de facto wyprowadził Wielką Brytanię z UE, ale być może też przyczynił się do rozpadu Zjednoczonego Królestwa. Wobec decyzji Brytyjczyków o wyjściu z UE, ewentualna decyzja Szkotów o wyjściu z UK już nie wydaje się tak kontrowersyjna.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 389

(25/2016)
24 czerwca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj